Nie jesteśmy nowi na świecie, przed nami była
KURA

O nas i o blogu

Napisz do nas:
qra-poczta@gazeta.pl

Współpracuj z nami

Nagrody
Fundatorzy
Lektury
Filmy


RSS
sobota, 30 czerwca 2012
   Wpis Pharlapa
W czasach szkolnych zbierałem znaczki pocztowe, każdy uczeń szkoły podstawowej zbierał. Filatelistyka ma przecież wyjątkowo demokratyczne korzenie. Wystarczy dostać jeden list i już można zacząć.
Takie właśnie były te nasze szkolne zbiory. Nie mam pojęcia skąd pojawiły się w klasie znaczki z Kostaryki. Oczywiście od razu osiągnęły wysoką cenę wymiany. Cena niekoniecznie była wyznaczana w znaczkach, mogła być też w ołowianych żołnierzach, kapiszonach, w czymkolwiek, ale na pewno nie w pieniądzach.
Pod koniec szkoły podstawowej jeden z kolegów, który interesował się tym tematem na serio poinformował nas, że poczta polska prowadzi abonamentową sprzedaż znaczków. Mało tego, w ramach abonamentu można otrzymać znaczki, które celowo zostaną dopuszczone do obiegu w bardzo małych ilościach. W tym momencie mój zapał do filatelistyki zgasł. Jeśli coś można kupić za pieniądze to po co się tym interesować? Wystarczy się interesować zdobywaniem pieniędzy. Logiczne!
Minęło 60 lat zanim temat filatelistyki zainteresował mnie ponownie. Byłem na spotkaniu z Filatelistą, który uświadomil mnie jak wiele wymiarów posiada filatelistyka. Przecież kryje się w niej historia poczty, technologia produkcji znaczka, historia państw, polityka, sztuka. Dopiero mając świadomość tych spraw, można wybrać sobie kierunek budowania kolekcji. Okazuje się, że można zbudować dużą kolekcję, w której znajduje się tylko JEDEN znaczek!
Filatelista zaprezentował  fragment takiej kolekcji. Bazą był znaczek austriacki o wartości 60 halerzy, którego zapasy w liczbie 67,000 sztuk przejęła nowopowstała Poczta Polska od ustępujących zaborców austriackich. Na znaczku dokonano nadruku "Poczta Polska" i puszczono w obieg. Teraz zaczyna się technologia. Otóż filatelista potrafi rozpoznać po perforacji czy znaczek umiejscowiony był w rogu, na krawędzi, czy w środku arkusza, który na ogół liczy 100 znaczków w układzie 10 x 10. Druga sprawa, to różnice w matrycach dla poszczególnych znaczków na arkuszu. I tak na omawianych tu znaczkach, na każdym arkuszu znajdowało się 10 znaczków z "cienkim ZET" oraz jeden znaczek ze zniekształconym "A". Łatwo obliczyć, że tego ostatniego wydrukowano zaledwie 670 sztuk.
Poszukałem tego "cienkiego Z" na internecie - JEST! To znaczy fizycznie go nie ma, ale na zdjęciu widać wyraźnie polski nadruk, a w słowie POCZTA ukośna linia w literze Z jest zbyt cienka.
Filatelista postanowił zrekonstruować w swojej kolekcji jeden pełen arkusz tych znaczków. Po 60 latach poszukiwań, posiada już 95 znaczków, każdy z dokładnie określoną lokalizacją. Czy zdoła wypełnić 5 pustych miejsc? 
W tym momencie, ktoś z zebranych zadał nieuniknione pytanie - a ile ta kolekcja jest teraz warta? Filatelista rozłożył bezradnie ręce. No cóż, te znaczki warte są po około $25 za sztukę, ten ze zniekształconym A, pewnie $200. A kolekcja, jako całość? Proszę państwa, taka kolekcja ma sens dopóki coś się jeszcze z nią można zrobić. Ale żeby tylko posiadać? Po co?
Dla porządku dodam jeszcze standardowe ciekawostki. Pierwszy znaczek pocztowy na świecie, to Penny Black wydany w Wielkiej Brytanii w 1840 roku. Wbrew oczekiwanion nie jest specjanie drogi gdyż wyemitowano go w ponad milionowym nakładzie - egzemplarz kiepskiej jakości można nabyć za 10 funtów. W Polsce, a raczej w Królestwie Polskim, pierwszy znaczek o wartości 10 kopiejek, wydano w 1860 roku. 
Najrzadszy znaczek świata to legendarny Mauritius wydany w 1847 roku. Miejscowy grawer, Joseph Osmond Barnard, przygotowywał dwie matryce do druku, jedną na znaczek 1-pensowy, drugą na 2-pensowy. Każda matryca zawierała 240 znaczków co odpowiadało strukturze funta (20 szylingów x 12 pensów = 240) - wikipedia podaje błędnie 500 sztuk. Pod koniec pracy grawer zdał sobie sprawę, że zapomniał jaki napis ma być umieszczony na znaczku. Pobiegł w kierunku poczty, aby się spytać. Już z dala zobaczył napis Post Office - Urząd Pocztowy. Jakie proste, po co pytać? Zawrócił do pracowni i tak właśnie wygrawerował. Nie sporządził żadnego próbnego arkusza do sprawdzenia, tylko czym prędzej odbił po jednym arkuszu z każdej płyty i biegiem zaniósł do pałacu gubernatora, gdzie Lady Gomm nakleiła je na zaproszenia na bal maskowy. Dopiero po tym fakcie zauważono błąd - poprawny napis miał brzmieć - Postage Paid czyli przesyłka opłacona. Niezużyte znaczki skasowano, przeżyło tylko 26 i każdy jest wart ponad milion dolarów. Cała historia opisana jest TUTAJ i... okazuje się, że nie jest do końca prawdziwa, ale czy to komuś szkodzi?
Dzisiejszy przepis to beer damper - chleb wypiekany w Australii przez ludzi żyjących z dala od domu, w więc - stockmen - pasterzy opiekujących się stadami bydła liczącymi dziesiątki tysięcy sztuk i pasącymi się na terenach wielkości średniego państwa europejskiego.
Wszystkie potrzebne składniki pokazane są poniżej...



Oto receptura:
- 450 ml samorosnącej mąki,
- 50 g masła (to już taki wielkomiejski wybryk),
- pół butelki (190ml) piwa. Niestety po ręką miałem tylko puszkę.
- szczypta soli.
Masło roztopić.
W środku mącznej góry zrobić studnię i wlać tam roztopione masło i piwo. Posolić i rozrobić dłońmi na ciastową masę.
Piec 20 minut w temperaturze 190 stopni.
Rezultat wygląda tak:



Chleb jest dość kruchy. Doskonale pasuje do potraw z dużą ilością sosu lub jako deser - z bitą śmietaną i dżemem. A póki gorący to tylko z masłem.
Proszę się nie niepokoić tym piwem. Cały alkohol wyparowuje podczas pieczenia. Podobno można je zastąpić mlekiem, ale wtedy damper będzie twardszy.
Zagadka:
Który bardzo sławny kompozytor niemiecki był przez pewien czas kompozytorem na polskim dworze królewskim? Napisał przy tej okazji kilka polonezów. Proszę również o podanie nazwiska króla.
Jan Sebastian Bach, na dworze (drezdeńskim) Augusta II Sasa.
Poprawną odpowiedź nadesłał(a) przewodnikpokrakowie. Gratuluję, proszę wybrać nagrodę z listy.
TUTAJ jest dowód, że Bach chętnie posługiwał się tytułem polskiego nadwornego kompozytora. A TUTAJ - jeden z bachowskich polonezów.
Tagi: desery hobby
08:18, pharlap
Link Komentarze (11) »
piątek, 29 czerwca 2012

rysunek Anna Krenz Wpis Ewy Marii.

Zacznę od zagadki. Zacznę, bo tytuł wpisu na pewno skojarzy się z ptakiem. Ten ptak już się nawet kiedyś na Kurze pojawił, nota bene z informacją, że chodzi o... innego ptaka. Ale to było tam i dość dawno, tu i teraz chodzi o tego właśnie ptaka i imię jego najsłynniejszego literackiego przedstawiciela. Oraz, oczywiście, imię i nazwisko pisarza, który o nim napisał.

