Nie jesteśmy nowi na świecie, przed nami była
KURA

O nas i o blogu

Napisz do nas:
qra-poczta@gazeta.pl

Współpracuj z nami

Nagrody
Fundatorzy
Lektury
Filmy


RSS
piątek, 30 listopada 2012

Wpis pharlapa

Great Ocean Road to malownicza szosa wijąca się przez ponad 240 km wzdłuż brzegu oceanu. Po stronie lądu ciągnie się bardzo urozmaicony Otway National Park - tropikalne lasy, niezwykle wysokie drzewa, misie koala na wolności. Po stronie morza - piękne plaże, wysokie klify i groźne skały, na których rozbiło się wiele statków. Oto bardzo popularny fragment wybrzeża - Dwunastu Apostołów...

12 Apostolow

O Boże, jakie te dzieci małe? Jak dawno to było? Czas robi swoje - nie tylko z ludźmi. Popularnym miejscem na Wielkiej Drodze jest London Bridge. Jest? Raczej był. My mieliśmy jeszcze szansę po nim przejść..

London Bridge

Niecały rok później był wielki PLUSK!

Plusk!

Powyższe zdjęcie wyciąłem z gazety. Zostało ono zrobione przez turystów po bezpiecznej stronie mostu. Po niebezpiecznej stronie zostało uwięzionych kilka osób, po które musiał przylecieć helikopter. Teraz wygląda to tak..

Most?

Wspomniałem o groźnych skałach. Warto zdać sobie sprawę jak wyglądała żegluga do Australii.  Zanim otwarto kanał Suezki statki płynęły wzdłuż zachodniego brzegu Afryki, do Przylądka Dobrej Nadziei i.. nie, wcale nie kierowały się w stronę Australii. Żeglowały dalej na południe aż do "ryczących czterdziestek" gdzie łapały w żagle niezwykle silne zachodnie wiatry. Na skrzydłach wiatru sunęły na wschód i w miejscu wskazanym przez ówczesne przyrządy nawigacyjne skręcały na północ. Jedynym marzeniem kapitanów było ujrzeć światła latarni morskiej na Cape Otway...

Apollo Bay

Jeśli się nie udało... lista statków rozbitych u wybrzeży naszego stanu zawiera 1022 pozycje. Ja dotarłem do słynnej latarni od strony lądu przy okazji ustanawiając osobisty rekord prędkości zjadu z góry na rowerze. A było to tak..

Osoby, które czytają moje wpisy zauważyły pewnie, że wszędzie szukam okazji żeby się pokręcić albo na nartach albo w krótkich spodenkach - Starszy Pan bez Godności.

Osiem lat temu złapałem rowerowego bakcyla. Tu przyznam się, że na rowerze nauczyłem się jeździć dopiero w wielku 20 lat. Po prostu na rower nigdy wcześniej nie było nas stać. Teraz nadszedł czas żeby nadrobić te zaległości. Okazja była idealna - w 2004 roku Great Victorian Bike Ride odbywal się właśnie na Great Ocean Road. Miałem dobry przykład - nasze dzieci uczestniczyly w tym rajdzie kilka lat wcześniej.

Ach cóż to był za rajd! Organizatorzy rozluźnili ograniczenia i nim się spostrzegli na rajd zapisało się ponad 8,500 osób. To chyba rekord świata. Rekord to sprawa drugorzędna. Pierwszorzędnym problemem była logistyka. Na trasie rajdu nie było ani jednej miescowości, która miałaby ponad 2,000 mieszkańców, Najmniejsza - Gellibrand - miała ich tylko 80 - ponad stu gosci na jednego gospodarza! Wyżywić 9000 osób to jeszcze pół biedy, ale żadna z tych miejscowości nie miała systemu kanalizacji, który mógłby obsłużyć tylu mieszkańców. Ogromne cysterny na czystą i brudna wodę, stacje pomp, dziesiątki mobilnych pryszniców, setki przewoźnych toalet. Platanina rur. To wszystko na tylko jeden dzień pobytu.  I to wszystko organizowała grupka ochotników z Victorian Bike Association. No to ja się pytam - po co wydawać te tryliony dolarów na mniej lub więcej pokojowe akcje militarne? Czy nie możnaby zamiast tego zorganizować rajd rowerowy w krytycznym miejscu? Ludzie by się poznali, zaprzyjaźnili, miejscowa gospodarka dostałaby zastrzyk gotówki.. Rozwiązanie tak proste jak koło rowerowe! Pozostając jeszcze przy tym temacie - moim towarzyszem na rajdzie był Tadeusz - un cycliste extraordinaire...

Partnerzy

W ubiegłym roku, ostatnim etapem jego rowerowej wedrówki był Iran. Od granicy z Armenią do Cieśniny Hormuz. W małych miejscowościach zapraszano go - niewiernego - na nocleg do meczetu. Tak - spędził niejedną noc śpiąc w samym środku meczetu. Budzono go dopiero przed porannymi modłami. Wydaje mi się, że nasza cywilizacja, która czasem chlubi się swoim chrześcijańskim rodowodem, mogłaby się zastanowić nad znaczeniem powiedzenia - gość w dom, Bóg w dom.

Chyba lepiej jak przestanę filozofować i wsiądę na rower.. Rajd trwał 8 dni, w tym jeden dzień odpoczynku. Uczestnicy musieli posiadać własne namioty, przybory do jedzenia, i co jeszcze uważali za potrzebne, byleby łączna waga nie przekroczyła 25 kg. Kuchnia wydawała śniadania od 6 do 9 rano. Przez cały czas była długa kolejka. Oczywiście wszyscy gderali. Ja, zahartowamy w kolejkach z czasów PRL, słuchałem tego z uśmiechem. Te kolejki były sporą atrakcją - okazja aby rozprostowac kości, poznać nowych ludzi, wysłuchac ciekawych opowieści. Oczekiwanie umilała grupa muzykantów. Rozdawano rajdową gazetke z plotkami z poprzedniego dnia. Poniżej muzykanci i niżej podpisany w akcji..

MuzykanciSniadanie

Nieco trudniejsza było załadowanie bagaży na samochód..

Zaladunek

Nagrodą była cudowna jazda i piękne widoki na trasie..

Na trasieWidok

Mniej więcej w połowie trasy przerwa na lunch. Znowu okazja do zbratania się z towarzyszami przygody..

Lunch stop

Wreszcie dojazd do celu. Odszukanie bagażu i zadomowienie się w namiotowym miasteczku..

SzukajMiasteczko

Po wypełnieniu obowiązków był prysznic, wedrówka do najbliższego pubu na szklanicę piwa Guinness, obiad i bogata oferta rozrywek, ale dla nas najmilszą rozrywka był sen.

Pokaz slajdów z pamiętnego rajdu poniżej..

