Nie jesteśmy nowi na świecie, przed nami była
KURA

O nas i o blogu

Napisz do nas:
qra-poczta@gazeta.pl

Współpracuj z nami

Nagrody
Fundatorzy
Lektury
Filmy


RSS
środa, 19 grudnia 2012

   Wpis Kattinki

Symboliczna i tradycyjna, w każdym domu jest inna, prawda? Bo w naszej rodzinie mama i babcia tak robiły, bo czasy były różne, a jeszcze w świąteczne plany wtrąciła się a to jakaś wojna, a to rewolucja, a to stan wojenny i kartki żywnościowe. Różnią się nasze wigilijne wieczerze nie tylko przepisami na tego samego karpia, kapustę, makowce czy kutię, ale wręcz całymi sekwencjami potraw, z różnych powodów, z przyzwyczajenia (tradycja!) albo na przykład, w zależności od regionu. Weźmy choćby zupę: u nas na Wigilię musi być postny barszcz na zakwasie, koniec, kropka i szlus-amen-alleluja, jak mawia Ciotuchna. Ale do barszczu nie podaję uszek, tylko obowiązkowe paszteciki z półkruchego ciasta (wg „Kuchni Polskiej”) z kapustą i grzybami, bo na uszka (z powodu pasztecików) nigdy nie starcza mi ni czasu, ni atłasu. Z kolei moja Teściowa twierdziła, że bez rybnej ani rusz, no a rybna musiała być z domowymi łazankami. Pamiętam też wzruszającą opowieść o pewnym patriotycznym polskim domu dawno, dawno temu, jeszcze pod zaborami, gdzie zupy były dwie... w barwach narodowych: barszcz i migdałowa. 

W naszym domu tradycja została ustanowiona wspólnymi siłami rodziny, ale wielkie zasługi w tworzeniu naszego, nazwijmy to, bazowego menu wigilijnego mieli też rozmaici krewni-i-znajomi, których potrawy i świątecznie wypieki nam zasmakowały, przepisy zostały przeflancowane i „przyjęły się” na domowym gruncie. Karp i kutia to była zawsze kontrybucja moich Rodziców, a odkąd ich zabrakło, mak miele przez maszynkę Michał (zawsze!) z przyjacielem ze szkolnej ławy, i potem słoik gotowej kutii wędruje do domu przyjaciela. Kapusta z grzybami najlepsza jest wg przepisu teściowej mojej siostry, a przepis na śledzie po wileńsku i pierniki z „wojennym” marcepanem przywędrowały z Poznania, z domu mojego męża. Kilka przepisów pojawiło się z innych domów, a nawet stron świata – z powodów sentymentalnych. Dlatego od wielu lat kiszę buraki na barszcz według przepisu mamy Uli z Warszawy, piekę pierniki Marzenki, a szwedzkie pierniczki wg przepisu Barbro z Götteborga, angielski pudding z wprost niebiańskim masłem koniakowym robię wg przepisu z wiktoriańskiej książki kucharskiej od Johna, a łamańce Marylki wg przepisu jej babci. Struclę drezdeńską, którą podajemy na śniadanie w I święto, piekę wg przepisu z bardzo starego egzemplarza... „Burdy”, bo przywodzi wspomnienia nastroju adwentowego w Berlinie. Wszystko, niezależnie od historii i pochodzenia, musi być wykonane dokładnie tak samo jak przed rokiem, dwoma, dziesięcioma laty czyli – ZAWSZE. I tego zawsze pilnowały nasze dzieci. Żadnych zmian, na tym przecież polega tradycja. Dlatego, żeby nie popaść w niełaskę moich Drogich Bliskich, spisałam wszystkie przepisy w specjalnym zeszycie, a podobny, z tymi samymi przepisami, dostała nasza córka w prezencie ślubnym.

A zatem – jaka jest nasza rodzinna Wielka Dwunastka?  

1. Śledź po wileńsku

2. Barszcz czerwony kiszony

3. Paszteciki półkruche nadziewane kapustą z grzybami

4. Kapusta z grzybami

5. Karp pieczony w maśle, z siekanym jajkiem na twardo

6. Dodatki do powyższych: buchty drożdżowe lub kulebiaczki z nadzieniem z suszonych grzybów z jajkiem na twardo albo krokieciki ziemniaczane  

7. Kompot z suszu

8. Kutia z miodem, topionym masłem i bakaliami (bez pszenicy)

9. Francuskie łamańce z bakaliami

10. Pierniki z orzechami, z polewą czekoladową

11. Angielski Christmas pudding z masłem koniakowym

12. Szwedzkie pierniczki „Pepperkakor”

 

Z przepisów podam może tylko, jak zrobić zakwas z buraków, bo to smak niepowtarzalny.

