Nie jesteśmy nowi na świecie, przed nami była
KURA

O nas i o blogu

Napisz do nas:
qra-poczta@gazeta.pl

Współpracuj z nami

Nagrody
Fundatorzy
Lektury
Filmy


RSS
niedziela, 09 grudnia 2012

pewna.panna Wpis pewnej.panny

W poprzednim odcinku blografii: tu pisałam ostatnim razem o różnych projektach w związku z oflagami, których realizacja mnie obecnie absorbuje.

 

Myślałam ostatnio, gdzie jeszcze mogę szukać informacji i doszłam do wniosku, że Rembertów nie daje mi spokoju. Nie chciało mi się wierzyć, że wiedząc, iż jest tam teczka z informacjami o moim dziadku, poddałam się tak szybko, bo mi jakiś tam pan tłumaczył, że archiwum jest nieczynne do odwołania z powodu remontu. I coś takiego miało mnie powstrzymać?

 

4 listopada piszę maila, bo nie chce mi się tam dzwonić, poza tym w ciągu dnia nie mam do tego głowy. Dwa dni później przychodzi odpowiedź, wiadomo bezpłciowa:

 

Uprzejmie informujemy, że archiwum jest nieczynne do odwołania.

Zgodnie z harmonogramem prac budowlanych główny inwestor - Stołeczny Zarząd
Infrastruktury - przewiduje zakończenie prac do końca 2014 r.
W celu uzyskania informacji o dacie ponownego otwarcia archiwum, prosimy
sprawdzać aktualności zamieszczane na stronie internetowej CAW.

 

Nie odpuszczam. Odpowiadam na maila i wspominam, że potrzebna mi ta teczka, bo piszę pracę magisterską o dziadku i o oflagach i muszę ją złożyć w czerwcu 2014. Mały szantaż z mojej strony, ale przecież mówię prawdę. Odpowiedź jeszcze tego samego dnia:

 

W celu skorzystania z zasobu aktowego CAW należy  przesłać wypełnione zgłoszenie o udostepnienie materiałów archiwalnych (dostępne na stronie internetowej CAW http://www.caw.wp.mil.pl/udostepnianie/index_korz.htm).

 Już lepiej, ale link nie działa. Wynajduję na stronie http://www.caw.wp.mil.pl/pl/18.html pod Zgłoszeniem użytkownika ZGŁOSZENIE O UDOSTĘPNIENIE MATERIAŁÓW ARCHIWALNYCH i pytam, czy mogę wniosek przesłać mailem, by było szybciej. Za dwa dni dowiaduję się, że:

Uprzejmie informujemy, że wypełnione Zgłoszenie o udostępnienie materiałów archiwlanych można przesłać drogą internetową na adres informacja.caw@wp.mil.pl

 I tego samego dnia, 8 listopada wysyłam wniosek. Przeczytawszy regulamin udostępniania wiem już, że z tych materiałów można korzystać jedynie na miejsce w Pracowni Informacji Archiwalnej. Dobra niech będzie, wybiorę się tam, jeśli już inaczej się nie da.  Zapominam o Rembertowie, bo jest fura innych konkurencyjnych projektów i wydarzeń.

Aż tu nagle, w poniedziałek 3 grudnia po godzinie 14-tej przychodzi wielka koperta od CAW. Jestem bardzo zajęta tego dnia, nazajutrz mam prezentację i używam do tego programu Prezi, którego wcześniej nie znałam i na gwałt się wszystkiego uczę. Odkładam kopertę walcząc ze sobą. Otworzę jutro. A gdzie tam, nie mogę czekać. Otwieram i wciągam powietrze.

 

Szanowna Pani,

Odpowiadając na e-maila z dn. 08.11.2012 r. i nawiązując do wcześniejszej korespondencji, uprzejmie informuję, że w wyniku kwerendy przeprowadzonej w zasobie Centralnego Archiwum Wojskowego odnaleziono materiały archiwalne dotyczące XY (mojego dziadka). Ze wspomnianych materiałów wykonano kserokopie, które przesyłam w załączeniu.

Z poważaniem

 

Wstrzymuję oddech. Nie wiem na jak długo.

 

W następnym odcinku za parę dni będzie, rzecz jasna, o zawartości tej koperty.

 

korespondencja z CAW

 

Z pozdrowieniami,

p.p

 

P.S. Kiedyś co roku pod choinkę dostawałam od ojca słowniki. Teraz kupuję je sobie sama, bo są specjalistyczne, jednojęzyczne, albo w dziwnych konfiguracjach, np. włosko-angielski, angielsko-włoski. Sprowadzam je zza granicy, ojcu trudno by było do nich dotrzeć. Kiedyś była to kwestia jednej wizyty w jego zaprzyjaźnionej księgarni. Potem były na zmianę pióra wieczne (ciąglę mi się gubią, albo upadają na ziemię i psują) i perfumy. A w ubiegłym roku były kocyki i karmnik. Nie wiem, czy takie ewolucje zachcianek podchoinkowych coś o mnie mówią, ale w tym roku marzy mi się coś zupełnie innego. Ze trzydzieści pojemników na przyprawy. Od czasu, gdy gotuję smętnie stoją lub leżą w pozaginanych opakowaniach, albo związane gumką. Ale nie tak chyba powinno być? Słyszałam, że powinno się je przechowywać w pojemnikach z ciemnego szkła. Czy to prawda? A jak Wy przechowywujecie? Gdzie dostać najbardziej optymalne? A drugą rzeczą, której pragnę jak niczego innego, to malakser. Choć tutaj mówi się na to robot kuchenny. Nie lubię szatkować, a już najbardziej w świecie nie lubię drobno szatkować, o czym przekonała się Ewa na własnej skórze, gdy to niezbyt drobno pokroiłam kapustę do zupy i ciągnęła się jak spaghetti. Ale jaki ten robot ma być? Jakie ma mieć funkcje? Ceny, już je sobie oglądałam, trochę odstraszają. A Jamie Oliver twierdzi, że potrzebuję malakser z następującymi przystawkami:

- zwykły nóż

- tarcze do grubych i cienkich plastrów

- gruba i drobna tarka

- ubijaczka do piany

- mieszadło.

Czy faktycznie? Pomocy, bo nie wiem, ile mi jeszcze sił zostało do szatkowania, krojenia i innych manualnych czynności.

Tagi: historia
08:07, pewna.panna
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 grudnia 2012

    Wpis Kanadyjki

Nie wiem doprawdy, kiedy tradycyjne pieczenie świątecznych makowców przerodziło się u nas w domu w czyste szaleństwo. Przez wiele lat piekłam tylko kilka strucli, plus inne drobne ciasteczka. Na ogół parę strucli zostawało, więc zamrażaliśmy je i potem przyjemnie było przypomnieć sobie świąteczne smaki w marcu czy kwietniu. Któregoś roku, któreś z nas wymyśliło, żeby dać taki makowiec w prezencie naszym sąsiadom. I od tego czasu lista obdarowanych rosła w zastraszającym tempie. W zeszłym roku było na niej 25 osób, a makowców upiekłam 30. Poszło na to 3 kg maku, a ciasto upiekłam z 4 porcji.

Początkowo odwalałam całą robotę w jeden dzień, potem zaczęłam rozkładać na dwa. Od paru lat mój mąż robi farsz makowy.

Upieczone makowce układane są na dużym stole w gościnnym pokoju, a stół obstawiany krzesłami, żeby zabezpieczyć ciasto przed psami.

 Foto: kanadyjka

Ponieważ kilka lat temu, jeden z piesków poczęstował się makowcem leżącym zbyt blisko brzegu stołu. Szybko odgadliśmy który, bo leżał nieruchomy, z miną niewiniątka i błogim wyrazem na pysku. A potem nie chciał jeść kolacji, co mu się nigdy przedtem nie zdarzyło. Zżarł cholernik cały makowiec, nawet okruszka nie zostawił!!

Każdy makowiec jest następnie lukrowany i przyozdabiany. Mój mąż robi do nich podstawki z kartonu owiniętego folią, a ja wszystko zawijam w ładny papier.  No i potem trzeba to wszystko roznieść. Od wielu obdarowanych dostajemy ich tradycyjne świąteczne przysmaki. A to kruche ciasteczka posypane cukrem, a to butelkę wina domowej roboty (to od naszych sąsiadów Włochów), a to „bark” – twardy kajmak nadziewany orzechami.

W tym roku, po raz pierwszy od lat, nie będę piekła makowców, bo na święta jadę do Polski, a mój mąż absolutnie zabronił mi piec cokolwiek. No może upiekę jeden czy dwa u Rodziców.

Przez lata próbowałam różne przepisy, aż wreszcie wypracowałam kombinację dwóch.

 Ciasto jest z Kuchni Polskiej:

1 kg mąki
½ l mleka
8 dkg drożdży świeżych
1 jajko
2 żółtka
12 dkg masła
25 dkg cukru
sól
wanilia

Zrobić rozczyn z 1/3 kg mąki, ¼ l mleka, łyżki cukru i drożdży. Rozczyn powinien mieć gęstość dobrej śmietany. Przykryć, pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia. Żółtka i jajka utrzeć z cukrem, wlać do miski, dodać resztę mąki, wyrośnięte drożdże, szczyptę soli i resztę mleka. Dobrze wyrobić. Rozpuścić masło, lekko ochłodzić. Stopniowo dodawać do ciasta, po każdym dodaniu dobrze wrabiając. Wyrobić aż ciasto będzie elastyczne. Przykryć i zostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia (powinno podwoić swoją objętość).

Mak jest z książki „W staropolskiej kuchni” Marii Lemnis i Henryka Vitry:

40 dkg wypłukanego maku zalać 1 litrem mleka i gotować na małym ogniu przez 30 minut. Przecedzić, zostawić na sitku na 2-3 godziny.

Zemleć w maszynce 3-4 razy. Należy użyć sitka z jak najmniejszymi oczkami.

W garnku z grubym dnem rozpuścić 15 dkg masła i ¾ szklanki pszczelego miodu. Dodać drobno utłuczoną laskę wanilii, 10 dkg niezbyt drobno posiekanych migdałów (lub orzechów), 15 dkg rodzynek i ½ filiżanki pokrojonej drobno smażonej skórki pomarańczowej. Dodać mak, wymieszać i przesmażyć przez 15 minut, często mieszając. Ochłodzić. 3-4 żółtka utrzeć ze szklanką cukru i dodać do masy. Ubić pianę z białek i delikatnie wymieszać z masą. Na koniec można dodać kieliszek dobrego rumu lub koniaku.

Ciasto gotowe, mak gotowy, zabieramy się do zwijania. To jest najprzyjemniejsza część całej operacji i lubię sobie wtedy puścić płytę z kolędami, jak również postawić pod ręką coś dobrego do popijania. Lepiej się wtedy pracuje.