Zagadka: określiłem się jako Starszego Pana bez Godności. Z jakiego utworu literackiego zaczerpnąlem ten zwrot? Nagroda - zgadnijcie co? Kalendarz na rok 2013 - temat - Great Ocean Road. Bertold Brecht - Die unwürdige Greisin - Starsza pani bez godności. Poprawnej odpowiedzie udzieliła subtelna-spryciara. Gratuluję.

Tagi: Australia
02:24, pharlap
Link Komentarze (9) »
czwartek, 29 listopada 2012

      Wpis Ciotuchny i wloszczyzny

Jak każde wspomnienie i te musze zacząć od daty, aby umiejscowić je w konkretnej sytuacji. Otóż działo się to wszystko w  drugiej połowie stycznia 1985 r. Mroźna zima, a my wybieraliśmy się w podroż przez prawie pól Europy, aby się spotkać z córka, zięciem i małą, nie mającą jeszcze dwóch lat, wnuczką.

Jechaliśmy nowym samochodem, nie z najwyższej półki samochodowej, a raczej z półki bardzo nisko umiejscowionej. Był to nabyty sześć tygodni wcześniej samochód marki Wartburg, nowe dzieło niemieckiej (wschodniej) myśli technicznej, dwutakt z przednim napędem. Te szczegóły ułatwią zrozumienie dalszej części wspomnień.

Wyjechaliśmy wcześnie w mroźny poranek i przy dość dobrej pogodzie bez przeszkód dotarliśmy wieczorem do granicy czesko - austriackiej. Tam, po bardzo szczegółowej i niesympatycznej kontroli czeskiej straży granicznej, w sporym mrozie i przy wiejącym zimnym wietrze od Dunaju, straciliśmy prawie godzinę. Przejechaliśmy granicę i dojechaliśmy do naszego hoteliku w Austrii jeszcze przed Wiedniem.

Następny dzień mroźny, ale pogodny, pozwolił nam szybko dojechać do autostrady omijającej Wiedeń, a prowadzącej na Linz. Doskonała jazda, na polach leżał zmrożony śnieg, a autostrada była czarna i sucha. Nasz samochód pokazywał co potrafi i szybko ubywało nam kilometrów. Mały obiad w samoobsługowej restauracji przy stacji benzynowej, kawa, tankowanie i w drogę. Przed nami z daleka widać było wysoko w górze Alpy. Były jak zapora na naszej drodze, jak forteca, którą trzeba zdobyć. Jechaliśmy spokojni, jest wyłom w tej fortecy - przełęcz Brenner.

Foto: Maria

Przed dojazdem do drogi wiodącej na tę przełęcz, przeproszono nas, że musimy za wjazd zapłacić, bo konserwacja drogi, ochrona środowiska itd... zapłaciliśmy i w pełnym słońcu wjechaliśmy na tę zapłaconą drogę. Jechaliśmy pod górę i nie bardzo wiedzieliśmy, czemu robi się coraz ciemniej. Wjeżdżamy na granice]ę, na samą przełęcz, a tu niespodzianka... jest zupełnie ciemno, wali śnieg, nie pada ale wali ściana śniegu. Chmura z której sypie się ten śnieg siedzi nam prawie na głowach, a do tego wieje silny wiatr.

Granica jakby wymarła, nie widać nikogo, wszystko pozamykane. Jedyne okienko, które jest oświetlone to okienko strażnika granicznego, który macha ręką, żebyśmy jechali dalej i dali mu spokój. My, jednak musimy mięć pieczątkę w paszportach, że wjechaliśmy do Włoch (takie czasy). Stukam wiec paszportami w okienko i palcem pokazuje naszego orzełka na okładce. Strażnik zrozumiał, uchylił okienko i złapał nasze paszporty, przybił pieczątki i wysunął tylko cześć dłoni, ja złapałam paszporty niemal w powietrzu i szybko zamknęłam okno w samochodzie. Rozglądamy się po granicy, bo tu powinniśmy kupić karnet benzynowy, ale ciemno i nie ma żywego ducha, wszystko zamknięte. W taką śnieżycę nikt nie przejmuje się turystami z za żelaznej kurtyny.

Jedziemy dalej. Autostradę dopiero zaczynają sprzątać maszyny, a my jedziemy w kopnym śniegu. Zaraz zresztą opuszczamy autostradę i jedziemy w lewo na normalna drogę. Zaraz za zjazdem parking pełen samochodów i ludzi majstrujących coś przy pojazdach. Podjeżdżamy bliżej i widzimy, ze ci ludzie zakładają łańcuchy na koła. My łańcuchów nie mamy, kto w 1985 roku w Polsce mógł kupić łańcuchy? Nigdzie ich nie było i nie było zwyczaju używania ich. Nikt wtedy nie wiedział o istnieniu opon zimowych i łańcuchów, to były fanaberie!

Patrząc na ilość samochodów zakładających łańcuchy domyślamy się, że może one są obowiązkowe i możemy mieć kłopoty nie mając ich. Postanawiamy, że w razie czego nic nie rozumiemy co do nas mówią. My znamy tylko język polski i nie wiemy o co im chodzi. Jedziemy przed siebie i zjeżdżamy na pierwszą napotkaną stację benzynową, ale ona jest zamknięta i dystrybutory nastawione na automatyczne tankowanie. A my nie mamy bonów benzynowych, a stacja zamknięta bo dziś jest sobota! Trudno. Jedziemy dalej i wpadamy w korek na szosie, wleczemy się noga za nogą. Od czoła tego korka idzie wiadomość, że policja sprawdza łańcuchy i kto nie ma, nie jedzie dalej. Dochodzi godzina 19 ta i nagle korek zaczyna jechać normalnie. Godzina 19 ta to dla Włochów święta godzina KOLACJI i policja poszła jeść, opuszczając swój posterunek, a my jedziemy.

W miasteczkach i osiedlach, a jechaliśmy i przez kurorty jak Predazzo, Cavalese i jeszcze jakieś, których nazw nie pamiętam, przed domami i hotelami stoją ubrane choinki, całe oświetlone, a wokół choinek tańczą i śpiewają  roześmiani ludzie. Patrzymy na siebie i robi nam się głupio. My w naszej Polsce żyjemy chyba na innej planecie, ale na pewno nie w tej roześmianej i kolorowej Europie.

Dobra, dobra, ale trzeba jechać dalej. Za 2 km zjeżdżamy z tej drogi oznaczonej na mapie na czerwono i skręcamy w drogę, która na mojej mapie jest oznaczona żółtymi zygzakami. Ta droga na załączonej mapce jest nazwana SS50, czyli strada statale, ale to mapa współczesna, a wtedy to nie była żadna "strada", ale o tym za chwilę.