Odpowiedziała Heimchen: Richard Bach "Mewa Jonatan".

Joga śmieszka. Laughter Yoga. Hasyayoga. Lachyoga. Yoga della Risata. Po polsku nazywa się znacznie poważniej niż to, co ja proponuję, i nudniej, bo tak jak wszędzie: Joga śmiechu.

Oto filmik na youtubie o jodze śmiechu w Sopocie.

Jogę śmieszkę w Berlinie organizuje moja szalona znajoma. Zawsze była szalona, nie zdziwiłam się więc, że tym razem zajęła się jogą śmieszką.

W listopadzie zrobiły z koleżankami akcję, którą sfilmowały i umieściły na youtubie. Ten film obejrzały trzy miliony sto tysięcy ludzi.

Uśmiejmy się w metrze w Berlinie.

Lachyoga Berlin

Moja znajoma, Sigrid, to ta kobieta z kolorowymi włosami. Jest jedną z berlińskich trenerek jogi śmieszki. Tydzień temu obchodziła urodziny i zaprosiła mnie na ćwiczenia i przyjęcie. Poszłam, bo czegóż się nie robi dla przyjaciół. Nie obejrzałam przedtem tego filmu, choć Sigrid już mi dawno mówiła i o samej akcji, i o niebywałym sukcesie filmu na youtubie. Ale nie chciałam się nastawiać, ani za, ani przeciw. Sam mój panieński, sceptyczny charakter wystarczy, żeby i tak z założenia być przeciw tym różnym śmiesznym zajęciom, jakim oddają się świadomi i nieświadomi wyznawcy new age' u.

To może najpierw gwoli wyjaśnienia. Nie jestem z założenia przeciw. Nie. Joga uprawiana dla siebie i w poświęceniu jest zajęciem jak najbardziej godnym szacunku. Sama przez wiele lat uprawiałam medytację transcendentalną i pisałam już o tym na Kurze. Wszystko, co nas wzbogaca i prowadzi dalej, jest OK. I niech każdy idzie po tych drogach po swojemu.

To co tu napiszę dotyczy tylko mnie, bardzo  proszę moje uprawiające jogę przyjaciółki, żeby nie brały tego do siebie. Bo to tylko ja. Ja nie lubię zbiorowego doskonalenia się. Ja nie wierzę dużej grupie, bo jej zaangażowanie w "sprawę" z reguły trąci mi już fanatyzmem. Nie lubię ani bezwzględnego fanatyzmu, ani miękkiego, rozmienionego na achy i ochy. Nie lubię tych zbierających się na stadionach tysięcy ludzi z matami, uprawiających masowo aszany. Nie lubię sekciarstwa i boję się go.

Och i ach. Chyba jeszcze nigdy nie sprecyzowałam tak jasno, co mi przeszkadza we współczesnych ruchach samodoskonalenia się - to mianowicie, że nie ma w nich już miejsca na słowo "samo".

OK. Koniec z filipikami. Trzeba na urodziny. Przygotowując ten wpis zauważyłam kolosalną różnicę między filmikiem z Sopotu i tym, co widziałam w Berlinie. W Sopocie na jogę śmiechu chodzą chyba głównie ludzie młodzi, znajdujący się może nawet jeszcze w fazie poszukiwania siebie i swojej drogi życiowej. I było tam chyba po równi młodych mężczyzn i młodych kobiet. W Berlinie byli to głównie ludzie w średnim wieku i starsi, a większość z nich to kobiety.

Spędziłam z nimi godzinę, uczestnicząc czynnie w uprawianiu sztucznego zbiorowego śmiechu. Pewnie im psułam humor, bo minę miałam sceptyczną, a uśmiech krzywy. Trzeba było na różne sposoby pokrzykiwać, że jest dobrze.

Brrr...

A jednak było jedno ćwiczenie, które mnie ubawiło i jedno, w którym na chwilę zapomniałam o sceptycyzmie i się przejęłam. Trenerka powiedziała, że mamy nadmuchać wyimaginowany balon wszystkimi zmartwieniami i odepchnąć go od siebie. Trzeba się było przy tym śmiać, co się po mnie nie pokazało, ale jak mi się wirtualnie wydało, że ten tragiczny balon do mnie wraca, to go jednak... odepchnęłam raz jeszcze, tak na dobre. 

A więc jednak wzięłam udział. Nie pozostałam obserwatorem.

Czy o to chodzi w "Kuchennych historiach"? O to, że nie da się być obserwatorem? I że rację ma Castaneda - skoro nie można pozostać na boku, trzeba uprawiać obserwację uczestniczącą?

A ja tak bym chciała tylko patrzeć. Jak ten inny ptaszek, o którym już była mowa, i który wcale nie był śmieszką. A który w niektórych językach pomylono z zagadkowym ptaszkiem z dzisiejszego wpisu.

Nie miałam pomysłu na przepis - wpisałam więc do wujka G. hasło "śmieszki - przepisy" i wyszedł, od razu na pierwszej pozycji, serek śmieszek, który rozbawił dzieciaki.

śmieszki przepisy

Podawać do chleba. Nie wiem wprawdzie, co w tym serku jest śmiesznego, ale na pewno jest to przepis śmiesznie łatwy.

czwartek, 28 czerwca 2012

żona oburzona

 

  Wpis Żony Oburzonej

 

żubr

Wojna! wojna! Nie było w Litwie kąta ziemi,
Gdzie by jej huk nie doszedł; pomiędzy ciemnemi
Puszczami chłop, którego dziady i rodzice
Pomarli nie wyjrzawszy za lasu granice,
Który innych na niebie nie rozumiał krzyków
Prócz wichrów, a na ziemi prócz bestyi ryków,
Gości innych nie widział oprócz spółleśników -
Teraz widzi: na niebie dziwna łuna pała,
W puszczy łoskot, to kula od jakiegoś działa,
Zbłądziwszy z pola bitwy, dróg w lesie szukała,
Rwąc pnie, siekąc gałęzie. Żubr, brodacz sędziwy,
Zadrżał we mchu, najeżył długie włosy grzywy,
Wstaje na wpół, na przednich nogach się opiera
I potrząsając brodą, zdziwiony spoziera
Na błyskające nagle między łomem zgliszcze:
Był to zbłąkany granat, kręci się, wre, świszcze,
Pękł z hukiem jakby piorun; żubr pierwszy raz w życiu
Zląkł się i uciekł w głębszem schować się ukryciu.

Adam Mickiewicz Pan Tadeusz, Księga XI

żubry trzy

Najdzikszy stwór ten w puszczach litewskich się rodzi,
A cielskiem tak ogromnym odznaczać się zwykł,
Że kiedy łeb, konając, zwyciężon pochyli,
Trzech chłopów może wpośród rogów jego siąść.
Lecz kark jego olbrzymi zbyt mały się wyda,
Jeślibyś inne członki z nim porównać chciał.
Brodzisko sterczy w strasznych zwieszając się kudłach,
Płomienne ślepia sieją przeraźliwy gniew,
Potworne włosie grzywy spływa po łopatkach
Kolana kryjąc sobą, przód i całą pierś.
Lecz jeśli wielkie sprawy mam łączyć z drobnymi,
Jeżeli się myśliwskich wolno czepiać słów,
Na kozła rogatego wygląda z postaci,
Choć z wszystkich widać członków, iże z rodu byk.
A barwy jest ciemnawej: z żółtej oraz czarnej
Tak zlała się, że wyszła stąd pośrednia z barw.