1,5 kg buraków

1 marchewka

1 korzeń pietruszki

1 plaster selera

3-4 ząbki czosnku,

po 1 łyżeczce soli i cukru

kromka razowca (opcjonalnie, ja nie daję)

ciepła woda

Obieramy warzywa, kroimy je w plastry, układamy w słojach lub glinianym garnku, zalewamy wodą, z dodatkiem soli i cukru, ew. na wierzchu układamy kromkę razowca. Odstawiamy w ciepłe miejsce na tydzień. Kiedy płyn nabierze odpowiedniej barwy i stanie się kwaskowaty, zlewamy do słoiczków, przechowujemy w chłodzie.

Barszcz na Wigilię, postny, robię z 3 wywarów: 1. wywar jarzynowy jak na rosół, z włoszczyzny z listkiem laurowym i cebulą + 2. wywar z namoczonych przez noc grzybów suszonych + barszcz kiszony, który dodaję na końcu i już nie gotuję (a jeśli mimo to straci barwę, możemy dodać kilk plastrów surowego buraka). PS. Na obiad w I święto barszcz jest już z dodatkiem czwartego wywaru, z wędzonej szynki.

Chętnie poznałabym Qrzańskie Tradycyjne Magiczne Wigilijne Dwunastki, taka giełda przepisów byłąby może ciekawa....?

 

 

 Wpis Żony Oburzonej

Moja Dwunastka to właściwie dwunastka łącząca w sobie wpływy mojej rodziny i rodziny Męża.

1. Barszcz
2. Uszka do barszczu
3. Zupa grzybowa
4. Suszone kapelusze grzybów, panierowane i pieczone
5. Pierogi ruskie
6. Pierogi z kapustą i grzybami
7. Karp smażony
8. Chleb (np. upieczony przez Mojego Męża)
9. Kutia
10. Makiełki
11. Kompot z suszu
12. Pierniczki

Ja odpowiadam za kutię, makiełki i pierniczki, na wszystko przepisy już znacie. Pozostałe potrawy przygotowują inni. Ja jeszcze robię dodatkowy kompot z suszu i to jakieś 5 litrów, które wypijam wspólnie z Mężem. Sekretem mojego kompotu są przede wszystkim owoce wędzone (wyobraźcie sobie, że moja Teściowa używa śliwek kalifornijskich - dla mnie to świętokradztwo), skórka cytryny i pomarańczy, rodzynki i laska wanilii, która zostaje mi wykorzystaniu ziarenek do kutii.

Jak sądzę, dziwią Was te grzybowe kapelusze... Nie mam pojęcia, skąd ten pomysł, ale Teściowa przygotowuje je co roku i wybuchają o nie prawdziwe kłótnie. Zazwyczaj wypada po jednym kapeluszu na głowę (w sumie logiczne) + kilka dodatkowych...

 

Wpis pharlapa

Wieczerza pod Pierwszą Gwiazdą. Pod Pierwszą Gwiazdą? Chyba tą, której wykonania nauczyła nas Kanadyjka, bo na tą na niebie trzebaby czekac do godziny 22. Do wieczerzy zasiadamy więc między 6 a 7. Jest zupełnie jasno i najczęściej bardzo gorąco. W związku z tym moja dwunastka to wspomnienie z Polski - sprzed 30 lat. Na dodatek moja część wspomnienia jest bardzo mglista, potrzebna była pomoc mojej żony, aby to nabrało barwy, aromatu i smaku.

1. Śledź w śmietanie.
2. Śledź w oleju.
3. Zupa grzybowa z łazankami.
4. Ryba w galarecie.
5. Ryba smażona.
6. Ryba po grecku.
7. Ryba po żydowsku.
8. Kapelusze z grzybów obtaczane w jajku i bułce tartej i smażone.
9. Kapusta z grzybami.
10. Kompot z suszu.
11. Makowiec.
12. Piernik.

 Zaciekawiły mnie te kapelusze grzybowe. Jak smażyć suszone grzyby? Żona wyjaśniła mi, że pochcdzą one z  zupy grzybowej. Moja niewiedza wynika z tego, że nasze wnuczęta nie lubia zupy grzybowej w związku z czym od wielu lat jemy na Wigilię barszcz z pasztecikami.
Swoją drogą te kapelusze grzybowe pierwszy raz spotkałem na stole moich teściów. A drugi raz.. we wpisie Zony Oburzonej powyżej. Informuję więc, że moja teściowa pochodziła z Kujaw. 