 

Przed nami Paneveggio (1515m nad poziomem morza) i skręt w prawo na drogę do Passo Rolle i tu zaczyna się górska ścieżka wykuta w zamrożonym śniegu. Na zewnątrz jest  -17 st. w samochodzie ciepło, a nam się robi nawet gorąco. Droga na szerokość jednego samochodu, z lewej strony stroma góra, a z prawej strony wał ułożony ze śniegu na wysokość ok. 1 metra. W reflektorach widać wystające zza tego wału czubki drzew. Gdzie one rosną, skoro tutaj widać tylko czubki? Lepiej nie myśleć. Droga jest kręta i stale pod górę, a nad nami gdzieś wysoko w górze świeci się lampa. Wygląda jak księżyc, ale to nie księżyc to lampa, może tam mamy dojechać? Na domiar złego na wskaźniku paliwa zapala się lampka wskazująca, że jedziemy na rezerwie benzyny. Ile litrów ma ta rezerwa? Nie wiemy bo to nowy samochód. Spalamy dużo paliwa bo jazda pod górę jest na drugim, a czasami na pierwszym biegu. Co będzie jeżeli samochód stanie w połowie drogi? Nie mówimy do siebie nic, mamy zaciśnięte zęby, a nasze oczy biegną chyba przed samochodem. Czasami z lewej strony mijamy jakieś domy, zupełnie blisko drogi, ale są ciemne jakby puste, nie wiadomo. Ale Włosi maja zwyczaj zamykać na noc drewniane żaluzje, żaden promyczek światła się nie wydostaje na zewnątrz. Nad nami tylko ta lampa i tyle co widać w reflektorach, czyli bariera śniegowa. Zmniejszamy ogrzewanie żeby oszczędzić benzynę. Co jakieś czas z lewej strony jest wygrzebany w śniegu mały placyk, to chyba mijanka, na szczęście z góry nikt nie jedzie.

Do dziś nie wiemy ile czasu zajęła nam ta wspinaczka, ale lampa była coraz bliżej nas i po pewnym czasie zrobiło się jaśniej od jej światła.

Na mijanym kamieniu odczytałam Passo di Rolle 1980 m czyli pokonaliśmy 465 m w górę! W blasku lampy widzimy dom, a na nim napis HOTEL. Stajemy i ze zmęczenia i przebytych emocji nie mamy siły wysiąść z samochodu. Po chwili odpoczynku zbieramy się i idziemy do hotelu. Maja wolny pokój, a nawet gdyby nie mieli spalibyśmy i na podłodze, bo padamy ze zmęczenia. Na pytanie o kupno benzyny rozkładają ręce. Nie ma tu nic poza hotelem. Tu zjemy kolacje i zanocujemy, ale trzeba zatelefonować do hotelu w miejscowości docelowej, żeby uspokoić rodzinę, ze dojedziemy dopiero jutro. Okazuje się że też nie ma ich w San Martino, że dzwonili żeby nam powiedzieć, że nocują w Cavalese. Spokojni i odprężeni jemy kolację i padamy do łóżek. A o benzynie pomyślimy jutro!

Następnego dnia właścicielka hotelu wręczyła  mężowi bańkę z benzyną, skąd ją miała nie powiedziała.  Po dwóch godzinach ukazał się samochód naszych rodzinnych Włochów, którzy ze zdumieniem zobaczyli na szczycie przełęczy Wartburga ze znaczkiem PL i na warszawskich numerach.

Powitanie było gorące i wylewne i już razem w dwa samochody dojechaliśmy do San Martino, gdzie spędziliśmy urocza settimana bianca.

Foto: Maria

A my Włosi, wyruszyliśmy spokojnie w tą samą sobotę rano z Florencji. Pogoda była słoneczna, ale już na wysokości Verony złapała nas śnieżyca. My mięliśmy, oczywiście, łańcuchy na koła, ale nigdy ich nie montowaliśmy. Zjechaliśmy, więc z autostrady na stację benzynową, gdzie naiwnie mieliśmy nadzieję, że ktoś nam pomoże je zamontować ... wszyscy użytkownicy autostrady mieli taki sam pomysł! Zabraliśmy się wiec za montaż sami, obserwowani tylko z wielkim zaciekawieniem przez nasza, nie mającą dwóch lat, córkę, która żeby nas lepiej widzieć usadowiła się we wnętrz samochodu jak na tronie, na własnym nocniku!

Dalsza droga w zadymce śnieżnej poszła powoli, ale bez większych problemów do momentu zjazdu z autostrady gdzie stanęliśmy w kilometrowym korku. I nie był to korek spowodowany kontrolą posiadania łańcuchów, a niestety był on spowodowany zasypaniem drogi przez lawinę śnieżną. W pewnym momencie wszystko się odkorkowało, bo usunięto śnieg z drogi! My z małym dzieckiem trochę baliśmy się dalszej drogi po ciemku, wiec zatrzymaliśmy się w Cavalese, gdzie cudem znaleźliśmy jeden pokój, bo wszystko było zajęte przez ekipy biegaczy narciarskich, którzy następnego dnia rano startowali w słynnym biegu „marcia longa”. My tez musieliśmy wstać wcześnie, bo z powodu tego biegu zamykano drogę, którą mięliśmy jechać. Rzeczywiście byliśmy wielce zdziwieni jak na przełęczy Passo Rolle spotkaliśmy Wartburga na polskich znakach!

02:30, kanadyjka82
Link Komentarze (9) »
środa, 28 listopada 2012

żona oburzona

 

 

 Wpis Żony Oburzonej

W jednym z moich wpisów na Qrze pytałam o polski film Piętro wyżej. Już w dzieciństwie bardzo go lubiłam. Postacie drugoplanowe to między innymi Protazy i Damazy, służący głównych bohaterów. Łączy ich pewna rozrywka. Panowie rywalizują ze sobą na ilość zauważonych... męskich bród. Kto pierwszy zobaczył mężczyznę z zarostem, musiał zakrzyknąć Biber! (czy ktoś z szacownego grona Współautorów i Czytelników ma pomysł na to, dlaczego właśnie takie słowo było używane w tym kontekście?), po czym otrzymywał odpowiednią liczbę punktów. Punkty były chyba przeliczane na kieliszki, ale tego nie jestem pewna. Punktacja była uzależniona np. od koloru brody. Cenniejszą zdobyczą był brodacz siwy, w okularach lub na rowerze. W jednej ze śmieszniejszych scen filmu służący, któremu zazwyczaj nie szło w tę grę, zauważa kawalkadę brodatych cyklistów... Nawiasem mówiąc, dostrzegłam dzisiaj w fabule tego filmu  nawiązania do Zemsty Aleksandra Fredry.