 Zaczynam od włączenia piekarnika, żeby się dobrze zagrzał. Potem dzielę ciasto na 30 dekowe porcje i układam w misce, którą trzymam przykrytą. Następnie każdą porcję ciasta rozwałkowuję dość cienko na podsypanym mąką blacie. Smaruję ciasto rozmąconym białkiem i nakładam grubą
warstwę maku.

Foto: Kanadyjka

Zaczynając od najbliższego mi brzegu, zwijam ciasno ciasto. Na końcu podwijam boki zwiniętej strucli pod spód. Układam strucle na blasze i odstawiam na kuchenkę do wyrośnięcia.

Jak strucle wyrosną, smaruję je żółtkiem rozmąconym z mlekiem i lekko nakłuwam.  Piekę aż będą rumiane, a patyczek włożony w struclę będzie suchy.

 Foto: Kanadyjka

Ostudzone strucle lukruję lukrem zrobionym z cukru pudru, wody i odrobiny soku pomarańczowego. Dekoruję siekanymi orzechami i smażonymi owocami. Można też po prostu posypać pudrem lub oblać czekoladą.

Ponieważ trudno jest utrafić, zdarza się, że zostanie mi albo trochę ciasta, albo trochę maku. Jeżeli zostanie ciasto, to robie masę orzechową mieszając zmielone orzechy włoskie z cukrem pudrem i odrobiną śmietanki. Tę masę rozsmarowuję na cieście i zawijam struclę.

Jeżeli zostanie mak, kładę go na spodzie z kruchego ciasta, na wierzchu robie kratkę z ciasta, którą smaruję żółtkiem i piekę taki placek w dobrze nagrzanym piekarniku ok. pół godziny.

Wiem, że pieczenie strucli makowych wymaga wysiłku i czasu, ale robię to tylko raz do roku, i zapach maku i ciasta drożdżowego nadaje domowi świąteczny nastrój.

Życzę więc Wam wszystkim aby i Wasze domy pachniały świątecznie.

Tagi: ciasta
04:41, kanadyjka82
Link Komentarze (13) »
piątek, 07 grudnia 2012

 Wpis Żony Oburzonej

1999

W jeden z ponurych listopadowych wieczorów spotykam się z moją Przyjaciółką. Rozmawiamy o Bożym Narodzeniu, o pomysłach na prezenty. Obie lubimy najbliższym znajomym wręczać drobne podarunki, a że są to jeszcze czasy nauki w szkole średniej (w przypadku mojej Przyjaciółki) i studenckie (w moim przypadku), nie mamy na ten cel zbyt dużych środków finansowych. Wpadamy zatem na pomysł, by wspólnie upiec pierniczki. Znajdujemy przepis, ustalamy szczegóły. Wybieramy kuchnię w moim rodzinnym domu, ponieważ jest większa. Na kilka dni przed naszym spotkaniem gromadzę na blacie kuchennym 500 gram mąki, ½ szklanki miodu, 1 jajko, 2 żółtka, 120 gram cukru, pół kostki masła , 1 łyżeczkę sody, 1 łyżeczkę przyprawy do piernika. Z podanych składników wyrabiam ciasto i wkładam do lodówki owinięte w folię, aby stężało. Kiedy spotykamy się z Przyjaciółką po paru dniach, oziębione ciasto wałkujemy na grubość mniej więcej pół centymetra i foremkami o różnych kształtach wykrawamy pierniczki. Kładziemy je na blachę wysmarowaną tłuszczem i pieczemy na rumiano w średnio gorącym piekarniku. Rezygnujemy ze smarowania pierniczków rozbełtanymi żółtkami, co sugeruje przepis, wolimy je potem polukrować. Zgodnie z recepturą smarujemy blachę tłuszczem, ale to nie pomaga, kilka pierniczków musimy zdejmować przy pomocy noża, niektóre jednak ulegają zniszczeniu. Dziwi nas jeszcze to, że pierniczki świeżo wyciągnięte z pieca są bardzo miękkie, twardnieją dopiero później. W wyniku tego kilka gwiazdek traci swój kształt. Na szczęście większość pierniczków przetrwała. Pakujemy je do pudełek, by do Świąt zmiękły. A na tydzień przed Wigilią spotykamy się raz jeszcze, by ciasteczka ozdobić. Wykorzystujemy do tego polewę czekoladową i kolorowe posypki. Pierniczki dzielimy uczciwie na pół i obdarowujemy symboliczną ilością różnych krewnych i znajomych.

2000

Postanawiamy zrobić ich nieco więcej. Wykorzystuję więc na ciasto kilogram mąki, szklankę miodu, 2 jajka, 4 żółtka, 240 gram cukru, kostkę masła, 2 łyżeczki sody i 2 łyżeczki przyprawy do piernika. Spotykamy się ponownie w mojej kuchni. Zaczynamy się zastanawiać nad tym, dlaczego surowe ciasto podczas zagniatania jest rzadkie, a potem robi się sztywne. Dochodzimy do wniosku, że żółtka w przepisie służą do smarowania gotowych pierniczków, nie należy ich natomiast dodawać do ciasta... Tym razem używamy papieru do pieczenia i jest to strzał w dziesiątkę. Nadal jeszcze nie wiemy dokładnie, co to znaczy "średnio gorący" i "na rumiano". Gotowe ciasteczka mają zatem dość zróżnicowany wygląd. Pierniczki tuż po wyciągnięciu z piekarnika przenosimy ostrożnie na stół lub deskę - w zależności od tego, gdzie akurat jest miejsce. Dopiero gdy całkowicie ostygną, przekładamy je do pudełek. Zamarzyły nam się wtedy puszki na ciastka... Dekoracja pierniczków odbywa się kilka tygodni później.

2001

Obie studiujemy, mamy coraz więcej znajomych. Używam więc 1,5 kilograma mąki, 1,5 szklanki miodu, 3 jajka, 360 gram cukru, 1,5 kostki masła, 3 łyżeczki sody i 3 łyżeczki przyprawy do piernika. Dwa lata doświadczenia pozwala nam ustalić, że średnio gorący oznacza prawdopodobnie 180 stopni. Wiemy też, że pół centymetra grubości to ociupinkę za dużo. Co oznacza rumiano niby wiemy, ale nie zawsze udaje nam się wyciągnąć pierniczki w odpowiednim momencie. Nigdy jednak nie będziemy się tym przejmowały. Tym razem pieczenie zajmuje nam nieco więcej czasu. W kuchni robi się niezły bałagan... A jeszcze większy, gdy spotykamy się na dekorowanie.

2002

Dysponuję już dużą i kolorową puszką na ciastka, którą otrzymałam od mojego jeszcze wtedy nie-męża rok wcześniej. Przyjaciółka też posiada oprócz pudełek ładne puszki, jedną z nich ja wypatrzyłam w sklepie specjalnie dla niej. Postanawiamy nie wykorzystywać tym razem do dekoracji kolorowych i chemicznych posypek, używamy za to maku, wiórek kokosowych, posiekanych orzechów. Mamy trochę nowych foremek. Jedną z ulubionych staje się mało świąteczna foremka w kształcie ptaszka, którą dostałam od babci. Pojawia się też piernikowa choinka, której nie było wcześniej.

foremka ptaszek

2003

Staramy się uczynić pracę szybszą i przyjemniejszą. Dzielimy się zadaniami: jedna wałkuje i wycina, druga przekłada pierniczki na blachy i wkłada do piekarnika. Obiecujemy sobie, że za rok zadbamy o 2 wałki, by było łatwiej. Mamy ochotę na piernikowe anioły. Ponieważ nie dysponujemy taką foremką, próbuję wycinać je nożem. Efekt nie jest może zły, ale anioły podczas przechowywania i lukrowania tracą a to skrzydło, a to kawałek szaty... Do ozdabiania używamy ciemnej i białej czekolady oraz cytrynowego lukru. Okazuje się, że jest tego za mało. Naprędce ukręcamy też lukier z białka i cukru pudru. Podczas lukrowania bardzo się staramy, ale i tak to tu to tam pojawiają się plamy lukru, czy polewy czekoladowej. Podczas sprzątania kuchni musimy uwzględnić umycie podłogi.

2004

W Święta Bożego Narodzenia wychodzę za mąż. Zamieszania jest przy tym mnóstwo. W mojej pamięci nie pozostało żadne wspomnienie związane z pieczeniem pierniczków w tym roku. Czy wtedy z tego zrezygnowałyśmy? Czy też ciasteczka były, ale kapryśna pamięć dostarcza z tego okresu wspomnienia związane tylko ze ślubem i weselem? Przyjaciółki nie pytam, gdyż w naszym związku to ja jestem pamiętnikiem, sekretnym pudełkiem i albumem z obrazami z przeszłości - przechowuję w pamięci wszystko, co tylko się da. Nie zawsze zapewne jest to mile widziane...

2005

Tego roku rozpoczynam swoją pierwszą pracę. Grono znajomych znowu się poszerza. Również moja Przyjaciółka chce obdarować większą liczbę osób. Pieczenie pierniczków odbywa się w moim nowym mieszkaniu, do którego wprowadziłam się po ślubie. Kuchnia jest tu mniejsza, ale swoboda większa.  Na wieść o pierniczkach ożywia się rodzina. Okazuje się, że kilka osób jest fanami naszych ciasteczek, domagają się więc dostarczenia większej ich ilości na Wigilię i świąteczne spotkania. Ciasto zagniatam więc z 2 kilogramów mąki, 2 szklanek miodu, 4 jajek, 480 gram cukru, 2 kostek masła, 4 łyżeczek sody i 4 łyżeczek przyprawy do piernika. Niestety samo pieczenie odbywa się w atmosferze dużej nerwowości, gdyż nieoczekiwanie w dzień pieczenia późnym wieczorem muszę wyjechać w delegację. Ze sprzątaniem zostawiam Męża.

2006

Nasze zobowiązania uniemożliwiają nam rozłożenie pieczenia i dekoracji na osobne spotkania. Musimy zrobić to za jednym zamachem, a w dodatku bardzo późno - na tydzień przed Świętami. Na szczęście moja Przyjaciółka przypomina sobie o metodzie, dzięki której ciasteczka mają w ekspresowym tempie zmięknąć: wystarczy do puszki z ciastkami włożyć kawałeczki surowego jabłka. Skutkuje. Jednak pieczenie i dekoracja pierniczków upieczonych z dwóch kilogramów mąki wykańcza nas. Kuchnia i pokój wyglądają jak po przejściu tajfunu...