Mikołaj Hussowski Pieśń o Żubrze

Żubry to bardzo piękne ssaki, olbrzymie i dostojne. Od wieków robiły na ludziach wrażenie, co niestety wiązało się z licznymi polowaniami na te zwierzęta. I choć niektórzy władcy Polski i Rosji starali się otaczać żubry ochroną, kłusownicy działali nadal. Do polowań dołożyła się wojna i niestety w 1919 zginął ostatni żubr żyjący na wolności w Puszczy Białowieskiej. Te, który bytowały w innych częściach kraju, wyginęły jeszcze wcześniej. Gatunek odtworzono z osobników żyjących w niewoli dzięki działalności Międzynarodowego Towarzystwa Ochrony Żubra. Powołano je w 1923, a pierwsze żubry przyjechały z prywatnych hodowli do Puszczy Białowieskiej sześć lat później. Utworzono rezerwat, w którym przyszło na świat następne pokolenie. Kilkanaście żubrów przetrwało II Wojnę Światową, dając początek dzisiejszej populacji. Pierwsze żubry na wolności pojawiły się z powrotem w 1952 roku. Dzisiaj jest ich około 1000, a na świecie około 4000. Poza Polską żyją jeszcze na Białorusi, Litwie, Ukrainie i Rosji. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że wszystkie wywodzą się właśnie z hodowli białowieskiej.

żubr

Zdjęcia, które wykorzystałam w tym wpisie, zrobiłam w Rezerwacie Pokazowym Żubrów, który znajduje się między Hajnówką a Białowieżą. Jest to coś w rodzaju mini-ZOO, jednak od znanych nam dobrze ogrodów zoologicznych mocno się różni. Przede wszystkim jest to nieduży obiekt. Oprócz żubrów można tam obejrzeć wilki, rysie, dziki, sarny, jelenie, łosie, żubronie (krzyżówka żubrów i bydła domowego) i koniki polskie. Zagrody dla zwierząt są dużo większe niż w zwykłym ZOO. Właściwie każdy gatunek ma dla siebie ogrodzoną bardzo dużą przestrzeń gęstego lasu. Dzięki temu żyją w warunkach bardzo zbliżonych do naturalnych. Minus dla zwiedzających jest taki, że nie zawsze zwierzęta są widoczne, ale to nie zwiedzający są ważniejsi w tym miejscu. Wraz z Mężem mieliśmy szczęście, bo większość zwierzaków udało nam się zobaczyć. Wilków początkowo nie mogliśmy dostrzec, ale w pewnym momencie cała wataha przetruchtała przed nami. Dziki spały. Wiecie, jak trudno je zauważyć? Ja nawet największego odyńca pomyliłam ze zwalonym pniem drzewa.

gdzie są dziki?

Poza Puszczą Białowieską żubry występują w Polsce jeszcze w Puszczy Knyszyńskiej, Boreckiej, Niepołomickiej. W Pszczynie również utworzono pokazowy rezerwat. Żubry znajdują się też w Ogrodach Zoologicznych. Ale to wrocławskie podobają mi się znacznie mniej. A takie urocze przedszkole jak na poniższym zdjęciu można zobaczyć pewnie tylko w Białowieży i Pszczynie.

młode pokolenie - żubrzyki

Żubr jest symbolem Puszczy Białowieskiej. Umieszczony został na herbie Białowieży i innych miast znajdujących się na wschodzie Polski, ale również na Białorusi, w Mołdawii, Czechach. Głowa żubra jest elementem herbu szlacheckiego Wieniawa. Dzisiaj żubr kojarzy się pewnie w Polsce niestety przede wszystkim z piwem, co prawda nawet smacznym i pomysłowo reklamowanym, ale widok sztucznych żubrów poustawianych przy stacjach benzynowych i restauracjach na wschodzie Polski jakoś mnie zasmuca.

Podczas pobytu w Białowieży trafiła w moje ręce książeczka dla dzieci Żubr Pompik. Tropy na śniegu i inne opowieści napisana przez Tomasza Samojlika. Autor jest wyraźnie zafascynowany Puszczą Białowieską. Zajmuje się nią zawodowo, w jej okolicach mieszka ze swoją rodziną. Stara się również popularyzować wiedzę o regionie pośród dzieci i młodzieży. Seria bajek o żubrze Pompiku (oprócz wspomnianej są jeszcze trzy) jest jednym ze sposobów.

Pewnego dnia mama Pompika, Porada, powiedziała, Żubr Pompikże na kilka dni musi opuścić żubrzą polanę. Pompik był bardzo zdziwiony, ale jego tata, Pomruk, jakby mniej.
-Czy mogę pójść z tobą, mamo? - chciał wiedzieć Pompik.
-Nie, Pompiku, to jest wyprawa, którą muszę odbyć sama - odpowiedziała Porada. - Za to kiedy wrócę, będę miała dla ciebie niespodziankę.
-Jaką niespodziankę? Co to będzie, mamo?
-Gdybym ci powiedziała, jaka by to była niespodzianka? - uśmiechnęła się Porada i mruknęła okiem do stojącego obok Pomruka. Pompikowi wydawało się, że tato odmrugnął, ale nie był tego do końca pewien.
-No tak, żadna - odpowiedział na pytanie Porady.
Tak więc Porada wybrała się na tajemniczą wyprawę. Nie było jej przez kilka dni, a w tym czasie wiosna niepostrzeżenie zamieniła się w lato i las wokół żubrzej polany prezentował się w najokazalszej, najbujniejszej swej postaci. Każda roślina, od największych drzew po najmniejsze zioła, zdawała się rosnąć w oczach. Chociaż nie, bo kiedy Pompik obserwował pewną roślinkę, żeby zobaczyć, jak szybko rośnie, ta jak na złość nie rosła. Ale miał wrażenie, że wystarczyło na chwilę odwrócić wzrok, a już stawała się większa. Wszystko to wprawiało żuberka w raczej zły nastrój. Dlaczego wszystko rosło, a on nie?

Myślę, że nawet jeśli nie znacie żubrzych zwyczajów, domyślacie się, jaką niespodziankę miała dla Pompika jego mama. Otóż samice żubrów rodzą małe w odosobnieniu. Wracają do stada dopiero z kilkudniowym cielakiem. Mama Pompika przyprowadziła więc ze sobą malutkie żubrzątko, siostrę Pompika - Polinkę.

Pobyt w okolicach Puszczy Białowieskiej bardzo ciepło wspominam i na pewno tam jeszcze wrócę, by podziwiać przyrodę, charakterystyczną architekturę i szukać śladów historii. I odpoczywać. Tam nawet czas jakoś inaczej płynie... W niezbyt licznych restauracjach w tamtych okolicach można spróbować pysznych regionalnych dań: wareniki, kiszkę ziemniaczaną, hałuszki... A wszystko to można popić kwasem chlebowym, który najlepiej na świecie gasi pragnienie w letnim upale. Jest wytwarzany poprzez fermentację chleba z udziałem drożdży i cukru. Zawiera nieco alkoholu, co rzeczywiście jest odczuwalne... Zwłaszcza, że chętnie wypija się go duszkiem ze szklanki, taki jest pyszny. Ma też cudny ciemnobrązowy kolor. Poszperałam w internecie i znalazłam kilka przepisów. Wychodzi na to, że przygotowanie kwasu chlebowego w domu nie jest trudne, jedynie dość czasochłonne. Receptura zawiera też pewne pułapki.

Potrzebujemy:

0,5 kg żytniego chleba razowego
150 g cukru
50 g drożdży
50 g rodzynek
5 l wody

Chleb kroimy w kostkę i rumienimy w piekarniku. Zalewamy go wrzątkiem w dużym naczyniu kamionkowym i odstawiamy na 12 godzin. Następnie przecedzamy. Odlewamy szklankę płynu i rozpuszczamy w niej cukier i drożdże, po czym łączymy z resztą. Odstawiamy na 24 godziny. Potem znowu przecedzamy, rozlewamy do szklanych butelek, które szczelnie zamykamy, wcześniej dodając do każdej trochę rodzynek. Trzymamy butelki w chłodnym miejscu. Po 3-4 dniach kwas chlebowy jest gotowy do picia.

W przepisach nie ma informacji, czy to naczynie kamionkowe ma być przykryte, ale w jakimś komentarzu była informacja, żeby przykryć szmatką. Znalazłam też radę, by cukier przerobić na karmel, dzięki czemu kwas będzie ciemniejszy. Pułapki: należy uważać, by nie wlać płynu do butelek do pełna, gdyż fermentując zwiększa objętość. I ponoć przy otwieraniu butelki kwas chlebowy może udekorować nam sufit...