Z Moim Mężem wysyłamy do siebie smsy lub mmsy, gdy na mieście zauważymy pewien pojazd. Taka nasza domowa wersja zabawy Damazego i Protazego. Kiedy podróżujemy po Polsce autem, sprawdzamy naszą znajomość tablic rejestracyjnych. Jeśli chodzi o oznaczenia miejscowości w Polsce, jestem naprawdę niezła! Nasi przyjaciele liczą spotkane garbusy, gdyż sami takiego posiadają. Inne rodziny też umilają sobie wycieczki na różne sposoby. A to gra w skojarzenia, a to w 20 pytań...

Najbardziej rozwiniętą formą rodzinnej rozrywki jest wspólne tworzenie. Razem z siostrą wydawałyśmy domową gazetkę. Ba, nawet dwa tytuły. Tygodnik miał charakter bardziej reporterski, zawierał informacje o bieżących sprawach i wydarzeniach. W miesięczniku natomiast zamieszczałyśmy porady, przepisy i wywiady. Do najlepszych rozmów należy ta, którą przeprowadziłam z plakatem ulubionego w dzieciństwie Patricka Swayze... Zdaję sobie sprawę z tego, że większość z Was zapewne ma podobne wspomnienia. Specjalnie dla Was zanurkowałam w swojej skrzyni z pamiątkami i znalazłam dwa egzemplarze.

gazetka

Do tradycyjnych niedzielnych rozrywek należały też oczywiście teatrzyki i inne występy. Podejrzewam, że w twórczej atmosferze domu Kury Alfa powstawały prawdziwe arcydzieła. Może się Panie pochwalą?

Jako dziecko miałam dwa marzenia dotyczące mojej przyszłości. Pierwsze: pracować pośród książek. Drugie: pisać książki. Niestety, zabrakło talentu, a może ciężkiej pracy. Światło dzienne ujrzało w związku z tym tylko jedno dzieło. Ale za to jakie! I jak doskonale pasujące do naszej Qry... Zeszyt zawiera bowiem historyjki o kurczakach.

bajki o kurczakach

 

Zagadka: inscenizacja Kopciuszka dla rodziny, z kreatywnym scenariuszem, uwzględniającym zjawę nieżyjącej matki głównej bohaterki - kto i gdzie? Poproszę o cytat. Kto będzie tak miły i przytoczy mi ten fragment, zasłuży na nagrodę. Jest ich jeszcze parę do wyboru na liście, jest też możliwość zdobycia zakładki wykonanej przeze mnie (Danusiu, koperta z dwoma zaległymi zakładkami dla Ciebie już czeka na wysyłkę!). Cytat przytoczyła Konsti, jest to fragment z Pulpecji Małgorzaty Musierowicz.

A oprócz zagadki prośba: podzielcie się Waszymi rodzinnymi rozrywkami, opowiedzcie o domowym tworzeniu. A może przychodzą Wam do głowy jakieś odnośniki literackie?

 

 

Tagi: hobby
07:52, zona.oburzona
Link Komentarze (16) »
wtorek, 27 listopada 2012

Wpis pharlapa.

Dziękuję Kanadyjce, że w konkretny sposób uświadomiła mi, że nadchodzi okres przedświąteczny.  

Santa in Australia Cards

Przy tutejszym klimacie i obyczajach łatwo o tym zapomnieć. Na szczęście pojawiło się powiadomienie Poczty Australijskiej - na jaki adres wysyłać listy do św Mikołaja?

Przypomniało mi to Mikołajki, takie, na których wyciągało się z kapelusza kartkę z czyimś imieniem i kupowało się tej osobie drobny prezent.

Pomyslałem o blogowym substytucie. Na pewno specjaliści od informatyki i marketingu  potrafiliby wymyślić coś lepszego (szczególnie gdyby to się łączyło z zakupami). Mój pomysł jest skromny: każdy uczestnik wylosuje nick kogoś kto zgłosił się do zabawy (zapraszamy naszych czytelników i sympatyków) i zrobi tej osobie blogowy Mikołajowy prezent.

Jaki prezent? Możliwości jest wiele - podać przepis potrawy, którą byśmy dla tej osoby przyrządzili, albo opis miejsca, do którego byśmy ją zaprowadzili - muzeum, galeria, wystawa, restauracja, albo opis propozycji wspólnego zwiedzania, wycieczki, albo... na pewno macie więcej fantazji w tym względzie niż ja.

Zasady zabawy:

Osoby chętne - zarówno wspópracownicy tego blogu jak i czytelnicy i sympatycy proszeni są o zgłoszenie udziału - email z tematem Mikołajki na adres qra-poczta@gazeta.pl. W emailu proszę o podanie nicka pod jakim ma się pojawić wpis.

Termin zgłoszeń do soboty - 1 grudnia, do końca dnia wg czasu polskiego. 

W niedzielę - 2 grudnia - zorganizuję losowanie przydziału Mikołajów do obdarowanych (lub odwrotnie). Losowanie wykona osoba bezstronna pod okiem niezależnej komisji międzynarodowej. Wyniki losowania zostaną podane w niedzielę - każdy Mikołaj zostanie powiadomiony emailem o nicku osoby, którą ma obdarować.

Termin nadsyłania wpisów upływa 6 grudnia o godz 5 rano czasu polskiego - to dlatego żeby dać równe szanse Mikołajom z kontynentów amerykańskich.

Zapraszam.

Tagi: święta
03:21, pharlap
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 26 listopada 2012

  Wpis kanadyjki

Drogie kurki, kogutki i reszta obejścia.

Grudzień tuż, tuż, trzeba pomyśleć o Świętach.

Na grudzień planujemy serię wpisów związanych z tematyką świąteczną. Ale chcemy, aby nasi czytelnicy też uczestniczyli w tych wpisach. Prosimy więc o przysyłanie na nasz adres mailowy (qra-poczta@gazeta.pl):

 świątecznych przepisów

 instrukcji jak zrobić domowym sposobem dekoracje, prezenty, opakowania itp.

 waszych świątecznych wspomnień

 opisów świątecznych tradycji

 i wszystkiego, co Waszym zdaniem ma związek ze świętami

Te wpisy od Was będziemy sukcesywnie publikować, tak żeby każdy znalazł coś ciekawego.

Dodam jeszcze, że oprawa graficzna Qry zmieni się nieco w grudniu, żeby wprowadzić nas w nastrój. Mamy nadzieję, że Wam się spodoba.

A teraz, żeby wprowadzić nas wszystkich w nastrój, podaję przepis na pyszny piernik świąteczny:zdjecie: http://atinabc.blox.pl/2008/12/Piernik-staropolski.htm

1 szklanka cukru
1 szklanka miodu
1 szklanka śmietany
4 szklanki mąki
6 jajek
15 dkg tłuszczu
1 łyżka sody oczyszczanej
torebka przypraw do piernika
rodzynki, orzechy

Masło utrzeć z cukrem i żółtkami. Dodać roztopiony miód, mąkę, sodę, przyprawy, śmietanę. Dokładnie wymieszać. Upić pianę z białek, dodać do masy, delikatnie wymieszać. Dodać rodzynki i orzechy. 