2007

Tym razem akcja Świąteczny Pierniczek odbywa się w kuchni mieszkania, w którym moja Przyjaciółka mieszka z nabytym w międzyczasie mężem. Aby wprowadzić jakieś usprawnienie, gromadzimy w kuchni większą ilość blach. Od Teściowej dostaję blachę specjalną bez jednego boku. Obie z Przyjaciółką mamy za sobą doświadczenie pracy zarobkowej związanej z wykonywaniem różnych czynności w kuchni. To zdecydowanie ułatwia nam sprawę. W piekarniku lądują jednocześnie trzy blachy. Na następnych układamy kolejne partie ciastek. Kiedy jedna blacha jest gotowa, natychmiast zastępujemy ją kolejną. Gotowe pierniczki układamy na ławie, będącej ślubnym prezentem. Dysponujemy coraz większą ilością puszek. Wkładamy pierniki na czas leżakowania tematycznie: do jednej choinki, do drugiej gwiazdki, do trzeciej dzwonki i domki. Łatwiej nam potem przygotować je do lukrowania, a także podzielić.

2008

Jak co roku ustalamy daty, miejsce, ilość ciasta. Przypominam sobie, jak trudne w poprzednich latach było zagniatanie ciasta z dwóch kilogramów mąki. Robiła się z tego olbrzymia kula, szybko bolały dłonie. Postanawiam zatem zagniatać ciasto partiami, biorąc do każdej porcji po pół kilograma mąki. Idzie dużo szybciej. Zastanawiamy się też, jak najlepiej je zapakować. Do tej pory próbowałyśmy już różnych sposobów: pudełek, skrzyneczek, puszeczek, słoiczków... Podczas zakupów w supermarkecie wpadam na genialne rozwiązanie. Kupuję woreczki do pieczenia mięsa: przezroczyste i miło szeleszczące. Naklejam na nie złote naklejki z motywami świątecznymi, związuję rafią. Piernikowe prezenty wyglądają bardzo efektownie. Ten patent będziemy wykorzystywać w następnych latach.

piernik-kot

2009

W okresie przedświątecznym ogarnia nas jakiś szał. Nasi mężowie mówią, że nas popierniczyło... W IKEA kupujemy nowe foremki na większe pierniczki o typowo świątecznych kształtach. Na allegro zamawiamy barwniki, marzymy bowiem o kolorowych pierniczkach. Przyjaciółka prosi o piernikowego kota. Nie mamy niestety takiej foremki, ale gorące prośby mnie ośmielają. Przy pomocy noża powstają zwierzaki. Kocie pierniczki są podatne na zniszczenia, odpadają ogony, łamią się łapy... Przyjaciółka ochoczo przyjmuje jednak te kalekie piernikowe istotki. Koty stają się przebojem tegorocznego pieczenia. Pierniczki dekorujemy polewą czekoladową, próbujemy lukru cytrynowego. Do barwników najlepiej sprawdza się lukier białkowy.

pierniczki 2009

2010

Mam wrażenie, że musimy upiec bardzo dużo pierników. Obie pracujemy, utrzymujemy kontakty ze znajomymi z poprzednich miejsc pracy, z liceum, ze studiów... Zwłaszcza Przyjaciółka ma długą listę chętnych na ciasteczka. Chcemy też część pierniczków zawiesić na choince. Kupuję więc 3 kilogramy mąki, do tego dokładam 3 szklanki miodu, 720 gram cukru, 6 jajek, 3 kostki masła, 6 łyżeczek sody oczyszczonej i 6 łyżeczek przyprawy do piernika. Podczas pieczenia towarzyszy nam Mój Mąż, który ma zdolności manualne. Wykorzystuje je rzadko. Jedna z nas przypomina sobie, że kilka lat wcześniej wyciął z piernikowego ciasta skomplikowane drobne kształty. Mąż zabiera się zatem do wycięcia piernikowego napisu. Ja dodatkowo przygotowuję choinki. Zachwycamy się znalezionymi w internecie pierniczkami ozdobionymi "ascetycznie" za pomocą białego lukru z białek. Nie mamy tyle talentu, co autorka zdjęć, ale zapału nam nie brakuje.Efekt tego wszystkiego przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania. Uznajemy, że są to najładniejsze ze zrobionych przez nas do tej pory pierniczków.

pierniczki

2011

Tym razem spotykamy się w nowym mieszkaniu mojej Przyjaciółki, która postanawia, że teraz nadeszła jej kolej użyczania kuchni do pieczenia pierników. Prosi mnie o przepis, przekazuję sugestię, że należy wykorzystać 3 kilogramy mąki. Nie chce uwierzyć, że aż tyle, ale posłusznie zagniata ciasto z takiej ilości. Trochę zaskakuje nas rozmiar piekarnika, w którym nie chcą się zmieścić wszystkie blachy. Ale i tak pieczenie idzie nam piorunem. Jesteśmy z siebie dumne, że nabrałyśmy takiej wprawy. Jednocześnie stwierdzamy, że pierników nie wyszło wcale tak dużo, jak się spodziewałyśmy. Lukrowanie też idzie nam dużo szybciej. Starcza nam czasu na wizytę na Bożonarodzeniowym Jarmarku w naszym mieście.

2012

Moja Przyjaciółka zagniata ciasto z 4 kilogramów mąki, 4 szklanek miodu, prawie kilograma cukru, 8 jajek, 4 kostek masła, 8 łyżeczek sody i 8 łyżeczek przyprawy do piernika...

piernikowy napis

Wpis dedykuję mojej najserdeczniejszej Przyjaciółce, z którą jak co roku w ten weekend upiekę świąteczne pierniczki. Spędzimy kilka godzin na wałkowaniu, wycinaniu, pieczeniu, tydzień później na dekorowaniu. Rozdamy najbliższym, postawimy stroiki z pierniczkami na stołach w naszych mieszkaniach. A po Świętach ze śmiechem stwierdzimy, że każda z nas zjadła może ze trzy ciasteczka. Jedzenie pierniczków jest dla nas w tym wszystkim najmniej ważne.

06:07, zona.oburzona
Link Komentarze (11) »
czwartek, 06 grudnia 2012

M

Mikołaj Renifery Św. Mikołaja zawróciły i pozostawiły coś dla Ewy Marii

Droga Nasza Kuro Alfa, niech ten miły mikołajkowy dzień ma jeszcze odpowiednią oprawę muzyczną.

Mikołaj Święty Mikołaj miał w swoim worku także coś dla Ciotuchny

Kochana Ciotuchno, Święty Mikołaj wierzy, że niezwykle miło Ci będzie ucieszyć oko czymś ładnym.

 

Mikołaj Powsinoga zaprasza Kattinkę...Kattinka

Pójdziemy, Kattinko, wąską i niezbyt ruchliwą Argyle Street w dzielnicy Uptown, tam gdzie stoją dwa długie, zwyczajnie wyglądające budynki z czerwonej cegły.
Jedyną rzeczą, która zwraca uwagę, jest ozdobny portal jednego z nich. Wejście z numerem 1345 jest obramowane białą terakotą, nad drzwiami widnieje stylizowany napis ESSANAY, a po jego obu stronach – kolorowe płaskorzeźby przedstawiające głowy Indian w pióropuszach...

Wejscie

Drugi budynek, pod numerem 1333, to St. Augustine College. Czyż nie intrygująco wygląda zestawienie dwóch tablic na ścianie tej wyznaniowej uczelni? "Charlie Chaplin Auditorium" i "St. Augustine parking"...

Napisy

Wszystko wyjaśnia tablica umieszczona na jednym z białych pilastrów z głowami Indian. Widzisz? Stoimy oto przed ważnym w historii Chicago zabytkiem – dawną siedzibą Essanay Studios...

Wejście

The Essanay Film Manufacturing Company założyli w 1908 roku George K. Spoor i G.M. "Bronco Billy" Anderson, jeden z najbardziej znanych aktorów westernowych tamtych czasów. Nazwa przedsiębiorstwa – Essanay – jest fonetycznym zapisem pierwszych liter nazwisk obu partnerów – "S" and "A".
W studiach Essanay powstało prawie półtora tysiąca wczesnych filmów. Grywały w nich takie gwiazdy, jak uhonorowany nazwą audytorium Charlie Chaplin, Gloria Swanson, Harold Lloyd, Francis X. Bushman...

Krecenia filmu

Źródło: Chicago Landmarks Commission.

Pracowali tam jako scenarzyści Allan Dwan, późniejszy sławny reżyser w Hollywood, i Louella Parsons, która prawdziwy rozgłos zdobyła jako autorka plotkarskich felietonów ze sfer hollywoodzkich.
W latach działalności Essanay większość amerykańskich filmów była produkowana w Chicago, choć firma otworzyła również studio w Niles w Kalifornii, gdzie klimat pozwalał na całoroczne kręcenie filmów w plenerach.

Głowa

Terakotowe głowy Indian z ulicy Argyle były znane w całej Ameryce; stanowiły firmowe logo producenta.

Studio nie wytrzymało zmian w przemyśle filmowym, odejścia Charliego Chaplina, wreszcie nieporozumień między partnerami.

W 1917 r. Essanay wyprodukował swój ostatni film. W marcu 1996 roku budynki firmy, obydwa zajmowane obecnie przez Kolegium Św. Augustyna, zostały wpisane na listę zabytków Chicago.

To tyle, Kattinko. Do środka wchodzić nie będziemy, bo wnętrza są całkiem banalne. Wszystko, co stare i ciekawe, zostało na ulicy.

M

Mikołaj Żona Oburzona pisze do Juliczki... Juliczka


Jesień zadomowiła się u nas na dobre. Zima już przyszła w gości, za chwilę rozsiądzie się i zapanuje nad nami. Musimy się z nią pogodzić i ją polubić. Czy coś mogłoby pomóc w tym lepiej niż dobre ciasto, pachnące wanilią i cytryną, niosąc przy tym wspomnienie letniego sadu? Czy ktoś mógłby ucieszyć się z niego bardziej niż Juliczka?