Niespodziewanie nie mam pomysłu na zagadkę, co jest o tyle dziwne, że zazwyczaj jest to pierwsza rzecz, jaką mam gotową. Tym razem kolejne zadanie. Kiedyś założycielka Kury nauczyła nas pisać limeryki. Proszę o limeryk pasujący do dzisiejszego wpisu. Pierwszy utwór zostanie nagrodzony, ale chętnie poczytamy więcej.

Bardzo dziękuję Pannie Konwalii za pomoc przy przygotowaniu wpisu. To jej zawiozłam po powrocie z Puszczy Białowieskiej opowiastkę o żuberku, więc zdjęcie książeczki i cytat mam właśnie od niej.

I muszę się Wam jeszcze przyznać, że słowo żubr jest jednym z moich ulubionych polskich słów.


Tagi: fauna napoje
00:23, zona.oburzona
Link Komentarze (18) »
środa, 27 czerwca 2012

Perska Zona Wpis Perskiej Żony

Ewo kochana,
poziomek w Polsce nie było, ale mam przepis: Fe Sen Jun - Kurczak w orzechach (włoskich)

Składniki jak dla polsko-perskiej rodziny (minimum 8 osób):

1,5 kg nóg z kurczaka
350 gr orzechów włoskich
2 duże cebule
syrop z granatów (ok. pół szklanki)
kurkuma, sól, pieprz, cukier do smaku

Nogi z kurczaka umyć, podpiec krótko na ostrym ogniu z kurkumą, solą i pieprzem.
Orzechy zmielić (bardzo drobno).
Cebule zetrzeć na tarce o małych oczkach.
Do zmielonych orzechów dodać cebule i 750ml przegotowanej gorącej wody, dodać pieprz i sól... Gotować nie mniej niż godzinę, im dłużej tym lepiej.
Na powierzchni sosu wytworzy się oliwa z orzechów, która jest bardzo prawdziwa (a nie taka podszywana w butelce ze sklepu) i pyszna.
Do sosu orzechowego dodać upieczonego kurczaka, syrop z granatów i jak ktoś lubi trochę cukru do smaku (bez cukru zdrowiej) i znowu gotować, ale tylko pół godziny!

Fe Sen Jun jest potrawą pyszną i absolutnie perską! Je się te potrawę z ryżem po persku. 

Normalnie palce lizać!

Aha - Irańczycy nie jedzą zbyt dużo mięsa. Jedna mała nóżka kurczaka na człowieka... ale za to ryżu z sosem dużo!!!

I jeszcze Fe Sen Jun jak bigos - na drugi dzień jeszcze lepszy!

Perska Żona

rysunek Anna Krenz PS-y Ewy Marii

PS I - Perska Żona pojawiła się już u nas w komentarzach, dziś po raz pierwszy nadesłała przepis ze zdjęciami, ewidentnie zasługujący na osobny wpis. W życiu codziennym Perska Żona jest wprawdzie istotą dość poważną (w końcu żona, to zobowiązuje), ale w życiu zawodowym - zresztą sami zobaczcie TU.

PS II - Kobieta w serii zdjęć nie jest Perską Żoną (to znaczy zapewne jest, ale nie jest naszą Autorką - podejrzewam, że może to być natomiast jej Teściowa).

PS III - Perska Żona załącza w swej prezentacji zdjęcie ryżu, a Qra odsyła do Kury, gdzie był przepis, jak gotować ryż po persku i osobno seria zdjęć. Tyle, że u Żony na powierzchni ryżu po persku leżą jeszcze plasterki ziemniaków, czego w kurzej wersji nie ma. Ale pamiętam, że mąż Perskiej Żony tak właśnie podawał ryż.

PS IV - Pharlap zwracał się już do Danusi z pytaniem o to, co by chciała w nagrodę za rozwiązanie zagadki z wpisu o Paderewskim? Ale że się nie zadeklarowała, to prosi o umieszczenie apelu w dzisiejszym wpisie.

PS V - polecam Danusi "Pasję świętej Hanki" Anny Janko; jadę jutro do Gdańska, to mogę od razu wysłać.

PS VI - Czy Ciotuchna pamięta opowieść Dziadka Wiktora o poziomkach? Czy nadawałaby się ona na wpis?

PS VII - Zagadka dotyczy Persji, a jakże. Człowiek, o którego mi chodzi był słynnym poetą - przedstawiano go tysiące razy, ma nawet pomnik w... Rzymie.

Sąd poetów, w ogrodzie i jedzą...

Napisał Dzieło, znane do dziś, za które miał dostać od władcy worek złota (w dinarach) a dostał tylko worek srebra (w dirhamach). Poeta się wściekł, upił i rozdał całe wypłacone mu (srebrne!) pieniądze. Kto to był?  

Odpowiedzi udzieliła Konsti: Ferdousi, autor eposu Szahname; dla tych, co może nie wiedzą dodajmy jeszcze, że poeta żył w latach 940 - 1020 albo 1025.

wtorek, 26 czerwca 2012

CiotuchnaWpis Ciotuchny

W moich wspomnieniach okupacyjnych, którymi tu Was zanudzam od jakiegoś czasu, przewija się często nazwa Zielonka. Otóż chce Wam wyjaśnić, co to za miejsce i jak się tam znalazła moja rodzina wraz ze mną. A, że zawsze piszę o historii, to i od niej zacznę.

Na rozstaju dróg, jakieś 10 km od Warszawy na północny wschód, stała w XIX wieku karczma, a że stała wśród lasów i pól, nazwano ja Zielonka - Karczma Zielonka. Z czasem powstały wokół karczmy inne zabudowania, bo ziemia była żyzna, co na Mazowszu nie często się spotykało i tak powstała osada, biorąc nazwę od karczmy.

Żyzna ziemia wzięła się stąd, że okolica jest podzielona na wyżynę, którą jest morena czołowa i piaszczysta wydma, a u "stóp" takiej moreny rozciąga sie dolina z żyzną ziemią, czasami podmokłą, z licznymi źródłami wspaniałej wody, czarnoziemem pobagiennym, torfowiskami i polami gliny – nazywa się to Równina Wołomińska.

Torfowiska dawały torf do ogrzewania domów, a glina nadawała się do wyrobu i wypalania cegły. Nic więc dziwnego, że Zielonka szybko sie rozrastała. W okresie międzywojennym liczyła ponad 10 tys. mieszkańców i stała się miejscowością letniskową dla spragnionych świeżego powietrza warszawiaków. Pobudowano domy o kilku kondygnacjach podzielonych na mieszkania i wynajmowano je letnikom.

Przez Zielonkę płynęła nieduża, ale czysta i ciepła rzeka Długa, miejscami płytka, miejscami głęboka, doskonała do kąpieli. Rzeka uchodzi do Kanału Żerańskiego, a wraz z nim do Wisły.

Jak moja rodzina znalazła lokum właśnie w Zielonce zaraz tu opiszę, ale i tu mały wtręt historyczny.

Rodzina, nazwijmy ją W, i rodzina, nazwijmy ją C, miała dwóch dorosłych synów, którzy zapałali do siebie miłością. Miłością bardzo mało zrozumiałą na początku XX wieku. Co poróżniło obu tych panów nie wiadomo, dość, że pewnego dnia znaleziono ich w mieszkaniu martwych z ranami postrzałowymi głów. Przewód sądowy orzekł, że W zabił C i sam popełnił samobójstwo.

Rodzina C była biedna. Matka była wdową i miała jeszcze trzy córki, z których najmłodsza była w początkowych klasach szkoły. Jedynym żywicielem rodziny był syn, zabity przez swojego przyjaciela. Sąd orzekł, że rodzina W musi zabezpieczyć byt rodzinie C. Rodzina W była zamożna i w ramach rekompensaty za śmierć jedynego żywiciela, ofiarowała rodzinie C dom w Zielonce pod Warszawą. Rodzina C wynajęła go i z czynszu się przez jakiś czas utrzymywała. Wkrótce dwie starsze siostry zaczęły pracować i rodzina pomyślała o przeniesieniu się do Zielonki. Sprawę przyśpieszyły zaręczyny starszej z sióstr, a narzeczonym i wkrótce mężem, był brat mojej Mamy. Tak rozpoczęły się nasze związki z Zielonką.