Blachę wysmarować tłuszczem i wyłożyć na nią ciasto. Piec ok. godziny w średnio nagrzanym piekarniku.

Ostygnięte ciasto przekładać powidłami śliwkowymi. Można też polać czekoladą.

Ciasto zawinięte w pergamin można przechowywać w chłodnym miejscu do 2 tygodni.

Tagi: ciasta
01:39, kanadyjka82
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 listopada 2012

żona oburzona Wpis Żony Oburzonej

Aby zwyczaj wspólnych wpisów zagościł u nas na stałe, zaproponowałam nowy temat. Chciałabym, abyśmy pochwalili się swoimi biblioteczkami, półkami, regałami, czy też książkowymi stosikami. Drodzy Czytelnicy Qry, jeżeli macie ochotę pokazać swoje książki, zachęcam do przesyłania nam zdjęć wraz z kilkoma słowami komentarza. Albo i bez dodatkowych, jeśli uznacie je za zbędne.

półka z książkami

Już chwilę po tym, jak zaproponowałam ten wpis, zaczęłam się zastanawiać, co ja najlepszego robię? W zasadzie nie bardzo mam się czym chwalić. W książkach porządku niestety nie mam. Mamy małe mieszkanie, widmo przeprowadzki przed nami. Mam już wizję całej ściany pokrytej książkami - to moje wielkie marzenie - ale jeszcze chwilkę musimy poczekać. Póki co książki stoją wielowarstwowo na licznych półkach i regałach. Czasami preferujemy podwójne rzędy, czasami stosiki. Na niektórych meblach tworzymy kombinacje w postaci połączenia stosików z rzędami.

rzędy ze stosikami

Na niektórych półkach stosiki powstają ze względu na to, że do domu wracają pożyczone komuś książki i łatwiej je ułożyć w kupkę, niż upychać w rzędzie. Mieszają się wtedy książki Mojego Męża (wielbiciela fantasy i fantastyki) wraz z moją beletrystyką i książkami pamiętanymi z dzieciństwa.

książki różne


Półka pharlapa

Półek z książkami mamy w domu kilka. Najmniejsza. ale najbliższa mi jest ta...

Półka

Jest tak blisko, że nieczesto tam sięgam. Ostatnio czytam sporo nowych książek wypożyczonych z biblioteki. Najnowsze lektura to How to think more abour sex -  Allaina de Botton - dziękuję Kattince za zwrócenie mojej uwagi na tego autora. Wprawdzie Kattinka pisała o książce Sztuka Podróżowania, ale mój stan zdrowia nie sprzyja podróżom, co innego myślenie.

Powyższa półka stanowi dla mnie bezpieczną przystań. Gdy czytanie zaczyna mnie męczyć, nudzić lub denerwować, wiem  że zawsze mogę tu powrócić. Książki na tej pólce ułożone są dość przypadkowo, ale każdy autor w jednym miejscu. Zauważyłem pewną prawidłowość - rogi zajęte są przez pozycje z jakiegoś powodu dla mnie ważne. 

Lewy-górny róg - Tomasz Mann, prawy-górny - Przygody dobrego wojaka Szwejka, lewy-dolny - Antoine de Saint Exupery, prawy-dolny - Joseph Conrad. Gustów się nie dyskutuje, nie będę więc uzasadniał tego rozmieszczenia, wspomnę tylko jedną historię - Antoine de Saint Exupery. Pisarz ten wskoczył do mojej biblioteki... sprawdzam - Ziemia ojczyzna ludzi - wydanie Pax - 1957. Kilka lat później ktoś z moich znajomych wspomniał, że to taka literatura dla harcerzy (a może pionierów) - wzruszająca i budująca charakter. Po namyśle zgodziłem się z tą opinią, ale nie zepsuło mi to odbioru książek. Odbiór zepsuła mi dopiero książka - Pamiętnik róży - Consuelo de Saint Exupery - żony "Małego księcia". Tak, chłopcy, którzy wyrośli na dużych chłopców, nie powinni się żenić. Przez pewien czas książki tego autora przeniosłem do kategorii rozczulających maksym życiowych, które czasem otrzymuję pocztą łańcuszkową od nadmiernie życzliwych znajomych. Jednak nie przestawiłem ich na półce. Po pewnym czasie wróciłem do nich. Wydaje mi się, że świadomość usterek w charakterze autora dodała smaku jego dziełom.

anonima  Anonima z Berlina

Cytat z książki Chaima Beera "Bebelplatz". Powieść nie ukazała się po polsku (w każdym razie w sieci nic o niej nie ma), tłumaczę z niemieckiego, a nie - niestety - z języku oryginału czyli hebrajskiego. Powieść jest hymnem ku czci książek. Do głównego bohatera, pisarza, który być może jest też samym autorem, ale tego na stronie 23 czytelnik jeszcze nie wie, przychodzi ktoś z wizytą. Jest tu po raz pierwszy.

"Włączył z powrotem komórkę, przyjrzał się półkom z książkami i zapytał, czy to jest ta słynna biblioteka, którą każdy jerozolimski antykwariusz najchętniej natychmiast by kupił.

- Tu stoją tylko te książki, których nie będę żałował, gdy któryś z naszych gości nie zdoła się oprzeć pokusom i przekroczy dziesiąte przykazanie, bo jakaś z nich wzbudzi w nim nadmiernie pożądanie - odpowiedziałem. Opowiedziałem mu, jak to podczas tygodnia żałoby po śmierci mojej matki jeden z żałobników zabrał sobie książkę Davida Vogla Przed ciemną bramą, wydanie wiedeńskie z roku 1923 z osobistą dedykacją autora. Od tego czasu pilnie przestrzegam jednego z żydowskich nakazów, który mówi, że nie wolno ślepemu rzucać kłód pod nogi i przechowuję książki, na których mi naprawdę zależy, z dala od zainteresowanych spojrzeń mych gości." 

 Heimchen

Ja marzę o tym, by kiedyś siedzieć w tym fotelu i czytać. Tylko że tam ciągle stos bielizny do prasowania. A propos - kto prasuje kogo w 19wiecznej historyjce obrazkowej w jakiejś z książek na tej półce?

  Wpis włosz.czy.zny

Książki …Właśnie zwalnia mi się jeden pokój, bo wyprowadza się moja córka do własnego mieszkania. Ile w związku z tym wydarzeniem było zachodu to nasze, ale pewno zadajecie sobie pytanie co ma to do wpisu książki; otóż ma i to dużo, bo w pokoju mojej córki zwalnia się jedna ściana! i będzie to świetne miejsce na nowy regał na ..., pojechaliśmy go szukać już tydzień temu a nasza córka zaczęła protestować ze zostaje „wyrzucona” ze swojego pokoju po to żebyśmy my mieli nowe miejsce na książki.