To ciasto jest wariacją przepisu znalezionego w jakiejś gazecie. Jest przy nim trochę pracy, choć nie aż tak dużo, by się zniechęcić. Spód do ciasta przygotowujesz Juliczko wg przepisu na najlepsze kruche ciasto. O ile dobrze pamiętam, zawdzięczam je Kattince.
Potrzebujesz na nie 300 g mąki, 200 g masła, 100 g cukru, 3 żółtka. Zagniatasz ciasto, wkładasz do lodówki na godzinę. Następnie wylepiasz nim wybraną formę, formując brzegi. Ja próbowałam już w blaszce, tortownicy, ostatnio wzięłam ceramiczną formę do tarty o średnicy 28 centymetrów i było idealnie. Takie ciasto w formie warto jeszcze włożyć np. na pół godziny do lodówki, by się dobrze oziębiło. Potem ponakłuwaj je Juliczko gęsto widelcem. A jeśli dysponujesz ceramicznymi kulkami do obciążania ciasta - tym lepiej.
Podpiecz ten spód około 15 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.
Wcześniej w tak zwanym międzyczasie przygotuj Juliczko nadzienie. Potrzebujesz na to 2 kg jabłek, najlepsza jest oczywiście szara reneta. Jabłka kroisz w drobną kostkę i zalewasz sokiem z jednej cytryny. W dużym garnku roztapiasz 50 g masła, dodajesz pokrojone jabłka, 50 g cukru (najlepiej z prawdziwą wanilią) i rodzynek - ja daję dużo, bo lubię. Dusisz to wszystko około 10 minut. Zdejmujesz z ognia i dodajesz 4 łyżki mąki ziemniaczanej, aby nadzienie zagęścić. Teraz czas Juliczko na próbowanie, czyli to, co w pieczeniu najlepsze. Bo jeśli chciałabyś nadzienie ulepszyć, to teraz jest na to szansa. Jabłka mogą trochę ostygnąć. Ba, możesz je przygotować nawet dzień wcześniej. Ryzyko jest takie, że zbyt dużo nadzienia możesz podjeść... W każdym bądź razie wykładasz je na podpieczony spód. A teraz to, co w tym cieście najlepsze. Do rondelka wkładasz 20 g masła, 150 g cukru z prawdziwą wanilią, a jeśli takiego nie masz, cukier daj zwykły, ale dorzuć też ziarenka wyskrobane z jednej laski wanilii. Wanilia nie jest konieczna, ale chciałabym, aby w Twojej kuchni intensywnie zapachniało. Do tego dodajesz 2 łyżki miodu, 4 łyżki mleka i 120 g płatków migdałowych. Masę zagotowujesz, po czym wylewasz na wierzch ciasta. Pieczesz je w piekarniku w temperaturze 180 stopni około 30 minut.

Ciasto

Smacznego Juliczko!

 

M

Wloszczyzna pisze do Caramby.... Caramba

Carambo, bardzo mi milo dac Ci w prezencie ten przepis, ktory dostalam od mojej kolezanki majacej dziadka kucharza i ten przepis zdobyl jakas wazna nagrode kulinarna; jest wyprobowany i polecam bo dobre - PENNE Z SOSEM JARZYNOWYM 

Składniki:
2 cukinie (małe), 2 marchewki, 1 papryka, 1 duża cebula, czosnek, kawałek selera (jeżeli naciowy to łodyga), zielona pietruszka.
Wykonanie:
Pokroić w drobna kostkę marchewki i paprykę, podsmażyć ½ cebuli i czosnek, dodać ½ szklanki wody, sól i trochę ostrej papryki, dodać marchewkę i paprykę i dusić pod przykryciem przez 15 minut Następnie dodać resztę jarzyn pokrojonych w kostkę i ½ szklanki wody. Dusić 30 min. Dodać 50 g. pomidorów i dusić jeszcze trochę, następnie odparować nadmiar płynu. Wlać ½ kieliszka koniaku i odparować. Dodać 4 płatki dobrego sera topionego pokrojonego w kostkę. Osobno ugotować krótkie kluski, po odcedzeniu wrzucić do garnka z sosem i dokładnie wymieszać. Posypać drobno posiekaną pietruszką.

 

M

Mikołaj Pharlap zaprasza Włoszczynę...Wloszczyzna

Zapraszam Cię Włoszczyzno do centrum Australii. Sucho tutaj - myślę, że po powodziach we Włoszech będzie to dla Ciebie miłą odmianą. Naszym celem jest Coober Pedy - światowa stolica opali, 80% światowego wydobycia pochodzi właśnie stąd.
Najpierw kilka słów o opalach. Opal jest to dwutlenek krzemu rozpuszczony w wodzie. Podziemne wody wypłukują krzem z piasku i porzucają go w napotkanych dziurach. W idealnych warunkach mogą się uformować całe warstwy krzemowego roztworu. Taka warstwa, o grubości 40 metrów, zostaje w ciągu 5 milionów lat sprasowana przez siły grawitacji do grubości około jednego centymetra. Właśnie tutaj coś takiego nastąpiło.
Opal nie jest więc "kamieniem szlachetnym" gdyż nie posiada krystalicznej struktury. Właśnie dzięki temu występuje w nim zjawisko nieprzewidywalnego załamania światła - opalizacja. Opalizujące warstwy są często bardzo cienkie. Trudno znaleźć kamień, który nadaje się do oszlifowania na końcowy produkt. Takie kamienie są rzeczywiście drogie. Ludzie wymyślili sposoby na pokonanie tej przeszkody.
Dublet to warstwa opalu naklejona na kolorowe szkło. Triplet to warstwa opalu naklejona na ciemne tło i dla ochrony pokryta przezroczystą masą.
Na pierwszy rzut oka triplety i dublety wyglądają bardziej atrakcyjnie niż jednorodne opale. I są dużo, dużo tańsze. Nie wszystko złoto co się świeci.
Nazwa miejscowości - Coober Pedy - pochodzi od dwóch aborygeńskich słów dobrze określających charakter tego miejsca: kupa - oznacza mężczyznę, który nie przeszedł inicjacji, piti - dziurę w ziemi. Miejscowość wygląda tak..

Coober Pedy

To jest podziemne miasto. Podczas kopania opali okazało się, że struktura gruntu jest wyjątkowo wytrzymała. Można kopać głębokie dziury i długie tunele bez potrzeby zakładania stempli i innych umocnień. Do tego pod ziemią panuje stała, sympatyczna temperatura około 20 stopni. Na zewnątrz mamy właśnie 41. Czy może być coś lepszego - pokop trochę - to co wykopałeś sprzedaj za dobre pieniądze a przy okazji masz mieszkanie.
Trzy panie wykopały sobie na przykład taki domek - TUTAJ. Czyż nie widac tu dotyku kobiecej ręki? Z kolei jeden pan, ilekroć zabraknie mu gotówki roszerza swój podziemny dom o kolejny pokój. Ma ich już ponad 60. I nadal jest nieżonaty. Nie dziwię się, któż chciałby się zajmowac 60 pokojami?
Poniżej zdjęcia typowej dziury w ziemi i miejscowego kościoła..

DziuraKościół

Kościół słuzy wszystkim chrześcijańskim denominacjom. Chyba mogą z niego korzystać równiez inne religie.
Pododa Ci się. To może spróbujmy szczęścia. To miejsce wyglada obiecująco..

Kopmy

Poczekaj chwilkę. Skocze do Woolwortha kupić łopatę i kilka lasek dynamitu. Dynamit w supersamie? Przecież to tutaj artykuł pierwszej potrzeby.
Co? Czy nie moglibyśmy raczej iść do sklepu z opalami? ( No to w ładnych jestem opalach/opałach. O święty Benvenuto Cellini! Przecież wytyczne z góry były, że Mikołajki mają być skromne?? ). Tak, tak Włoszczyzno - już idziemy.

M

Kanadyjka pisze do Żony Oburzonej... Zona Oburzona

Droga Żono Oburzona

Wiem, że lubisz piec, chce Ci więc podarować przepis na cynamonowe donato-muffinki. Są przepyszne i naprawdę trudno jest zjeść tylko jednego.

Na muffinki:
35 dkg masła
1-3/4 szklanki cukru
4 jajka
6 szklanek mąki
1 łyżka I 2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczanej
1-3/4 łyżeczki soli
1 łyżeczka gałki muszkatołowej
1-2/3 szklanki mleka
1/4 szklanki maślanki lub jogurtu
Do obtaczania:
22 dkg masła
2 szklanki cukru
2 łyżki cynamonu.

Zmiksować masło z cukrem. Miksując, dodawać po jednym jajku. W osobnym naczyniu wymieszać mąkę, proszek, sodę, sól I gałkę. W drugim naczyniu wymieszać mleko i maślankę. Do masy maślano-cukrowej dodać ¼ ilości suchych składników i 1/3 ilości mokrych składników. Delikatnie wymieszać, Dodawać na przemian suche i mokre składniki, kończąc na suchych. Za każdym razem delikatnie wymieszać. Nie należy mieszać zbyt intensywnie.
Rozgrzać piekarnik, natłuścić i oprószyć mąką foremki muffinkowe. Nałożyć do każdej foremki tyle ciasta, aby było równe z brzegiem foremki. Piec 30-35 minut.W międzyczasie rozpuścić masło i wymieszać cukier z cynamonem.

Muffinkopączki

Kiedy mufKfinki lekko ostygną, wyjąć je z foremek, posmarować stopionym masłem i obtoczyć w cynamonowym cukrze.

Uwagi:
1. Nie trzeba od razu wykorzystywać całego ciasta. Można je przechowywać przykryte w lodówce do 3 dni.
2. Oryginalny przepis zaleca używanie normalnych rozmiarów foremek muffinkowych. Można też użyć foremek miniaturowych, ale wtedy trzeba skrócić czas pieczenia do 15-18 minut.
3. Do ciasta można dodać odrobinę wanilii.
Z tego przepisu wychodzi 24 regularnych muffinków lub 52-56 mini muffinków.

 

Guzik

A jako bonus, masz tu jeszcze miła Żono Oburzona pomysł na prezentację/podanie kruchych ciastek lub pierniczków. Kliknij w guzik obok.

M

Mikołaj Caramba zaprasza Kanadyjkę...Kanadyjka

Moim mikołajkowym prezentem dla Kanadyjki jest dzień w stylu manchego, spędzony w Albacete, w sercu hiszpańskiej Kastylii la Manchy. Klimat nas tu nierozpieszcza, po bardzo upalnym lecie i krótkiej przerwie na oddech, przychodzichłodna zima, ubierz się zatem Kanadyjko ciepło. Dzień kastylijski rozpocząć możemy pysznymi churros z gorącą czekoladą w LaMilagrosa, popularnym lokalu specjalizującym się w tych przysmakach.
Posilone udamy się do Muzeum Noży, chlubą bowiem miejsca, w którym mieszkamsą noże, nożyczki i wszystko co ma ostrze. W okolicy znajduje się ponad 50 fabryk noży a sprzedawcy w cuchillerias, sklepach ze wszystkim co ciąć potrafi, zaklinają się, że kupione u nich sprzęty to zakup na całe życie.

CzekoladaNoze

W Muzeum zobaczyć możemy kilkusetletnie eksponaty jak i współczesne repliki,noże z rączkami ze zwierzęcych rogów i z fragmentami łap pokrytych sierścią, olbrzymy, nadające się jedynie do muzealnych gablot i te używane współcześnie. Można też obejrzeć film prezentujący historię miejscowego ”nożownictwa” i stare zdjęcia wytwórców i sprzedawców noży. Te sprzedawało się dawniej na ulicy, każdycuchillero miał przymocowaną w talii torbę przypominającą kilkupoziomowy pas nanaboje, w której maleńkich kieszonkach przechowywał towar. eśli dopisze nam szczęście, być może wracając natkniemy się na kolumnę zmotoryzowanych Mikołajów. Jadą zazwyczaj przez miasto trąbiąc radośnie i pozdrawiając przechodniów.