Jako dziecko byłam bardzo chorowita i po jakiejś ciężkiej chorobie zwołane konsylium lekarskie orzekło, że dla ratowania zdrowia dziecka i hartowania go, należy wyprowadzić się z zakurzonej i dusznej Warszawy i przenieść się na stałe gdzieś, gdzie będzie świeże powietrze, las i czysta woda. Wybór moich Rodziców padł na Zielonkę, gdzie mieszkał już brat mojej Mamy z rodziną. On to znalazł nam ładne słoneczne mieszkanie i zamieszkaliśmy wśród zielonkowskich lasów nad rzeką. Tu poszłam do przedszkola, tu zaczęłam szkołę i tu mieszkałam całą okupację niemiecką.

Wasza Ciotuchna

****************

Ja (Kanadyjka) i moja siostra też bywałyśmy w Zielonce w dzieciństwie. Kojarzy mi się Zielonka z ogromnymi krzakami agrestu w ogrodzie. A że sezon agrestowy właśnie się zaczyna, znalazłam bardzo obiecujący przepis na tartę agrestową (przepis p. Diany Henry z The Telegraph).

Ciastoz The Telegraph

12,5 dkg mąki
7 dkg masła
¼ łyżeczki proszku
3 dkg cukru pudru
1 żółtko
1 łyżka zimnej wody

Agrest

10 dkg cukru
150 ml wody
35 dkg agrestu (oczyszczonego)

Polewa

2 żółtka
5 dkg cukru
75 ml śmietanki
skórka otarta z ½ cytryny

1. Przygotować ciasto:

W robocie zmieszać mąkę, masło, puder i proszek tak, aby powstała drobna kaszka. Połączyć żółtko z wodą i dodać do mąki ciągle mieszając w robocie, aż utworzy się kula ciasta. Zawinąć ciasto w folię plastikową i włożyć do lodówki na 6 godzin.

2. Przygotować agrest:

Wodę z cukrem zagotować, dodać agrest i gotować na wolnym ogniu przez 3 minuty. Wyjąć agrest z wody i odłożyć na bok.

3. Podpiec ciasto:

Wyjąć ciasto z lodówki i na oprószonej mąką powierzchnio rozwałkować placek o średnicy 20-23 cm. Wyłożyć ciastem okrągłą formę i włożyć do lodówki na pół godziny.

Rozgrzać piekarnik do 190C, formę z ciastem wypełnić obciążeniem (np. fasolki), umieścić formę na blasze i piec przez 10 minut. Wyjąć z pieca i ochłodzić.

4. Przygotować polewę:

Ubić żółtka z cukrem (powinny zwiększyć objętość trzykrotnie). Dodać śmietankę i skórkę z cytryny.

5. Połączyć wszystkie elementy tarty:

Rozłożyć agrest na podpieczonym cieście. Zalać polewą.

6. Zapiec tartę przez 25 – 30 minut. Wyjąć z piekarnika, ochłodzić, posypać cukrem pudrem.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

żona oburzona Wpis Żony Oburzonej

Lubię przyrodę, ale kiepski ze mnie ogrodnik. Nie przepadam za uprawianiem ogródka, nie lubię dbać o rośliny doniczkowe. I nie znam się za bardzo na kwiatach i innej zieleninie. Lubię ją za to podziwiać...

Podczas niedawnej wycieczki zobaczyłam takie oto krzewy.

cotinus

Na szczęście nie musiałam się zastanawiać i szukać po atlasach roślin, gdyż na jednym z nich powieszono kartkę z informacją.

cotinus

Już w domu sprawdziłam, co to za roślina. Pomogła Ciocia Wiki. Rozbawiła mnie polska nazwa krzewu. Z uwagi na charakterystyczne kwiatostany nazwano go perukowcem podolskim...

kwiatostan cotinusa

Drodzy Czytelnicy Qry, być może zastanowiło Was to, że wpis jest krótki i mało treściwy. Wspólnie podjęliśmy decyzję z innymi twórcami Qrzej Grzędy, że czasem damy odetchnąć Wam i Nam. Nie zawsze będziemy w stanie przygotować obszerny wpis, a nie chcemy całkowicie milczeć.

Tagi: flora
00:07, zona.oburzona
Link Komentarze (8) »
niedziela, 24 czerwca 2012

rysunek Anna Krenz Wpis Ewy Marii.

To wpis "pod prąd". Niedawno przeczytałam w "Polityce", że sprzątalnictwo jest jedyną gałęzią gospodarki, która kwitnie mimo kryzysu i z dnia na dzień zwiększa udział w tworzeniu... no... tego tam, produktu brutto... W Niemczech kilka miesięcy temu na listach bestsellerów królowała niby to polska niby to demaskatorska książka niby to polskiej sprzątaczki o wdzięcznym nazwisku "Polanska" pt. "Unter deutschen Betten" ("Pod niemieckimi łóżkami"). Pani Justyna głosiła w tym czymś, iż ludzie, którzy zatrudniają sprzątaczki mają w domu brudno. No, jakbym miała czysto, to bym nie potrzebowała tej pani.

Jak mieć czysto, a nie sprzątać? Po prostu: nie sprzątać!

Ten temat już poruszałam w poprzedniej Kurze i wzbudził wtedy sporo wątpliwości. I słusznie, bo tak naprawdę nie da się nie sprzątać. Można jedynie ułatwić sobie życie i zmniejszyć ilość zadań. Wiedziałam to zawsze, ale uświadomiła mi to naocznie pewna książka, którą znalazłam w kawiarni z biblioteczką i, co tu dużo gadać, rąbnęłam. Poszłam tam wprawdzie następnego dnia i wstawiłam na półkę inną książkę, ale... no tak, nikt z nas nie jest święty, a mój przyjaciel twierdził nawet, że kradzież książki to nie grzech. Papież na pewno jest innego zdania na ten temat. Wprawdzie nie wiem, co konkretnie sądzi o przywłaszczaniu sobie książek, ale pamiętam, że jeszcze za czasów, gdy pracował w Watykanie na mniej eksponowanym stanowisku, unowocześnił listę grzechów i rozszerzył ją o nie płacenie mandatów i wykręcanie się od płacenia podatków.

Kto sprząta, sam jest sobie winien

To znalazłam pijąc kawę.
"Kto sprząta, jest sam sobie winien". Książka została opatrzona dedykacją:

"Liebe Susanne, vielleicht findest Du einige Tips wie 'Frau' mit Humor und schmunzelnt ein Chaos beseitigt?!
Gruß + Kuß
Uli"

Kochana Zuzanno, może znajdziesz tu porady, jak człowiek (a nawet kobieta) może z humorem i przymrużeniem oka owładnąć chaos?! Uściski i całuski
Uli.

Uli to zdrobnienie stosowane dla przedstawicieli obu płci, ofiarodawca może być
Ulryką lub Ulfem.

Zanim przejdę do zaprezentowania najdziwaczniejszych i najbardziej oryginalnych porad dotyczących tego, jak radzić sobie z błaganem (czyli jak osobiście unikać wysiłku), przypomnę jeszcze, że w poprzednim poście pisałam o naukowym (ponoć) twierdzeniu, że sprzątanie jest zwykłym mydleniem oczu, bo tak naprawdę polega na przenoszeniu brudu z jednego miejsca na drugie. Kattinka zapytała wtedy, kto jest autorem tej tezy, a ja przyznałam, że nie pamiętam, a znaleźć nie mogę. Otóż teraz znalazłam, bo jest to pozycja często gęsto cytowana przez naszych dzisiejszych autorów: Hanneke van Veen /Rob van Eeden, Knausern Sie sich reich / Sparen voor later en nu! - polskie, bardzo dowolne tłumaczenie tytułu niemieckiego mogłoby brzmieć: Skąpiradła się bogacą, a holenderskiego: Skąp, ale już! "Niesprzątanie" jest tylko jedną z części programu skąpienia zawsze i wszędzie proponowanego przez panią van Veen i pana van Eedena.

http://www.refdag.nl/boeken/sparen_leren_van_vrekken_1_488509

A to oni. Nieźle się prezentują, nieskąpo i czysto. Radzili między innymi, żeby korzystać z rzeczy używanych, z drugiej ręki, z odzysku, twierdząc, że sami dla siebie są też partnerami z odzysku, bo każde z nich miało przedtem żonę lub męża. Oczywiście smaczku całej sprawie dodaje fakt, że Hanneke i Rob są Holendrami, a jest to nacja która pełni w Niemczech tę samą rolę, jaka w Polsce przypada Szkotom, a w Turcji ... Niemcom.