 

Musicie wiedzieć ze u mnie w domu oprócz kuchni, łazienki i sypialni we wszystkich innych pokojach jak również w przedpokoju są … książki; miejscami stoją w dwóch rzędach, miejscami w kupkach na innych książkach; mamy ich dużo bo mamy literaturę po włosku i po polsku, staramy się jednak nie mięć tego samego egzemplarza książki w dwóch językach, większość książek stanowią oczywiście te po włosku i to była podstawa naszej biblioteki: jest oczywiście klasyka, beletrystyka i sporo książek historycznych, mój maż bardzo lubi czytać pamiętniki z Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej; osobny dział stanowią kryminały i fantastyka z Lemem i Asimovem na czele. Książki po polsku są, niestety porozrzucane w rożnych miejscach, gdzie znajdowałam na nie „dziurkę”, ale teraz przy nowej biblioteczce zapowiedziałam ze chce mięć wszystkie książki razem, może uda mi się zająć wszystkie półki w pokoju mojej córki!

 

   Wpis kanadyjki

Półki z książkami są dla mnie rzeczą tak naturalną, że zawsze jak jestem w domu, w którym nie ma książek, czuję, że czegoś mi bardzo brakuje. A widziałam tu takich domów wiele!

Mój mąż zawsze kupował książki. W Polsce miał zblatowane panie w pobliskiej księgarni (gdziekolwiek mieszkał), które odkładały mu wszystkie nowości ( w czasach, kiedy dobre książki wydawane były w niewielkich nakładach I trzeba było je upolować). No a kiedy zdecydowaliśmy się na emigrację, stanął przed monumentalnym zadaniem zredukowania tych kilometrów I kilogramów książek do rozmiaru, który można by zabrać ze sobą. Dopiero za trzecim podejściem udało mu się osiągnąć z góry wyznaczona liczbę 3 tysięcy. A potem moi genialni Rodzice musieli to wszystko spisać i wysłać do nas w dużych skrzyniach.

Od czasu, kiedy powstała księgarnia ilość domowych książek wzrastała w mniejszym tempie. Głownie kolekcjonujemy albumy, książki kucharskie i klasykę. Ale i tak jest tego dużo. Doskonale pamiętam zdumienie koleżanek i kolegów naszych córek i nieodmienne pytanie “Czy wyście to wszystko przeczytali?!?!”. W głowie im sie nie mieściło, że ktoś może mieć książki żeby mieć, a przeczytać je sobie kiedyś jak będzie czas i ochota.

Bardzo mnie cieszy fakt, że bakcyla książkowego zaszczepiliśmy naszym córkom, które dużo czytają I maja całkiem pokaźne biblioteczki.

Foto: Kanadyjka

A propos księgarni, to właśnie wstawiłam nowy katalog na stronę naszej księgarni. Zajrzyjcie proszę, może znajdziecie coś ciekawego: http://www.polishbookstore.com.

żona oburzona Zagadka Żony Oburzonej

Do wpisu książkowego dołączam zagadkę. Na jednym ze zdjęć z moimi półkami można dojrzeć pewną książkę, którą bardzo lubiłam w dzieciństwie. Książka opowiada o sile przyjaźni, wartości ciężkiej pracy i dojrzewaniu. Niestety, książka ma jedną zasadniczą wadę, przez którą trudno się nią zachwycać. W sposób nachalny chwali rzeczywistość i czasy, w których powstała i o których opowiada, unosi się też nad nią dydaktyczny smrodek. O którą książkę mi chodzi? Odpowiedziała Ewa Maria: Witia Malejew w szkole i w domu, autor: Mikołaj Nosow. Można dostrzec grzbiet tej książki na moim pierwszym zdjęciu, pozycja szósta od lewej, stoi pomiędzy Listami miłości Marii Nurowskiej (tytuł niewidoczny) a zbiorem cytatów Myślę, więc jestem.

Wpis Przewodnikpokrakowie

Załączam dwa zdjęcia:
1/ Trzon biblioteki - klasyka, słowniki, encyklopedie, leksykony, albumy, no po prostu podstawy :)
trzon
2/ Kącik w kuchni - ulubiony. Raz, bo tu umieściłam gros moich zbiorów cracovianów (nie zabrakło też - jak to w kuchni - książek kucharskich); dwa, bo obok biureczka, gdzie spędzam większość czasu. W ten to sprytny sposób jedno blokowe pomieszczenie pełni funkcję trzech: kuchni, jadalni i gabinetu (gdzie w dodatku nie wyrywają zębów, za to często zaglądają na Qrę).
kącik w kuchni
 
Pozdrawiam
Przewodnik po Krakowie

Komentarz Żony Oburzonej: wzruszyła mnie półka ze słownikami, leksykonami... Teraz pewnie coraz rzadziej dba się o tego typu księgozbiór w domu. A kącik w kuchni - uroczy!


Tagi: książki
06:40, ewamaria030
Link Komentarze (14) »
sobota, 24 listopada 2012

pewna.panna Wpis pewnej.panny

W poprzednim odcinku blografii: pisałam o części drugiej dialogu z ITS Bad Arolsen. Mają rożne materiały, które mogą być dla mnie interesujące i mogą mi je za opłatą przesłać. Wtedy chyba rodzi się myśl, by tam pojechać i sobie to wszystko obejrzeć z bliska. Myśl jest, ale pomysł na realizację pojawia się dopiero kilka dobrych miesięcy później. U mnie często tak długo dojrzewa.

     

 

W październiku wróciłam na studia, by dokończyć dziennikarstwo.  A tak naprawdę chciałam, będąc wśród ludzi, pisać o dziadku. Wybieram sobie promotora rok wcześniej niż to konieczne. Profesora Beresia, którego znam z Magli Literackich. Zgadza się. Jego wujek był w oflagu w Murnau. Chodzę czasem na konsultacje i profesor co spotkanie rzuca pomysłami, gdzie i czego jeszcze mogłabym szukać. Wpisuję to na listę, ale nie mam czasu, by się tym zająć. Do końca lutego mam parę deadlinów, które sprawiają, że znowu funkcjonuję po osiemnaście godzin na dobę. Plecy bolą, oczy łzawią. Studia, biurko, kuchnia, wolontariat, biblioteka, supermarket, targ, łazienka, łóżko. Żadnych zbędnych ruchów.