Mikolaje

O zmroku proponuję spacer ulicami Albacete, pięknie udekorowanymi świątecznymi światełkami. 

a

Najbardziej obfity posiłek, zgodnie z hiszpańskim zwyczajem, zjemy nocą. Zapraszam do Nuestro Bar, gdzie spróbować można typowo kastylijskich potraw i miejscowego wina. Ilekroć tam jestem, zawsze zamawiam jako przystawki quesofrito - smażony ser w panierce i lomo de orza czyli schab ze słoja.

Schab

Mam nadzieję, że będą smakowały Kanadyjko i Tobie, w takim wypadku ostatnią częścią mikołajkowego prezentu będzie przepis na rzeczony schab.LOMO DE ORZA a la NUESTRO BAR.
Składniki dla czterech osób:80 dkg. schabu wieprzowego
1/2 łyżki mielonej papryki1/2 łyżki świeżo zmielonego czarnego pieprzu1/2 łyżki cynamonu1 łyżka soku z cytryny1 kieliszek białego wina4 ząbki czosnku oliwa sól

1. W dużym ceramicznym naczyniu przygotować marynatę z połowy litra wody, przypraw, soku z cytryny i wina. Włożyć doń duże kawałki schabu i marynować przez osiem dni. Po tym czasie wyjąć i dobrze odsączyć.
2. Pokroić schab w cienkie plasterki i smażyć w dużej ilości oliwy.
3. Podawać na ciepło lub zimno, najlepiej w towarzystwie salsy allioli.
Smacznego!

 

M

Mikołaj              Kattinka pisze do Powsinogi...Choinka

 

Dawno temu polskie dzieci dostawały od świętego Mikołaja upominek, który łączył w sobie beztroskę zajadania się mandarynkami, pomarańczami, orzechamii czekoladkami z drobnym „wkładem pedagogicznym” w postaci rózgi.Wprawdzie rózga była mała i pozłacana, ale jakoś nie kojarzyła się z różdżką czarodziejską.
Na szczęście, dziś dajemy sobie wyłącznie drobiazgi miłe i słodkie.

Od kilku dni rozmyślam, co by tu wykombinować dla Powsinogi, której osobowość musi mieć coś (jak wiele?) z Wagabundy i Obieżyświata, skoro taki przydomek sobie przybraa. Tym bardziej drobiazg powinien być poręczny – żeby nie przeciążać bagażu podróżnego. A drobiazgi mają to do siebie, że łatwo je upchnąć po kieszeniach, no i może ich być kilka. Oto one:

Załącznik nr 1: muzyczny, no a któż najlepiej zabrzmi, jak nie Sting i jego „If on a Winter’sNight”!

Załącznik nr 2: trochę świątecznej zabawy, nim zaświeci pierwsza gwiazda…

Załącznik nr 3: obowiązkowo coś słodkiego. Należy zamknąć oczy i wyobrazić sobie nieziemsko dobry smak, albo – popędzić do kuchni, sięgnąć po poniżej podany przepis i natychmiast przystąpić do produkcji kulinarnej. 

SELF-SAUCING CHOCOLATE PUDDING

*******************************
125g masła (miękkiego)
50 g ciemnego brązowego cukru (muscavado)
2 jaja (całe)
1 łyżeczka od herbaty ekstraktu z wanilii
90 g mąki (przesianej)
3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka stołowa dobrego ciemnego kakao
3 łyżki mleka
..oraz na sos do polania (przed pieczeniem):
160 g cukru1 łyżka kakao
250 ml wody
Nagrzać piec do 180 C. Utrzeć na krem masło z cukrem. Dodać kolejno jajka, cały czas ubijając, oraz wanilię. Wmieszać mąkę, proszek do pieczenia i kakao, na koniec dodać 2-3 łyżki mleka. Ciasto powinno być miękkie i wilgotne. Przełożyć ciasto do blaszki (powinno sięgać do połowy wysokości rantu). Przygotować sos, mieszając podane składniki w rondelku, na małym ogniu,dopóki cukier się nie rozpuści. Nie dopuścić do zagotowania. Polać sosem ciasto, wstawić blaszkę do piekarnika na 30-40 min. Nie trzymać w piecu dłużej – ciasto ma pozostać wilgotne jak pudding. Podawać z lodami waniliowymi albo ze śmietaną.

M

Juliczka zaprasza Pharlapa... pharlap

"Spóźniona, jak zawsze, staję w progu
widzę morze, tak, to pokój z widokiem
to na pewno ten pokój sprzed wielu lat
chociaż nigdy nie byłam przedtem
a ty nie wróciłeś nigdy potem/.../”
Autor: Kasia Krenz

NapisyGH

Uwaga: aby obejrzeć miniatury w wiekszym formacie nalezy kliknąć w zdjecie.

Zapraszam, Pharlapie, na filmową przechadzkę po Sopocie – plażą, alejką, urokliwymi uliczkami, zmieniającymi nastrój wraz z porami roku.

Kijki

 

Właśnie dołączyła do nas Anna, nasza osobista trenerka Nordic Walking, mamy kijki i dla ciebie.
Anna, choć zawsze uśmiechnięta, dużo wymaga. Zaczynamy od rozgrzewki – w ruch idą stawy skokowe, kolana, biodra, barki,robimy skłony. Już mam buzię pełną piasku. Opuszczamy plażę przy Grand Hotelu i maszerujemy nadmorską alejką.
Anna narzuca ostre tempo i jednocześnie przekazuje cenne informacje o treningu. Staram się dorównać wam kroku, mówię o wykorzystaniu starego dworcowego napisu SOPOT w artystycznej instalacji nawiązującej do etiudy Romana Polańskiego „Dwaj ludzie z szafą”.

 

Krzywy domek

Idziemy w górę Monte Cassino, najczęściej uczęszczaną ulicą kurortu, mijamy Krzywy Domek, wizytówkę wspólczesnej ulicy. Natrafiamy na filmowców, kręcą kolejny film. Dziewczyna gra na skrzypcach, może piosenkę Bez jutra nie da się żyć?

Przystawałam kiedyś przy dworku usytuowanym przy Kościuszki zastanawiając się, czy użyto go w scenerii filmu „Do widzenia do jutra” w kultowej scenie pożegnania Jacka i Margueritte. „- To nie jest moje istnienie. Ten świat poza furtką. - Zabiorę cię do wspaniałego zamku. Wiesz co, ja znam tam każdy kamień, każdy kamień”.

Willa Hestia

Okazało się, że konsulat „zagrała” Villa Hestia, piękny dom z 1893 roku.
Zanim skierujemy się na Władka IV przystaniemy przy Czyżewskiego przywołując jedną ze scen filmu „Ciało”. Mam z nim jedno skojarzenia – poczucie zimna. Podobnie jak z przykuwającą uwagę acz mroczną willą przy Westerplatte, gwiazdą filmu „Medium”.

Wracamy ulicą Haffnera, chociaż łapię się na używaniu dawnej, Bieruta – Jabłka kupię w warzywnym przy Bieruta, najładniejsze.
W holu hotelu Haffner na Annę czekają kolejni miłośnicy Nordic Walking, a my schodzimy do SPA; sauna, basen, na siłownię nie mamy sił. Nie wezmą nas do kadry.

Przechadzkę po Sopocie kończymy w Barze Przystań, w sezonie miejscu spotkań warszafki. Teraz bez trudu znajdujemy stolik, wybieramy jeden z tych na zewnątrz i decydujemy się na zupę rybną. Na barierce przycupnęła mewa. Spogladamy na kutry rybackie, rozmawiamy o następnym spacerze, może muzycznym w okolicach Opery Leśnej.

Przystan

Dziękuję, Pharlapie, za dobry czas. A Kasi Krenz za inspirujący wiersz.

M

Tagi: obyczaje
01:02, ewamaria030
Link Komentarze (25) »
środa, 05 grudnia 2012

rysował Jacek Krenz Wpis Kattinki

M/V "Kerlogue", Irlandia

Właściciel: Wexford Steamship Company

Port rejestracji: Wexford, Irlandia

Stocznia: Rotterdam, Holandia

Rok wodowania: 1938

Los: złomowany w Tromsø, Norwegia, 1960

Ogólna charakterystyka

Tonaż: 335

Długość: 142 ft (43 m)

Wolna burta: 1 ft (0.30 m)

Załoga: 11 marynarzy

           

Kerlogue

M/V "Kerlogue", jak mówiliśmy, podczas wojny przeżył dramatyczne chwile. Mały i niezależny, zachował neutralność, ratując rozbitków zarówno z angielskiego statku “Wild Rose of Liverpool”, jak z niemieckiego niszczyciela Z27. W ten sposób odpowiadał, zgodnie z kodeksem morskim, na wezwanie S.O.S. nadawane przez każdego, kto potrzebował pomocy: ratował tonących rozbitków, bez rozróżnienia ich narodowości. Ale, jak wiemy z historii, neutralność nie ma tak oczywistych cech rozpoznawczych, jak strony konfliktu, dlatego „Kerlogue” najpierw omal nie zatonął od niemieckiej miny, a wkrótce potem został ostrzelany i pozostawiony na morzu bez eskorty i pomocy przez…   

No, właśnie. Wróćmy na chwilę do sytuacji z 23 października 1943 roku. Tego dnia, 130 mil (210 km) na południe od Irlandii, w drodze z Talbot do Lizbony z ładunkiem węgla, "Kerlogue" został namierzony przez brytyjski samolot rozpoznawczy Sunderland RAF. Trzy godziny później został zaatakowany z powietrza przez dwa – początkowo niezidentyfikowane – samoloty. Ich tożsamość została ustalona później przez dowództwo brytyjskie: stwierdzono, że były to myśliwce Mosquito z polskiego dywizjonu 307. Atak z powietrza trwał dwadzieścia minut, samoloty nurkowały nisko, ostrzeliwując frachtowiec z niewielkiej odległości. Na pokładzie byli ranni, a statek był uszkodzony. O godzinie 18:00 nad “Kerlogue’em” pojawił się kolejny Sunderland RAF. Przy pomocy lampy Aldisa, kapitan statku nadał wiadomość alfabetem Morse’a, żądając eskorty i pomocy medycznej, jednak Sunderland odpowiedział, że pomocy nie może udzielić. Pozostawiony sam sobie, Kerlogue pokuśtykał z powrotem do portu w Cobh, w irlandzkim hrabstwie Cobh. Statek ocalał dzięki ładunkowi węgla, który zadziałał jak warstwa izolująca, w przeciwnym razie kadłub zostałby podziurawiony i statek zatonąłby. Znalezione na pokładzie kawałki pocisków były produkcji brytyjskiej.  

Brytyjski Attaché Morski w Dublinie w raporcie do szefa Wywiadu Morskiego napisał, iż z brytyjskiego punktu widzenia było to wydarzenie zdecydowanie “niefortunne”. Zgodnie z raportem brytyjskiej Admiralicji, RAF został wcześniej "ostrzeżony, by spodziewać się "Kerlogue’a", zatem "wiadomo było, że statek znajdował się na morzu w dniu ataku", i nie było w tym nic "podejrzanego". Dlatego, jak czytamy, "oprócz Polaków, nikt inny nie odważyłby się przystąpić do ataku”.  „Anyone but Polish pilots”.  