Zamówiłam już sobie ich książkę i przy okazji Wam o nich więcej opowiem, ale na razie wróćmy do sprzątania.

Nie streszczę 230 stron w kilku linijkach. Wybieram więc tylko na chybił trafił co bardziej interesujące porady.
* Zasada Pierwsza i Podstawaowa - każda wymówka i każdy argument są dobre, jeśli pozwolą uniknąć wysiłku związanego ze sprzątaniem i innymi zadaniami domowymi
* Ignoruj bałagan i ... krytyczne uwagi otoczenia lub rodziny
* Mieszkaj w małym mieszkaniu, będziesz miał mniej do sprzątania
* Ustawiaj meble od sufitu do podłogi, a książki w ciasnych (dopasowanych do formatu książek) półkach
* Kupuj meble o gładkich powierzchniach
* Wyrzuć dywany i wykładziny
* Mieszkaj u Mamy - Mama wszystko za Ciebie zrobi (Niemcy mają nawet specjalne określenie na tę sytuację: Hotel Mama)
* Mieszkaj w hotelu lub pensjonacie
* Podróżuj rzemiennym dyszlem po krewnych i znajomych
* Ożeń się z pilnym czyściutkim dziewczęciem - porada, jak dodaje autorka - niestety niemal tylko mężczyzn, ale i kobieta jak się postara, to znajdzie męża, który będzie gotował i sprzątał
* Podobnie jak Mama, Ciocia, właścicielka hotelu czy żona (lub ewentualnie mąż), również sprzątaczka jest rozwiązaniem problemu - ktoś wprawdzie wtedy sprząta, ale nie jesteś to ty (a o to przecież chodzi)
* Jadaj w restauracjach lub budach ulicznych
* Nie zasłaniaj okien firankami (nie będziesz musiał ich prać), ale zasłaniaj roletami, to nie będzie widać, że nigdy ich nie myłeś
* Kąp się jak najrzadziej (nie pobrudzisz wanny)
* Białe rzeczy trzeba często prać, nigdy więc nie ubieraj się na biało, ani nie śpij w białej pościeli
* Nie używaj obrusów tylko podkładek pod talerze, a jeszcze lepiej - użyj jako podkładek jednostronnie zapisanych kartek maszynopisów, listów, pism urzędowych, które inaczej wylądowałyby w koszu na śmieci - i tak wylądują, ale znacznie korzystniej
* Prasuj tylko gors, rękawy i mankiety koszul lub bluzek i noś marynarki lub żakiety
* Jeśli już w ogóle musisz sam gotować, gotuj dania jednogarnkowe...

Danie jednogarnkowe czyli słynny niemiecki Eintopf. Ten jest z fasolki, ale może być z fasoli, z soczewicy, z marchewki, z białej kapusty.

przepisy.net

1 kg zielonej fasolki szparagowej
3 cebule
250 g kiełbasy szynkowej (lub kiełbasa biała, parówki, frankfurterki, a nawet po prostu mięso gulaszowe)
8 cienkich plasterków wędzonego boczku
2 szklanki rosołu
sól i pieprz
pęczek cząbru
1 duży ziemniak

 

Oczyszczoną fasolkę umyć i pokroić na kawałki. Cebulę obrać i pokroić w drobną kostkę. Wędlinę pokroić w plasterki. Wędlinę i boczek usmażyć na chrupko, na złoty kolor. Zdjąć z patelni i na tym samym tłuszczu usma­żyć na złoto cebulę. Dolać rosół, zagotować. Doprawić solą i pieprzem. Dodać fasolkę i cząber, dusić 20 minut pod przykryciem.
A teraz największa ciekawostka:
Obranego ziemniaka zetrzeć na tarce o małych otworach. Dodać do fasolki na 5 minut przed koń­cem duszenia.
Wyjąć cząber, dodać wędlinę i boczek. Wymieszać i doprawić do smaku, można dodać posiekaną natkę.
Podawać ze smażonymi ziemniakami.
Popijać zimnym piwem.

Zagadka wiąże się z tym samym światem, w którym wymyślono eintopfy. Młodzi ludzie, którzy przybywali do dużego miasta w poszukiwaniu pracy, mieszkali albo w pensjonatach albo wynajmowali pokoje (patrz porady). Stosunek łączący młodego lokatora i jego gospodynię nazywano "Bratkartoffelverhältnis", co słownik Ponsa tłumaczy jako konkubinat lub luźny związek. Dosłownie wyrażenie to oznacza "stosunek smażonych kartofli" - czy ktoś wie, domyśli się lub wyszpera w internecie - o co w tym idiomie chodzi?

Kanadyjka dobrze się doszukała, że chodzi o rodzaj konkubinatu, ale, ale, wyjaśnienie to nie wyjaśnia, skąd w tym konkubinacie smażone kartofle. Otóż chodziło o to, że pani domu przygotowywała obiad, który był w swym głównym "wydaniu" dla męża, a w wersji odgrzanej dla kochanka-lokatora. Lub zresztą na odwrót, bo bywało i tak, że świeżo ugotowany obiad dostawał lokator, a mężowi przypadały w udziale smażone kartofle.

Tak czy owak - kartofle świeże były dla jednego z mężczyzn, a smażone dla tego drugiego.