 

Na studiach od razu dowiaduję się, że program Erasmus jeszcze jest i ma się dobrze, a ponieważ ja kocham stypendia, więc od razu się zaczynam rozpytywać. Już w pażdzierniku siedzę na konsultacjach u koordynatora w naszym instytucie. W grę wchodzą Belgia, Niemcy, Włochy, Szwajcaria i Austria. Ale w Belgii się raczej studiuje po francusku, we Włoszech po włosku, a ja nie chcę się już aż tak wysilać. W Niemczech już byłam. 9 lat. Studiowałam na Erasmusie na Wolnym Uniwersytecie i przypominam sobie, że bardzo mi się nie podobało. No, a w Szwajcarii i w Austrii też po niemiecku się studiuje, więc odpada. Oglądam sobie programy studiów i jest biednie. Nie chcę się znowu uczyć podstaw medioznawstwa. Zostają jeszcze kraje skandynawskie, kraje Beneluksu, Turcja, Grecja, w których programy studiów są angielsku. Ale zauważam, że stypendium też jest biedne. Opamiętuję się—na cholerę mi kolejne studia na studiach. Przecież fajnie się studiuje po polsku. Prawie żadnego wysiłku. Jednak nie byłabym sobą, gdybym sobie czegoś innego nie wynalazła. Praktyki Erasmusa! Od trzech do pięciu miesięcy! Płatne (i to lepiej niż stypendium na studia)! I można sobie wybrać gdzie! W to mi graj! To gdzie pojadę, by się czegoś nowego nauczyć i by miało to związek z projektem „oflagi i dziadek“? To może Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża w Genewie latem 2013? Może. Muszę napisać emaila do działu archiwalnego i zapytać się, czy przyjmą mnie na praktyki.

 

Chwilę później pojawia się możliwość innego stypendium z innego źródła. Krótkoterminowego, na jeden miesiąc, na badania archiwalne i biblioteczne. Prof. Ruchniewicz pisze mi, żebym się ubiegała. Właśnie coś takiego też by mi się przydało. Przyjadę do Berlina, poszwendam się po bibliotekach i archiwach, pójdę do Wehrmachtsauskunftsstelle. Wybiorę się na dwa tygodnie do Bad Arolsen. Pojadę do Neubrandenburga i może jeszcze raz do Prenzlau. Wszystko zaczyna się układać w sensowną całość.

 

Teraz czeka mnie pisanie mnóstwa podań, nudnej pracy papierkowej, ale wiem, że jest ona przepustką do ciekawych wydarzeń w 2013 roku. Zaciskam więc zęby i pracuję dalej, bo choć teraz nudno, trudno i życia towarzyskiego brak, to już za parę miesięcy będę znów wśród żywych i będę robić inne rzeczy. Znowu przy biurku, w bibliotekach, w archiwach. Tak, ale w innych krajach, w innych kontekstach, z innymi ludźmi.

 

Teraz zagrzebuję się w pracy, zaszywam w mojej norce. Następnych odcinków „Z dziennika wnuczki“ można się spodziewać dopiero na wiosnę 2013, chyba, że wcześniej coś się zdarzy, Genewa odpowie, lub jakiś cud nad Odrą się wydarzy i do czegoś w międzyczasie uda mi się dotrzeć. Bo materiał mi się najzwyczajniej w świecie skończył.

 

Czekają mnie liczne peregrynacje: do Warszawy, do Krakowa, do Opola, trochę na wschód. Do Augustowa na konferencję, gdzie będę opowiadać o wygnaniu dziadka, bo taki jest temat przewodni.

 

Jeśli ktoś tutaj ma pomysł, gdzie jeszcze mogę pojechać i gdzie szukać, to proszę o sugestie. Z góry bardzo dziękuję!

 

Z pozdrowieniami,

p.p

 

http://3.bp.blogspot.com/-vvMfaX8jn8o/T8kPzMEK_YI/AAAAAAAAADo/HqADuvhzOMA/s640/url.jpg

 

P.S. Mam pół kilograma soi i żadnego przepisu/pomysłu. Jadłam już nie raz coś z soi, ale nigdy przedtem sama nic nie przyrządzałam. Pomożecie? Ale jeśli można to poproszę o przepis bez: mięsa, drożdży, mleka, białej mąki, białego makaronu i ryżu, bez alkoholu.

 

00:34, pewna.panna
Link Komentarze (22) »
piątek, 23 listopada 2012

Przerywnik pharlapa

Muzyka symfoniczna, klasyczna, poważna - żadna z tych nazw nie jest właściwa, ale wiemy o co chodzi - jest od prawie 100 lat w poważnym kłopocie - nie sposób skomponować coś nowego. Jedyna poważna nowatorska inicjatywa to muzyka dodekafiniczna, która ma bardzo dobrą podbudowę teoretyczną, ale w praktyce nie przyniosła oczekiwanych efektów.
Nic dziwnego, że kompozytorzy imaja się przeróżnych eksperymentów. Najbardziej znany i efektowny utwór to oczywiście 4'33" (4 minuty 33 sekundy) "skomponowany" przez Johna Cage. Pełne wykonanie plus wprowadzenie -  TUTAJ
Miałem przyjemność uczestniczyć w czymś ciekawszym - Poemat Symfoniczny na 100 Metronomów - G. Ligetiego. Uczestnictwo nie było całkiem bierne gdyż oczywiście żadna instytucja muzyczna nie dysponuje setką metronomów. Zaapelowali więc o pomoc i dostarczyłem im "instrument".
W foyer Akademii Muzycznej zebrał się spory tłum, ale drzwi do sali koncertowej były zamknięte. Wreszcie otworzyli a w środku "orkiestra" już grała. 100 metronomów stukało jak szalone. Wiele osób reagowało uśmiechem na ten akustyczny żart. Mnie to stukanie skojarzyło się z chlupotaniem deszczu. Ludzie zajęli miejsca, deszcz padał, poczułem się jak w deszczowy dzień, ogarniała mnie lekka senność. Po kilku minutach intensywność chlupotania zmniejszyła się, niektóre metronomy przestały tykać. Ludzie zaczęli wyciągać głowy - kto umarł? Takie właśnie miałem skojarzenie. Przecież my tu czekamy na ostatni dech, na śmierć. Poczułem lekkie zażenowanie. 
Metronomy padały jak muchy, pozostało jeszcze kilka, pojedyńcze krople spadające z dachu w bardzo nieregularnym rytmie. Wydało mi się, ze w tym momencie nastrój na widowni uległ zmianie. Wyraźnie poczułem napływ jakiejś energii, powietrze stawało się naładowane emocją. Ludzie wstawali, ale nie po to żeby zobaczyć najdzielniejszy metronom, ale jakby w poczuciu solidarności, jakby chcieli oddać mu trochę swoich sił witalnych.. To było niezwykłe uczucie. A ostatni metronom stuknął, odczekał - jakby wodził wzrokiem po swoich sympatykach, stuknął jeszcze raz, tak jakoś żartobliwie, i nastąpiła cisza. Obowiązkowe 4 takty ciszy.. (Ian McEwan - Amsterdam). A potem wielkie brawa.