Tyle raport admiralicji brytyjskiej, i tyle – tekst opracowania w wikipedii. Ale doczytajmy hasło do końca, łącznie z przypisami, które znajdują się u dołu strony. Wśród długiej listy innych przypisów jest też przypis nr 5, który dotyczy omawianej sprawy. Otóż, z tajnych raportów, ujawnionych po 30 latach (na podstawie „Thirty Year Rule” o tajności dokumentów rządowych), wyłania się nieco inny obraz sytuacji, i przypis przywołuje odnośne fragmenty raportu in extenso:

1. Porucznik K. Sampson RAF: "Godz. 12:55, zauważono irlandzki frachtowiec “Kerlogue” na pozycji 50°03' north, 9°16' west, kurs 240°, prędkość 8 węzłów."

2. Dwa samoloty myśliwskie typu Mosquito z polskiego dywizjonu 307: "godz.16:17, pozycja 48°55' north, 9°13' west. Spostrzeżono i zaatakowano z broni maszynowej frachtowiec o nośności ok. 1500 ton, z flagą francuską, oznaczeniem EMPO wyraźnie czytelnym na sterburcie oraz napisem “France” widocznym na dziobie. Na ostrzał z powietrza statek odpowiedział ogniem z działek pokładowych, ale nieskutecznie. Pozostawiony w miejscu, wyraźnie dymił. Znaczna plama rozlanej ropy widoczna była wokół jednostki na powierzchni wody”.

3. Oficer C. Clark RAF: "godz.18:05, irlandzki frachtowiec „Kerlogue” zauważony na pozycji 49°49' north, 9°11' west, kurs 315°, prędkość 5 węzłów. Jednostka nadawała sygnał S.O.S. Prosili o eskortę, gdyż zostali zaatakowani z powietrza i potrzebowali pomocy medycznej dla rannej załogi. Odpowiedzieliśmy, że pomocy nie możemy udzielić, a następnie kontynuowaliśmy patrol."

Pilot RAF wyjaśnił, iż był przekonany, że „Kerlogue” posiada komunikację radiową.

Pozostawmy komentarze innym. Tutaj zauważmy tylko, że podobnie jak francuski frachtowiec, “Kerlogue” był wyraźnie oznakowany, co można było zobaczyć z powietrza. Był nieuzbrojony, nie mógł więc odpowiedzieć na ostrzał polskich myśliwców ogniem z działek. Miał też znacznie mniejszą wyporność (335 ton, zamiast 1 500).

Tagi: historia
07:13, ewamaria030
Link Komentarze (3) »
wtorek, 04 grudnia 2012

 Wpis Heimchen

Dzisiaj mamy Świętą Barbarę (tą z wieżą). Jutro wieczorem już wigilia Świętego Mikołaja, potem sam Św. Mikołaj i tego samego wieczora już wigilia Św. Ambrożego. Następnego dnia Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny.
Więc Święto co dzień! I tak to idzie dalej przez cały rok. Nie mówmy o tych wszystkich zapomnianych Świętych.
Już Św. Hieronim pisał (według Złotej Legendy), że nie ma ani jednego dnia roku (oprócz pierwszego stycznia) kiedy jakiś z 5000 męczenników nie miałby swojego Święta (dla nich specjalnie wymyślono uroczysty dzień Wszystkich Świętych).
W miedzyczasie dużo nowych zostało kanonizowanych, sam Jan Pawel II ustanowił 483 nowych Świętych. Miałam przyjemność poznać się z nimi w tym roku we Francji - noszą moje nazwisko i jest ich nawet pięciu!

Protestanci są ze Świętymi mniej za pan brat, nie zwracamy się specjalnie do nich, nawet z najmniejszymi problemami trzeba zwracać się bezpośrednio do najwyższej instancji. Mimo to jakoś jestem ich fanką. Jeszcze jako studentka pracowałam przy edycji 16-wiecznego rękopisu, gdzie cały czas chodziło tylko o życie różnych Świętych, czy ludzi obchodzą Święci, jak pielgrzymują do ich szczątków, ofiarują wosk w kaplicach kościoła parafialnego poświęconych Patronom ich cechów. Chodziło też o obrazy i rzeźby Świętych. Bez nich chyba nie mieliby o czym pisać. W tym czasie też byłam na świetnej wystawie "Mistrz Teodoryk - nadworny malarz Karola IV" w Klasztorze św. Agnieszki w Pradze, gdzie pokazano jego dzieła z kaplicy św. Krzyża na zamku w KarlštejnieDziwiłam się wtedy, że na tej wystawie bywali prawie wyłącznie Polacy. Rozmawiali o Świętych w bardzo osobisty sposób, jakby to byli członkowie rodziny. Nabardziej popularny był Św. Ambroży. Trochę im zazdrościłam.

A teraz zagadka: Przy pisaniu tego wpisu przypadkowo znalazłam literackie odniesienia do Świętego Genes(t)a. 17-wieczny autor napisał tragedię o jego życiu. Znany egzystencjalista napisal później książke o jeszcze innym autorze. Tytuł tej książki brzmi natomiast jak bardzo krótki życiorys Genes(t)a z Rzymu. Pytam więc o tytuły obu książek - tej 17-wiecznej i tej 20-wiecznej!

I dodaję jeszcze inną zagadkę o Świętych - trzeba ich rozpoznać po atrybutach (wystarczy kliknąć na zdjęcie)


Zamiast przepisu dzisiaj przypomnienie, żeby wstawić do wody galązkę wiśni, z nadzieją, że życzenia się spełnią, jeżeli gałązka w wigilię Bożego Narodzenia zakwitnie...

illustracja @powsinogi do dyskusji w komentarzach:

poniedziałek, 03 grudnia 2012

rysował Jacek Krenz Wpis Kattinki

Zima tego roku zawitała w nasze góry wyjątkowo wcześnie; już w końcu października spadł pierwszy śnieg. Potem wprawdzie jesień wróciła, a wraz z nią deszcz i wilgoć, która dla Portugalczyków mieszkających w kamiennych domach jest wyjątkowo uciążliwa. Ale ciepło już nie będzie, przynajmniej do... wiosny.

W takie dni, gdy wiatr wyrywa parasole z rąk przechodniów, a zmierzch zapada szybko i właściwie trudno go odróżnić od przesyconego mglistą szarością dnia, mieszkańcy Beiry tym chętniej posilają się zupą ”zmęczonego konia”. Jest to po prostu nasze korzenne grzane wino, a jedyna różnica jest taka, że moczy się w nim grzanki z czerstwego pieczywa. Jedząc zupę, koniecznie musimy pilnować, żeby kasztany nie przypiekły się za bardzo. Bo jeśli już ma być zimno i piesko, to koniecznie z kasztanami. Pyszne są w każdej postaci: pieczone w ognisku z dodatkiem igliwia z pinii, prażone na węglach drzewnych w specjalnych dziurkowanych garnkach, dzbankach i patelniach, ale wystarczy je naciąć, leciutko skropić wodą i posypać solą, a następnie wrzucić do blaszki lub glinianego naczynia i wstawić do piekarnika na 20 minut. Muszą być gorące, muszą parzyć palce i język, inaczej tradycji nie stanie się zadość. Portugalczycy uważają, że obowiązkowym dodatkiem jest kieliszek jeropigi, ale my wolimy maderę lub porto, bo jeropiga (sok z winogron zmieszany z bimberkiem w proporcji 3:1) to jednak mocna sprawa.

Tak, pieczone kasztany to najlepsze lekarstwo na poprawę nastroju na widok ciężkich chmur, siedzących okrakiem na grani naszych Gór Gwiaździstych. Kasztany i – pomarańcze. Czekając, aż zagotuje się woda w czajniku, kroimy kolejne pomarańcze w krążki i układamy na blaszce do suszenia (świetne jako dekoracja świąteczna). Na stole stoi już rząd słoików z konfiturą pomarańczową (mój mąż jest w tej dziedzinie mistrzem!) i miska kandyzowanych skórek do pierników. Naklejam nalepki na słoiki i wypisuję daty, a jednocześnie zastanawiam się, jak my to wszystko zawieziemy do domu. Bo, jak zwykle, na święta Bożego Narodzenia mamy lecieć samolotem!  

no, pomarańcze

Z kubkiem gorącej herbaty wędruję na kanapę, pod gruby koc z owczej wełny. W domu pachnie świętami, a mnie jest ciepło i wygodnie. I jeszcze mam co czytać, bo z Anglii przyszła paczka książek, cały stosik, miło.

Co się dzieje z twoim życiem, gdy pewnego dnia rodzona matka mówi ci, że wszystko, co do tej pory o niej wiedziałaś, było kłamstwem? Wcale nie jest Angielką, jak twierdziła, tylko Rosjanką, która do wojny mieszkała w Paryżu, a w ’39 została zwerbowana do pracy szpiegowskiej przez agenta wywiadu brytyjskiego. Przystojnego, to prawda, w którym się zakochała, to oczywiste. Tyle że on nie potrzebował jej jako towarzyszki życia, lecz jako agentki. Kto raz zostanie szpiegiem, pozostaje nim do końca, podobno tak to działa. Mimo starannej reżyserii własnego życia „po potopie”, przeszłość Sally powracała do niej w snach, by w końcu pojawić się także pod postacią realnego zagrożenia. Dlatego postanowiła mówić, a na słuchacza wybrała własną córkę. A więc wojna i ona – młoda kobieta o zmienionej tożsamości, w środku tego wszystkiego. Alianci i sojusze, Hitler i Blitzkrieg. Wywiad brytyjski, podwójni agenci i tajne misje, gdy należało strzec się nawet własnego cienia. I nagle – pomarańcze. W głodnym, bombardowanym Londynie bohaterka je pomarańcze. Odrywam wzrok od tekstu. Słyszałam o zgniłych ziemniakach i śmierdzących rybich łbach, o kartkach na chleb twardy jak kamień i o pierniku z marchwi (przepis mojej babki). Ale pomarańcze? A jednak okazało się, że autor się nie pomylił. Wojna wojną, lecz przecież przyroda nie przerywała swego cyklu. Po zimie nadchodziło lato, sady uginały się pod dojrzałym owocem. Sady i – gaje pomarańczowe w dalekim Algarve, w neutralnej Portugalii. 