sobota, 23 czerwca 2012
Wpis Pharlapa.
Kontynuuję wczorajszy wpis..
Trwały ślad po wizycie Paderewskiego w Melbourne? Proszę bardzo...
Strona Królewskiego Ogrodu Botanicznego w Melbourne zawiera informację, że Paderewski posadził tu drzewo. Jakie drzewo? Gdzie? W biografii założyciela naszego ogrodu botanicznego, Williama Guilfoyle, znalazłem informację, że 26 października 1904 roku Paderewski posadził w Ogrodzie Botanicznym amerykański czerwony kasztan (American red chestnut).
Poszedłem sprawdzić. W informacji wyjawiłem swoją misję.
- American red chestnut? - a czy znasz jego naukową nazwę? Nie szkodzi, zaraz znajdziemy - pani informatorka znalazła nazwę, ale okazało się, że takiego drzewa w ogrodzie botanicznym nie ma. Spróbowaliśmy jeszcze kilku opcji i nic. Pani informatorka rzuciła okiem na alfabetyczny spis wszystkich roślin posadzonych w ogrodzie i już na pierwszej pozycji zapytała:
- Ignacy?
- Tak, Ignacy Jan - wykrzyknąłem radośnie.
- Mamy go! - to nie jest żaden amerykański kasztan ale .. aesculus x hybrida... co za nazwa?
Dostałem plan ogrodu z zaznaczoną lokalizacją drzewa...
Za kilka minut wszystko się wyjaśniło...
Na tabliczce data posadzenia drzewa to 12 października. Drzewo nie przypominało mi kasztana, ale wyglądało imponująco..
To zdjęcie było robione w styczniu czyli w pełni lata. Zajrzałem również jesienią zobaczyć owoce...
Przegapiłem moment gdy kasztany spadły i nie mogłem sprawdzić co jest w środku skorupy. Za to zauwazyłem coś niepokojącego...
Jakaś choroba na liściach. Pobiegłem do centrum informacji i poleciłem drzewo specjalnej opiece "hortokulturalisty". Po roku sytuacja się powtórzyła. Hortokulturalista pocieszył mnie, że to może być normalna reakcja jesienna gdyż na wiosnę drzewo wygląda jak nowe. Chyba ma rację gdyż pilnie obserwuję to drzewo już przez dwa lata.
Zagadka:
"Dnia 27 marca 19.. zwrócił się pan Stanisław Żuławski z prośbą do panów dra Antoniego Cieszyńskiego i Stefana Rosińskiego, aby udali się w jego imieniu do pana Kazimierza Japołła i na drodze zgodnej z kodeksem honorowym zażądali od niego satysfakcji za ciężka obrazę i oszczerstwo...".
Z jakiej książki pochodzi ten cytat? Autor (noblista) nie jest Polakiem, akcja książki nie rozgrywa się w Polsce.
Czarodziejska Góra - Tomasz Mann - zagadkę rozwiązał(a) Danstarossa - prosimy wybrać nagrodę i powiadomić nas o swoim wyborze.
piątek, 22 czerwca 2012
Wpis Pharlapa
W poprzednim wcieleniu Kury pisałem o australijskiej śpiewaczce - Nellie Melba. Pora na polskiego artystę. I to jakiego! O tym, że Ignacy Jan Paderewski występował w Melbourne w 1904 roku wiedziałem od dawna. Zlinkowana wyżej strona podaje niezwykle istotne szczegóły tej wizyty: .. przyjechał z drugą żoną, grupą wsparcia, papugą i fortepianem Erarda.
Skonfrontowałem to ze wspomnieniami artysty zawartymi w książce - Ignacy Jan Paderewski - Pamiętniki - spisane w 1939 roku przez Mary Lawton, tłumaczenie polskie: Wanda Lisowska i Teresa Mogilnicka, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, rok 1972.
Zaczyna się tak: ..w maju wyruszyliśmy do Australii, odpływając z Marsylii... Po trzydziestu pięciu dniach podróży dopłynęliśmy wreszcie do Melbourne. Cóż za kontrast! ... klimat okazał się tam chłodniejszy niż w jakimkolwiek miejscu na kuli ziemskiej - w Australii zjawiliśmy się bowiem w środku zimy (lipiec).
"...klimat chłodniejszy niż w jakimkolwiek miejscu na kuli ziemskiej". Czy tak wyobrażaliście sobie państwo Australię? My też nie. Pierwsza spędzona w Melbourne zima była dla nas koszmarem.
Ale istotniejsza jest dla mnie sprawa papugi - wikipedia jest w błędzie! Papugę kupił Paderewskiemu miejscowy agent, aby poprawić nastrój popsuty złą pogodą. To się w pełni powiodło. Papuga o nazwisku Cockey Rogers była bardzo rezolutna, znała około 1000 słów, w tym wszystkie przekleństwa, których często używała. Czasami była kłopotliwa, gdyż nie chciała się z Paderewskim rozstać. Podczas ćwiczeń siadała mu na czubku buta, nie przeszkadzało jej, że często ruszał stopą naciskając pedały, od czasu do czasu mówiła - ależ to piękne, Boże, ależ piękne!
Żonie Paderewskiego papuga tak się spodobała, że w ciągu kilku dni kupiła... 40 papug!!! I wieźli ze sobą 36 klatek przez Australię, do Nowej Zelandii i z powrotem, i dalej aż do USA. Zgadzam się, że ta żona zasługiwała na wzmiankę w wikipedii, ale raczej w innym kontekście.
4 lipca 1904 Paderewski wystąpił w Melbourne Town Hall, który funkcjonuje nadal jako sala koncertowa. Został przyjęty entuzjastycznie. Kopie wycinków z gazet są tu i tu.
A tu jeszcze bardziej szczegółowa relacja z naszego, do dzisiaj istniejącego, dziennika The Age.
Zwróćcie Państwo uwage na drugą relację w powyższym linku - Sydney - tam artysta wystąpił 12 lipca. Wkrótce po rozpoczęciu koncertu niektórzy "słuchacze", nasyciwszy się widokiem słynnego gościa, wymykali się z sali. Pod koniec koncertu przybrało to rozmiary masowej ucieczki. Paderewski był bardzo rozgniewany - to są dzikusy... coś takiego nie spotkało mnie nawet podczas występów na Dzikim Zachodzie.
Ciekawe, że Paderewski nie wspomina o tym wydarzeniu w swoich pamiętnikach. A nie miał w zwyczaju ukrywać niepowodzeń. Podejrzewam, że to zawiść między Melbourne i Sydney była inspiracją tego reportażu.
Wracam do wspomnień...
W hotelu mieliśmy względnie wygodne pokoje, ale nie byliśmy w stanie nic przełknąć, gdyż jedzenie było niemożliwe....
W rezultacie, posiłki przygotowywała mu własnoręcznie żona.
.. w końcu zapytałem: - kto jest waszym kuchmistrzem? Czy jest to rzeczywiście kucharz, czy może krawiec lub stolarz?
- Ależ nie proszę pana - odparł z powagą (kelner) - to jest inżynier.
Doświadczenia muzyczne były podobne. W Sydney, artysta grał m.in. koncert fortepianowy Chopina. W tym utworze, pod sam koniec, jest kilka uderzeń w triangiel. Próba z orkiestrą trwała nadspodziewanie długo i w którymś momencie trianglista stwierdził, że regulaminowy czas pracy się skończył i orkiestra musi iść do domu. Do odegrania zostało kilka taktów, właśnie tych z trianglem, ale nie było gadania, próbę zakończono. Trianglista, który nie zagrał nawet jednej nuty, dostał takie same wynagrodzenie jak pierwszy skrzypek...
"Zapytałem signor Hanzona (dyrygenta), kim jest ów ważny, grający na trianglu artysta, który przerwał nasza próbę. Ależ bynajmniej nie jest artystą - odpowiedział - jest ważną osobistością w związku, to na pewno, a poza tym sklepikarzem.
A teraz pytanie zasadnicze: czy triangiel w koncercie tegoż wieczoru odezwał się w odpowiedniej chwili? Ależ nie! Odezwał się, i to bardzo zdecydowanie, lecz w zupełnie złym miejscu."
Znalazłem wycinek z wydawanego w Adelajdzie dziennika, The Advertiser, który w dniu 17 października 1904 roku donosi, że.... podczas szóstego recitalu w Sydney publiczność przyjęła artystę tak entuzjastycznie, że nie mógł opuścić budynku, nie pomogło zgaszenie świateł, trzeba było wezwać policję, aby usunęła  entuzjastów z budynku. O tym melbourneńskie gazety nie wspomniały ani słowem. Oj ta rywalizacja miast :))
Pobyt w Australii Paderewski zakończył występem w Melbourne, w Exhibition Building przed prawie 7-tysięczną widownią. Była to najliczniejsza widownia w ówczesnej historii Australii.
Na koniec wyjaśnienie faktu powtarzanego uparcie w każdym anglojęzycznym artykule o wizycie Paderewskiego w Australii - travelled with his second wife...
Druga żona - dla mnie to brzmi trochę dwuznacznie, akcent położony na słowo - druga. Paderewski ożenił się pierwszy raz w wieku 20 lat z Antoniną Korsakówną (rok 1880). Po roku żona zmarła pozostawiając Paderewskiego z dzieckiem. Dziecko - synek - miało wady fizyczne, większość czasu zajmowali się nim opiekunowie, gdyż Paderewski był w ciągłych rozjazdach, ale gdy był we Fracji spędzał wiele czasu z dzieckiem. Synek zmarł w wieku kilkunastu lat. Paderewski zakochał się w opiekunce swojego syna - Helenie Górskiej. Jej mąż, gdy zorientował się, co się święci, wystąpił o unieważnienie małżeństwa, co Paderewski uważał za bardzo szlachetny czyn. Ślub Paderewskiego i Heleny Górskiej odbył się w 1899 roku.
Paderewski odwiedził Australię po raz drugi w 1927 roku. Nie znalazłem wielu informacji na temat tego pobytu, ale ta wydaje mi się bardzo charakterystyczna...
W przeddzień koncertu Paderewski otrzymał pozdrowienia od Gubernatora Generalnego oraz informację, że gubernator... życzy sobie, aby artysta był na scenie w momencie wejścia gubernatora i stał aż do momentu gdy gubernator usiądzie.
Paderewski poprosił, aby wysłać w jego imieniu odpowiedź, że... Paderewski odda gubernatorowi takie honory na jakie on (gubernator) zasługuje.
Gubernator ze swoją świtą wszedł na salę i ze zdumieniem stwierdził, że scena jest pusta. Gniewnie czekał na jakieś wyjaśnienie lub przeprosiny, ale Paderewski wszedł na scenę, usiadł przy fortepianie i zaczął grać. Gubernator wraz ze swoją świtą usiedli. Następnego dnia, gubernator podał do prasy komunikat zawierający naganę dla Paderewskiego za obrazę króla reprezentowanego tu przez gubernatora. Paderewski odpowiedział: .. król to była ostatnia osoba, którą myślałbym obrazić. Źródło powyższych "wikileaks" znajduje się tutaj.
Paderewski robił sobie żarty, że kucharz był z wykształcenia inżynierem. Niesłusznie. Ja też jestem z wykształcenia inżynierem, a potrafię ugotować to danie i cieszy się ono uznaniem konsumentów.
Boeuf Bourguignon.
Marynada:
półtora kilo chudej wołowiny (udziec, antrykot, rozbratel), butelka (750 ml) czerwonego wina,
marchew pocięta w plastry, poszatkowana cebula, rozgnieciony ząbek czosnku, łyżeczka pociętej pietruszki, łyżeczka tymianku, liść ziela angielskiego, 5 rozgniecionych ziaren pieprzu, łyżka oleju.
Mięso pociąć w duże kostki, dodać wszystkie składniki i odstawić na 1 dzień do lodówki.
Gotowanie:
2 łyżki oleju, 2 łyżki masła, łyżka mąki, łyżka pasty pomidorowej, pieprz i sól według uznania, 2 rozgniecione ząbki czosnku.
Wyjąć mięso z marynady. Oczyścić i osuszyć dokładnie a następnie zabrązowić na oleju na bardzo gorącej patelni. Dodać jarzyny z marynady i masło. Gotować bez przykrycia przez 15 minut. Posypać mąką, smażyć aż mąka się zabrązowi.
Przełożyć do garnka, zalać sosem z marynady, dodać pół filiżanki wody i pozostałe składniki, przykryć i gotować na wolnym ogniu 2 godziny.
Nagroda muzyczna - link do filmu z nagraniem Menueta Paderewskiego w wykonaniu kompozytora... oraz w wykonaniu przesympatycznego Władzia Liberace. W kilku źródłach znalazłem informację, że wielu słuchaczy uważało ten menuet za tak mozartowski, że nie mogli uwierzyć w autorstwo Paderewskiego. Wg mnie jest on raczej bardzo chopinowski a w jednym miejscu wyraźnie nawiązuje do II Rapsodii Węgierskiej Liszta (2:21 w nagraniu Paderewskiego, 1:38 w nagraniu Liberace).