Całość utworu tutaj.. 

Prawie całość - jestem wdzięczny producentom, że nie pokazali tych ostatnich sekund. A nuż nie zgadzałyby się z moim wspomnieniem? Na pewno by się nie zgadzały. A tak to ... jest tak, jak sie państwu zdaje.

Osoby ciekawe i cierpliwe informuję, że autor wpisu został uwieczniony na tym video.

Tagi: muzyka
05:25, pharlap
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 listopada 2012

   Wpis Ciotuchny

Kochane Kurki i Kogutki, Wasza ciotuchna dawno nic na Qrze nie pisała, bo była bardzo zajęta, co zaraz opiszę.

Jak wiecie przeżyłam II Wojnę Światową i to czynnie, mimo że byłam nastolatką, Teraz mam ponad 80 lat i dobrze tamte czasy pamiętam.

Teren na którym działałam to dobrze opisana i wymieniana tu niejednokrotnie Zielonka i sąsiednie osiedla podwarszawskie. Wówczas biedne i zaniedbane, przypominające bardziej wsie. Teraz jednak dzieją się tam różne ciekawe rzeczy z dziedziny kultury.

Jeden z dziennikarzy mieszkający w Zielonce i piszący książkę o tym co sie tam działo w czasie okupacji, pilnie poszukiwał kontaktu z kim kto tamte czasy pamięta, a starcza skleroza nie przyćmiła mu umysłu. Rozmawiał o tym z córką naszych dobrych znajomych okupacyjnych i ona przypomniała sobie o mnie. Zadzwoniła, pogadałyśmy sobie i stwierdziła, że jestem "kumata" ( jak mówi teraz młodzież) i że czego się ode mnie może ten dziennikarz dowiedzie o tamtych czasach. Facet przyjechał do mnie z okrzykiem “Pani jest dla mnie ostatnią deską ratunku!” Żyje jeszcze kilka osób,  ale mają ponad 90 lat i już wszystko się im w głowach... kręci. Przeprowadził z nimi rozmowy, ale chciał żebym ja skorygowała ewentualne błędy.

Miał rację, tych błędów było bardzo dużo, a co gorsze dotyczyły one ludzi, ich nazwisk, pseudonimów, funkcji i działalności.

Usiedliśmy więc do roboty, moje biedne szare komórki aż piszczały z wysiłku, ale dały radę.

Facet, jak każdy dziennikarz, jak mu podasz palec, to złapie całą rękę.

Nauczyciele i uczniowe w Zielonce

Pytań było coraz więcej, bo nie tylko ja byłam zaangażowana w czasie okupacji w tę pracę, ale I moja Mama i mój Ojciec, i to na wysokich szczeblach drabiny wojskowej. Cóż, ja byłam zwykłą łączniczką, ale mój atut był taki, że miałam wtedy 13, 14, 15 lat, żyję do dziś i dość dużo zostało mi w pamięci.

Wyciągnęłam na światło dzienne pamiątki po Rodzicach, dokumenty, zdjęcia, odznaczenia i inne takie rzeczy. Napisałam też życiorysy Rodziców, od urodzenia aż do ich śmierci.

Tu mieszkalismy w Zielonce

Tak mnie te wspomnienia zmęczyły, że wyrwałam się na dwa tygodnie do dawno nie widzianej Florencji, gdzie czekała na mnie cała Włoszczyźniana Rodzina. Tam odpoczęłam, doskonale odcięta od chciwych łap dziennikarskich. I wróciłam prosto w ramiona zielonkowskich ciekawych przeszłości krwiopijców, którzy mnie dopadli juz nie pojedynczo ale we dwóch. Materiały zeskanowali, rozmowy nagrali i zapowiedzieli, że to juz koniec. Kazali jeszcze odrobić pracę domowa, czyli napisać mój życiorys, o którym zupełnie zapomniałam.

Mam nadzieję, że poza drobnymi telefonami juz mi dadzą spokój.

Tagi: zielonka
04:03, kanadyjka82
Link Komentarze (7) »
środa, 21 listopada 2012

Wpis Heimchen

W zeszły weekend zrobiłam coś, czego dawno nie robiłam, mianowicie "boofowałam". Tak przynajmniej wygląda urzędowa pisownia, co można sprawdzić na tablicach informacyjnych Parku Narodowego Saskiej Szwajcarii.

W języku saksońskim, który nie zna samogłosek twardych, bezdźwięcznych i podobnie jak sąsiedni czeski ma samogłoski bardzo długie, dyftongowe, brzmi to raczej "bouven". Wyraz ten pochodzi prawdopodobnie z czasownika "poofen", co potocznie oznacza "głęboko spać". Nadają się do tego nawisy skalne, są lubianymi miejscami noclegów alpinistów.

Wspinaczka to jednak żadna atrakcja dla ludzi mających lęk wysokości. Więc wybieramy się na spacer!

Oczywiście aspekt kulinarny przy boofowaniu jest istotny. Trzeba jednak zauważyć, że wszystko ma zmieścić się w plecaku. Wybraliśmy więc proste menu: kiełbasa i sałatka ziemniaczana "dla leniwej gospodyni" z Supermarketu.

I do tego - dzisiejszy przepis - "Wino Grzane Pozadomowe":

  • 1 litr taniego wina czerwonego - z kartonu
  • 1 cytryna
  • 1 paczka cukru wanilowego
  • 1/2 paczki przyprawy do pierników (wszystko to tym razem z Lidla)

Podgrzewać wino na kocherze, pokroić cytrynę, wszystko wrzucać po kolei do wina, zostawić trochę do naciągnięcia i .... pycha!

Następnego dnia widok z śpiwora był taki - bez bólu głowy lub brzucha:

Ale przecież na świeżym powietrzu wszystko smakuje! Kojarzenie literackie na tle takich kulis samo się narzuca. 50 km stąd żył autor, którego dzieła miały ogromny wpływ na nasze pojęcie Dzikiego Zachodu i nie mniej przygodowego Bliskiego Wschodu. Blok Wschodni długo nie wydawał jego książek, dlatego "naczelny Indianin" RFN-u Pierre Brice trochę różnił się od swojego kolegi z NRD - Gojko Miticia, jego filmy powstały na podstawie dzieł innych autorów czy raczej -rek (moją ulubioną książką o Indianach był wtedy "Blękitny ptak" Anny Jürgen). Podoba mi się historia pewnego festiwalu w Bad Segeberg, gdzie Mitić dziś jest następcą Brice'a.

A teraz zagadka: Jak brzmi pseudonim Polaka, bohatera różnych dzieł tego autora, szlachcica, powstańca Wielkopolskiego, oficera i urzędnika osmańskiego  i - według literaturoznawstwa - jednego z alter ego jego twórcy?