KerlogueMS „Kerlogue” był irlandzkim „coasterem”. Zbudowany w Rotterdamie, we wrześniu 1939 roku, miał zaledwie 43 m długości i pojemności 335 ton brutto. Jedenaście osób załogi. Coastery, jak sama nazwa wskazuje, były to statki przystosowane do żeglugi na płytkich wodach przybrzeżnych. Te niewielkie stateczki towarowe kursowały między irlandzkimi portami, zastępując transport drogowy i kolejowy, które zostały niemal całkowicie zniszczone podczas dwóch wojen, jakie przetoczyły się przez wyspę: wojny angielsko-irlandzkiej (1919-21), a następnie wojny domowej (1921–1922). Transport drogą morską był w tej sytuacji najpewniejszy i najtańszy. Z uwagi na charakterystyczne obniżenie burty i wysokość pokładu (zaledwie 1 stopa tj. 0.30 m nad poziomem morza), coastery do żeglugi oceanicznej na długich trasach zupełnie się nie nadawały; w razie sztormu zawijały do najbliższego portu. A jednak “Kerlogue” przetrwał wojnę na otwartym oceanie. I mimo wojny – przez cały czas zdołał zachować neutralność. Atakowany przez obie strony wojennego konfliktu (niemal zatonął od niemieckiej miny, następnie zaatakowany z powietrza przez jednostki RAF, cudem ocalał), gdy zaszła potrzeba, ratował i jednych, i drugich – angielską załogę „Wild Rose of  Liverpool” i marynarzy z zatopionego niemieckiego niszczyciela Z27.  

Flota irlandzka posiadała zaledwie 56 coasterów, dlatego przed wojną wynajmowała także statki angielskie. Jednak gdy wybuchła wojna, Irlandczycy mogli już liczyć wyłącznie na siebie: Anglicy potrzebowali swoich statków do zadań wojennych, z kolei Amerykanie mieli rozkaz, by nie pojawiać się w „strefie wojennej”. I tak, zamiast pływać wokół Irlandii, „Kerlogue” zmuszony był wyruszyć na otwarte morze. Zazwyczaj wyglądało to tak: z Irlandii wieźli produkty rolne do Wielkiej Brytanii, gdzie ładowali kolejne cargo, tym razem angielskie, na eksport do Portugalii; przeważnie był to węgiel dla elektrowni w Lizbonie. Stamtąd powracali z ładunkiem amerykańskim: nawozami, maszynami rolniczymi i pszenicą. Jeśli Amerykanie spóźnili się ze swoim ładunkiem, kapitan nie czekał, tylko zabierał tak zwany „towar-okazję”. Wówczas do Anglii i Irlandii najczęściej wracał z pomarańczami.      

29 grudnia 1943 roku „Kerlogue” znajdował się 360 mil na południe od Fastnet Rock, w drodze z Lizbony do Dublina, z ładunkiem pomarańczy, gdy nagle nad nim pojawił się niemiecki samolot rozpoznawczy dalekiego zasięgu, sygnalizując S.O.S i kierując się na południowy wschód. „Kerlogue” natychmiast zmienił kurs na wskazywany przez Niemców. Płynąc ku Zatoce Biskajskiej, wkrótce natknął się na dramatyczną scenę: tonął niemiecki niszczyciel Z27, a tuż obok tonęły dwa torpedowce typu Elbing, T25 and T26. Ponad 700 mężczyzn, z których większość już nie żyła, unosiło się na wodzie. Biorące udział w Operacji Stonewall, krążowniki HMS „Glasgow” i „Enterprise”, uzbrojone w 6-calowe działa, zatopiły niemieckie statki, ostrzeliwując je z odległości ponad dziesięciu mil, co im samym pozwoliło pozostać poza zasięgiem ostrzału.

„Kerlogue” spędził ponad dziesięć godzin na miejscu katastrofy, wyciągając z wody tych, którzy przeżyli. Ocalało 168 niemieckich marynarzy; czterech zmarło już na pokładzie. Akcja ratunkowa była tym bardziej godna podziwu, zważywszy na niewielkie rozmiary „Kerlogue’a” i nieliczną załogą, jaką dysponował kapitan Thomas Donohue. Przydał się ładunek pomarańczy: owoce uchroniły rozbitków przed odwodnieniem.

Tagi: historia
00:11, ewamaria030
Link Komentarze (10) »
niedziela, 02 grudnia 2012

żona oburzona Wpis Żony Oburzonej

Kiedy Pharlap zaproponował naszą zabawę na 6 grudnia, od razu przypomniały mi się szkolne mikołajki. Co roku każdy w klasie losował jedną kartkę z imieniem. 6 grudnia należało przynieść przygotowany specjalnie dla wylosowanej osoby prezent. Co to były za emocje! Kogo się wylosuje? Czy się trafi na osobę, która akurat mi się podoba? A co dostanę? I od kogo?

– No, więc był dzisiaj ten niby Mikołaj – zaczyna Jamrózka sadowiąc się na fotelu obok łóżka (Międzyrzecki siadł na drugim fotelu, dalej, ale na wprost Joasi). – Wiesz, właściwie nie masz czego żałować, było tak jakoś sztywno, klasowo. Szkoda, żeśmy nie zrobili całej uroczystości u kogoś w domu.
– Tak, wiesz, Marysia po prostu schnie z tęsknoty za jakimiś bachanaliami na prywatce – śmieje się Międzyrzecki i Joasia musi mu wtórować. Marysia i „bachanalie” to doprawdy komiczne.
– Hanka Müllerówna rozdała paczki, każdy obejrzał swoją i już nie było co robić, zabraliśmy się i poszli do domu. Marek, może byś przyniósł paczkę Joasi, położyłam ją gdzieś w przedpokoju. Międzyrzecki wychodzi, a Marysia ciągnie dalej:
– A Marka spotkałam po drodze i namówiłam, żeby też przyszedł, zawsze we dwoje weselej.< Wykręcał się, że ma ważną wizytę na Karłowicach, ale mu wybiłam z głowy.
– Nic nie potrzebowałaś mi wybijać, przecież od razu się zgodziłem. Proszę – kładzie na kołdrze pakuneczek owinięty w szary papier i zielony sznurek. – Zobacz zaraz, co w środku, może coś dobrego do jedzenia. Joasia w tej chwili uprzytamnia sobie, że gości trzeba czymś przyjąć.
– Marysiu, wiesz, jakbyś była tak dobra i jakby ci się chciało, to może byś zrobiła herbaty? W puszce na szafie są ciastka. Marysia znikła, a Joasia rozplątuje sznurek i z kartonu wyjmuje kolejną paczkę herbatników, torebkę cukierków, jabłka i trzy chusteczki do nosa.
– Bardzo się cieszę, takie ładne, w kratkę. Proszę poczęstuj się – wyciąga w stronę chłopca cukierki. – A ty co dostałeś?
– O, Marek ma szczęście, wiesz, dostał aż trzy paczki, od jakichś tajemniczych wielbicielek – mówi od progu Marysia. Trzyma tacę i rozgląda się, gdzie ją postawić. Joasia doradza, jak poprzesuwać paki zeszytów ze stołu, i myśli chaotycznie: Trzy paczki. No, to świetnie. Mało brakowało, a dostałby czwartą. Patrzcie, jak to nie ma złego, co by na dobre nie wyszło. Jakbym nie zachorowała, toby mnie jeszcze też zaliczyli do tajemniczych wielbicielek. Uprzejmie dziękuję, wolę nie. Żeby mu się do reszty w głowie przewróciło. Też miałam pomysł...

Powyższy fragment pochodzi z książki "Zawsze jakieś jutro" Janiny Wieczerskiej, która niegdyś na Kurze gościła, była przedmiotem mojej zagadki. Ta scena od razu mi się skojarzyła z losowaniem. Akcja dzieje się kilka lat po wojnie, co tłumaczy dlaczego cukierki, herbatniki i jabłka wraz z chusteczkami do nosa stają się całkiem niezłą mikołajkową paczką.

W mojej rodzinie wykorzystujemy podobne pomysły. Gdy spędzamy Święta w zbyt dużym gronie decydujemy się na przygotowywanie po jednym prezencie dla wylosowanej osoby, by za bardzo nie obciążać zwłaszcza tych osób, które są samotne. Z kolei kiedy jeszcze mieszkałam w domu rodzinnym na 6 grudnia każdy przygotowywał jeden prezent o niedużej wartości, po czym to paczki były przydzielane losowo. Któregoś roku natomiast każdy robił prezent każdemu za najwyżej 10 złoty. To dopiero było wyzwanie, a ile podarków dla każdego!

Dzięki Pharlapowi i na Qrze przeżyjemy emocje jak w szkole!

....

Wpis pharlapa

Dzisiaj rano w kościele ksiądz pozdrowił wiernych - Szczęśliwego Nowego Roku. Tak jest dzisiaj zaczął sie nowy rok liturgiczny. Jak Państwo widzicie szata graficzna blogu dopasowała się do okoliczności - winieta pokazuje dni dzielące nas od Świąt, tło mówi samo za siebie. Bardzo dziękuję panu Jackowi za ilustrację a Kanadyjce za modyfikację szablonu. Żeby dostosować się do tego otoczenia zmodyfilowałem i ja swój graficzny profil.

W Australi mamy dodatkową zmianę - od wczoraj jest u nas oficjalnie Lato. Przy definiowaniu pór roku, Australia, bardzo zresztą słusznie,  nie opiera się na tak zawodnym zjawisku jak położenie Ziemi wobec Słońca lecz wyłącznie na Prawie. Pory roku zaczynają się pierwszego dnia odpowiedniego miesiąca. A więc - 1 grudzień = Lato. Zreszta pogoda to potwierdziła - w czwartek ,czyli jeszcze wiosną, temperatura w Melbourne podskoczyla na 39.6 C.

Po zdefiniowaniu otoczenia pora na konkrety. Dziękuję Żonie (Oburzonej), że swoim prologiem stworzyła właściwą atmosferę a jednocześnie dała mi odrobinę luzu psychicznego gdyż relacjonowanie czegoś praktycznie na żywo to spory stress.

Do mojej akcji wykorzystałem znajomych ze "środowiska" melbourne.pl . Jak sama nazwa wskazuje jest to strona internetowa. Założyli ją polscy profesjonaliści przybyli do Australii w ciągu ostatnich lat. Użyłem określenia - środowiska. W Australii istnieje pewna klasyfikacja imigracji z Polski. Stara oznacza tych którzy przybyli tu po wojnie - Sybiracy którzy z Armią Andersa wydostali się ze Związku Sowieckiego, żołnierze polscy walczący na Zachodzie, osoby z obozów w Niemczech. Następna fala to emigracja marcowa - 1968 rok, następna - solidarnościowa - lata 1982-85. Tych określało się mianem nowej emigracji. Po roku 1989 skończyły się fale. Ludzie mogą jeździć kiedy chcą i w którą stronę chcą. Nie czują też potrzeby definiowania swojej przynależności do żadnych grup. Tu wspomnę o bardzo ciekawej wypowiedzi Ewy Marii na temat polskiej imigracji w Berlinie. Czytałem ją na stronie PAP - Polonia dla Polonii. Niestety informacja zniknęła już z listy aktualności a mam kłopoty z dotarciem do archiwum. Mam prośbę Ewo żebyś podała nam adres.