Pobyt Paderewskiego w Melbourne zainspirował mnie do znalezienia jakiegoś dotykalnego śladu tej wizyty. Znalazłem! Napiszę o tym jutro.
czwartek, 21 czerwca 2012

 Wpis Ciotuchny

(Ciąg dalszy wpisu Najdłuższa noc w moim życiu.)

Po nieprzespanej nocy w podziemiach na Szucha przewieziono nas tzw. budą na Pawiak, tu na podwórku czekaliśmy na załatwienie formalności i przyjęcie. Grzało marcowe słońce, było zupełnie cicho, za murami Pawiaka rozciągały się wyludnione gruzy dawnego Getta. Wtedy doznałam najbardziej absurdalnego uczucia - uczucia spokoju! Tak, właśnie spokoju - to, czego bałam się przez całą okupację to już się stało, nic gorszego stać się już nie może, bo śmierć była wybawieniem, a nie przerażeniem.

Poczucie spokoju prysło, kiedy po załatwieniu formalności, po rzuceniu Ojcu ostatniego pożegnalnego spojrzenia odeszłam wraz z Matką w stronę Serbii (kobiecego więzienia Pawiak). Znów kilka formalności i zamknęły się za nami ciężkie drzwi celi więziennej. Czy zdajecie sobie sprawę, czym jest taki szczęk zamykanych drzwi dla człowieka młodego, pełnego energii, wiedzącego, że jego praca konspiracyjna była i jest potrzebna, dla człowieka, który chce i powinien działać? To poczucie bezsilności, beznadziejności i rozpaczy jest tak wielkie, że prawie obezwładnia, odbiera chęć i możliwość zrobienia najmniejszego nawet ruchu ręką. Tak obezwładnione i zrozpaczone stałyśmy przy drzwiach obie z Matką. Musiała się w tym momencie w naszych oczach malować bezgraniczna rozpacz, która w takich chwilach jest dla człowieka zgubna. Malutka, wąska cela i kilka kobiet ciekawie się nam przyglądających. Mała, drobna kobieta wstała z pryczy i podeszła do nas, kilka zdawkowych zdań, wskazała nam miejsce pod ścianą na sienniku. Usiadłyśmy, głowy oparłyśmy na zgiętych kolanach i przeżywałyśmy w milczeniu nasza klęskę. Znów ta sama kobieta podeszła do nas – „nazywam się Maryna”. Słowa otuchy, słowa pociechy, kilka serdecznych gestów, kilka objaśnień, co się tu dzieje i jak do tego należy się przystosować, jakie są tu zwyczaje – niby to wszystko nic nie znaczy, ale serdeczność, ciepło głosu, dotkniecie ręki sprawiło, że podniosłyśmy głowy i bezwład minął. Oby każdy w trudnej sytuacji życiowej spotkał taką osobę jak Maryna, która do dziś pewnie nie zdaje sobie sprawy jak wiele dla nas zrobiła i jak wiele jej zawdzięczamy. Nie byłyśmy same wśród ludzi!

Dalsze dni dowiodły, ze nie byłyśmy same nawet tu za murami wiezienia, że tam bardzo daleko na wolności ktoś o nas myśli.

Każdego dnia o oznaczonej porze otwierały się drzwi celi, w nich więźniarka z tzw. kolumny sanitarnej i oznajmiała: „gorąca woda”. Należało wówczas wziąć konewkę i iść do łaźni po wodę, robiła to zwykle ta, która była w danym momencie najbliżej drzwi. W kilka dni po naszym przybyciu na Serbię odbyło się to nieco inaczej. Stanęła w drzwiach, rozejrzała się po celi i zwróciła się do Mamy: ,,Pani pójdzie po gorącą wodę". Matka ze zdziwioną miną wykonała polecenie. Wszystkie spojrzałyśmy po sobie zdumione, dlaczego wywołała Matkę, co to może znaczyć?

Po kilku minutach w drzwiach stanęła Mama z konewką gorącej wody. Twarz miała białą jak kreda. Usiadła na sienniku i zamyśliła się. Nie zadawałam pytań, ale wiedziałam, że coś się stało. Po kilku godzinach, kiedy siedziałyśmy na podłodze blisko siebie nad miską zupy, Matka szepnęła mi: - ,,W łaźni podeszła do mnie jakaś kobieta, podała dawno już ustalone hasło i spytała co trzeba z mieszkania usunąć. Powiedziała, że zaraz po naszym aresztowaniu byli w mieszkaniu chłopcy, że zabrali wszystko, co ich zdaniem było kompromitujące, ale nie widzą, co jeszcze trzeba wynieść". Matka tak się zdenerwowała, ze z trudem zebrała myśli i dala odpowiedź.

To była pierwsza wiadomość o tym, że na wolności myślą o nas, że chcą pomóc, że są nadal z nami. Wiadomość, która podniosła nas na duchu, pozwoliła się otrząsnąć z rozpaczy i odrętwienia. Nie jesteśmy sami na świecie! Może jeszcze nie wszystko stracone.

 

02:48, kanadyjka82
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2