Nie było łatwą sprawą zaprowadzić w takim towarzystwie dyscyplinę konieczną dla tak ważnej akcji jak losowanie. Stąd moja groźna mina widoczna na zdjęciach w poprzednim wpisie. Wreszcie sytuacja została opanowana i mocno zdezorientowane dziecko zaczęło wyciągać z mikołajowej czapki Mikołajów i przydzielone im przez Los osoby..

Wybór Losu

Każdy wyciągnięty los był prezentowany Niezależnej Miedzynarodowej (Polska-Australia-Indie) Komisji.

.. and the winner is

Na zakończenie jeszcze jeden rzut oka na naszą przedświąteczną scenerię..

Melbourne w grudniu

Każdy Mikołaj otrzyma dzisiaj ode mnie informację kogo przydzielił mu Los.

Oczywiście nie przyszedłem tu z pustymi rękami. W ostatnim tygodniu już dwa razy smażyłem naleśniki. Co tu zrobić żeby nie było kłopotliwe w podaniu i łatwe w spożyciu? Z pomocą przyszla mi żona - racuszki. Usmażyłem je w sobotę według następującego przepisu:

Składniki :
2 filiżanki mąki,
3 jajka,
filiżanka mleka,
trochę wody, soli, sody
5 zielonych jabłek (Granny Smith)

Przygotowanie:
mąke wymieszać z pozostałymi składnikami,
jabłka - obrać i pociąć na plastry wycinając gniazda nasienne.
Wrzucic plastry jabłek do ciasta. Nabierać łyżką i smażyć na mocno rozgrzanej płycie (patelni).

Racuszki

Usmażyło się tego całkiem sporo..

Racuszki

Uwaga: już po wykonaniu znalazłem na Kurze bardzo ciekawy przepis na racuszki . Spróbuję następnym razem.

Wpis pharlapa

W tytule nie ma błędu ortograficznego. Mikołajkowe losy już zostały zważone. Teraz warzę pracowicie reportaż z tego wydarzenia. Na razie przedstawię tylko scenerię...

Melbourne.pl

Sierotka

A co wywarzę to opublikuję wkrótce.

07:38, pharlap
Link Komentarze (3) »
sobota, 01 grudnia 2012

żona oburzona Wpis Żony Oburzonej

Pamiętacie pierwszy film wyreżyserowany przez Stanisława Bareję Mąż swojej żony? Opowiadał o małżeństwie znanego kompozytora z jeszcze bardziej znaną lekkoatletką. Sława żony oraz jej sportowy tryb życia uniemożliwiały mężowi radość ze wspólnego życia. Ten stan rzeczy podkopywał też jego wiarę w siebie.

Z tego filmu najbardziej pamiętam jedną z początkowych scen, kiedy małżonkowie rozpakowywali ślubne prezenty. Okazało się, że od wszystkich gości otrzymali różnego rodzaju zegary. W Polsce pewnie jeszcze wtedy nie znano list ślubnych z prezentami... Podobny motyw pojawił się w serialu Rodzina Leśniewskich: Krystyna Sienkiewicz rozpakowywała imieninowe prezenty, którymi były kolejne pary kapci.

Na starej Kurze w okolicach Walentynek pojawił się wpis, w którym odgadywaliśmy zakochane pary. Dzisiaj przygotowałam dla Was podobną zabawę. Poniżej siedem fragmentów, w każdym mamy krótki opis sytuacji, charakterystykę mężczyzny, wypowiedź żony lub narzeczonej. Co prawda nie wszystkie przykłady odpowiadają modelowi z tytułu, czyli nie zawsze mężczyzna jest mężem swojej żony, ale na pewno prawie wszystkim paniom nie można odmówić pełnokrwistego charakteru.  

Fragment I Scarlett O'Hara i Charles Hamilton Przeminęło z wiatrem Margareth Mitchell

Mieszkając z rodziną XXX w domu, w którym wyrósł, YYY zaczynała teraz lepiej rozumieć tego chłopca, który uczynił ją żoną, wdową i matką w tak szybkim czasie. Łatwo było pojąć, dlaczego był tak nieśmiały, tak skromny i pełen ideałów. Jeżeli XXX odziedziczył nawet pewne cechy po surowym, nieustraszonym, porywczym żołnierzu, jakim był jego ojciec, to zatarły się one już w dzieciństwie pod wpływem kobiecej atmosfery, w której się wychował.

Fragment II Klaudyna i Renaud z powieści Małżeństwo Klaudyny Colette

Dzień mojego ślubu cóż to była za komedia! Trzy tygodnie zaręczyn, częsta obecność XXX, którego kocham do szaleństwa, jego żenujące spojrzenia i gesty żenujące jeszcze bardziej (mimo że powstrzymywane), jego wargi wciąż w poszukiwaniu byle skraweczka mnie, wszystko to sprawiło, że pyszczek miałam w ten czwartek wychudzony jak kotka w marcu. Nie rozumiałam wtedy jego rezerwy, jego powściągliwości! Miałby mnie, gdyby tylko zechciał; czuł to dobrze. A jednak, znawca zbyt wytrawny i dbały o swe szczęście - a może i o moje? - narzucił nam obojgu nieznośny rozsądek. YYY, która ledwo już mogła to znieść, rzucała mu nieraz zirytowane spojrzenia, gdy przerywał pocałunek, zanim... zanim miał prawo go przerwać: "Dzisiaj czy za tydzień, cóż to ostatecznie za różnica? Każe mi pan pościć zupełnie niepotrzebnie, męczy mnie pan straszliwie..." Bez litości dla nas obojga pozostawił mnie, wbrew mej woli, nietkniętą aż do naszego pospiesznego ślubu.

Fragment III Barbara i Bogumił z Nocy i dni Marii Dąbrowskiej

Tak więc zostali mnie więcej narzeczonymi. Mniej więcej, bo XXX do ostatniej chwili nie była pewna swych uczuć ni zamiarów. W jednym z listów do siostry, z którą jedyną poruszała te sprawy, śród opisu przedstawienia Hamleta i wystawy obrazów wspominała mimochodem: "podobno tam u was mówią, jakobym była narzeczoną. Zaprzeczaj, kochana siostrzyczko, tym pogłoskom, wszakże to nic pewnego. Czuję, że kiedy przyjdzie co do czego, powiem: nie - i wszystko się rozchwieje. Ale wracam do wystawy obrazów. Zapomniałam ci jeszcze napisać, że widziałam przepiękny obraz. Matejki Portret pana. Od razu można poznać, że to mistrz wielki malował. I wiesz, jeździłam na tę wystawę windą. Co za niezwykły wynalazek!"

Fragment IV Scarlett O'Hara i Frank Kennedy z Przeminęło z Wiatrem Margareth Mitchell

XXX, podobnie jak większość mężczyzn owych czasów, uważał, że żona powinna ufać mądrości męża, że powinna polegać bezwzględnie na jego zdaniu i wcale nie mieć własnego. Uważał, że większości kobiet można pozwolić na robienie tego, co im się podoba. Kobiety były śmiesznymi stworzeniami i łatwo było spełniać ich nieszkodliwe zachcianki. Frank był łagodny i uległy z natury, nie byłby się wiec nigdy zbytnio przeciwstawiał żonie. Z radością zaspokajałby głupiutkie kaprysy jakiejś małej istotki i łajał ją łagodnie za jej głupotę lub rozrzutność. Ale rzeczy, do których brała się YYY, były nie do przyjęcia.

Fragment V Betty i Bob z książki Jajko i ja Betty McDonald

XXX w sposób wysoce irytujący nie uważał mego prania i prasowania za nic nadzwyczajnego i wciąż wkładał czyste rzeczy, gdy tylko udało mu się je wyrwać wyrwać z mych rąk. Nad wszystkim, co uprałam i uprasowałam, czuwałam zazdrośnie, jak pies nad ulubioną kością. Nie chodziło mi wcale o to, żeby XXX zachowywał się jak gentleman z reklam i wchodził tanecznie do kuchni, przybrany w kalesony, z czystą koszulą w ręku, wołając: "W tym tygodniu białe jak śnieg, dzięki, mała Miękka Rączko!". Po prostu chciałam, by sobie zdał sprawę, iż utrzymanie nas w czystości wymagało ode mnie długich godzin najcięższej harówki, no i żebym czasem powiedział coś na ten temat.

Fragment VI Scarlett O'Hara i Rhett Butler z Przeminęło z Wiatrem Margareth Mitchell

Żyjąc z XXX, poznała go z wielu nowych stron, chociaż myślała, że zna go bardzo dobrze. Dowiedziała się, że głos jego mógł być jedwabisty jak sierść kota w jednej chwili, a szorstki i nabrzmiały przekleństwami w następnej. Potrafił wspominać szczerze i z widocznym uznaniem dzieje odwagi, honoru, cnoty i miłości ludzi, których spotykał w swoim urozmaiconym życiu, a zaraz potem rozpustne i cyniczne anegdotki. YYY wiedziała, że mąż nie powinien takich rzeczy opowiadać swej żonie, były jednak zajmujące i przemawiały do jakiejś pierwotnej i przyziemnej strony jej natury. Na krótką chwilę potrafił być gorącym, nawet czułym kochankiem, i prawie natychmiast dokuczliwym  kpiarzem, który podżegał jej wybuchowy temperament, wywoływał krótkie spięcie i zdawał się nim cieszyć. Przekonała się, że komplementy jego miały zawsze dwa ostrza, a najczulsze wylewy brzmiały podejrzanie.

Fragment VII Elizabeth Bennet i Fitzwilliam Darcy, Duma i uprzedzenie Jane Austen

XXX, zmieszana i poruszona jak nigdy, zmusiła się, aby przemówić. Natychmiast, choć niezbyt składnie, dała YYY do zrozumienia, że jej uczucia odmieniły się tak bardzo, że przyjmuje jego zapewnienia z radością i wdzięcznością. Odpowiedź ta uszczęśliwiła go niewymownie; wyraził to tak gorącymi i rozsądnymi słowami, na jakie stać tylko człowieka zakochanego. Gdyby XXX na niego spojrzała, dostrzegłaby bezbrzeżną radość malującą się na twarzy ukochanego. Lecz choć nie mogła patrzeć, mogła słuchać, on zaś mówił jej, ile dla niego znaczyła, co z każdą chwilą czyniło jego uczucie coraz cenniejszym.

 

 

 

Zagadka była nieco podchwytliwa, bo ilość żon była mniejsza niż ilość mężów, trzy razy pojawiała się Scarlett O'Hara. Powiem Wam, że właśnie Przeminęło z wiatrem stało się inspiracją do mojej zagadki. Z zadaniem pięknie sobie poradziły Kattinka i Ewa Maria. Gratuluję.

Tagi: książki
08:57, zona.oburzona
Link Komentarze (30) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22