 

     Post Scriptum Żony Oburzonej

 

Pharlapie, nieco się uspokoiłam, widząc również na Twojej liście te kapelusze grzybowe! Byłam przekonana, że to jakaś fanaberia w domu moich Teściów, a jednak nie. Widać wiele gospodyni doszło do wniosku, że kapelusze z zupy absolutnie zmarnować się nie mogą i trzeba je skonsumować. Rodzina mojej Teściowej pochodzi z kolei ze Lwowa. W tym roku przeprowadzę w sprawie kapeluszy grzybowych śledztwo...

01:51, ewamaria030
Link Komentarze (19) »
wtorek, 18 grudnia 2012

 

 

 Wpis Żony Oburzonej

Jestem wielbicielką artystycznego nieładu. Nawet jeśli podoba mi się coś, co jest wymuskane, uporządkowane i harmonijne, sama nie umiem czegoś takiego stworzyć. Moja choinka jest w związku z tym kolorowa, różnorodna...

choinka Żony Oburzonej

Ta choinka pochodzi sprzed kilku lat, innych niestety nie uwieczniłam. Tamtego roku niestety zdecydowaliśmy się na sztuczną, ponieważ tuż po świętach wyjeżdżaliśmy. W tym roku będzie podobnie. Jak się dobrze przyjrzycie, to zauważycie na zdjęciu różne ozdoby, które na mojej choince muszą być zawsze:

  • wełniane ozdoby szydełkowe
  • ulubione małe maskotki
  • ozdoby z masy solnej, otrzymane w prezencie kilkanaście lat temu od przyjaciółki (tej od pierniczków)
  • ozdoby słomiane (mogłabym tez mieć całą choinkę w takich słomiankach)
  • lukrowane gwiazdki, które kupuję co roku, bo kojarzą mi się ze Świętami z dzieciństwa
  • małe drewniane zabawki
  • łańcuch koralikowy

Dodatkowo pochwalę się pierwszą wykonaną przez siebie gwiazdą. Trochę krzywa, ale na tym chyba też polega ich urok...

gwiazdka

Wyprodukowałam już gwiazdę czerwoną, malutką gwiazdę z pozostałych z przycinania do kwadratów resztek kartek A4, kremową oraz dwie jako ozdobę w biurze. Wciągnęłam w ten nałóg również koleżankę z pracy...

prawdziwa gwiazda betlejemska

Na poniższym, zdjęciu najmniejsza zrobiona przeze mnie gwiazdka. Położyłam ją obok artykułów biurowych, żebyście mieli porównanie.

gwiazdeczka

07:12, zona.oburzona
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 17 grudnia 2012

Wpis pharlapa

W ostatnią środę wybrałem się późnym rankiem na rower. Kilometr od domu wjechałem na ścieżkę rowerową. Uderzył mnie silny zapach eukaliptusów. Z błogością wciągnąłem głęboko balsamiczne powietrze i.... rozejrzałem się uważnie dookoła. Moją drugą, po zachwycie, myślą było: wystarczy jedna iskra i tu będzie morze ognia, w którą stronę uciekać?

Choinka

Przepraszam za ten wstęp zupełnie niezgodny z tytułem wpisu, ale niestety - byt określa świadomość a lato na południu Australii to ogromne zagrożenie pożarami. Włądze ostrzegają, że po kilku latach względnie dobrych opadów w lasach nazbierało się wiele paliwa. Tak, tu nie nazywa sie tego poszyciem leśnym - to jest paliwo.

Pisząc o Świętach w Australii nie sposób nie pisać o różnicach. Najbardziej oczywiste różnice są narzucone przez geografię - upały i najdłuższy dzień roku. Na pierwszą gwiazdę na niebie trzeba czekać do godziny 22.

Nasza choinka. To cała historia. Pierwsza nasza choinka w Australii była sztuczna, kupiona jeszcze w Polsce i przywieziona tu przez Kuwejt. Po kilku latach zaczęliśmy kupować naturalne. W sklepach można kupić choinki, ale są to naogół sosny o grubym pniu, rzadkich gałęziach, do tego bardzo szybko usychają. Po kilku latach odkryliśmy plantację choinek. Te były ładne i trwały dłużej.
Jednak uschnięte szkielety choinek wyrzucone na trawnik przed domem, czasem już pierwszego dnia po Świętach, przekonały nas do choinki sztucznej. Bo u nas choinka musi dotrwać do zbiorowego śpiewania kolęd, które odbywa się w okolicach Trzech Króli.
Dekoracje. Moja żona - Sylwia - przykłada wiele znaczenia do kart świątecznych. Co roku pisze okolicznościowy wierszyk i wysyłamy karty do prawie setki osób. Otrzymane karty wywieszamy na "wystawie".

PlantacjaKarty

Osobna sprawa to bombki. Mamy ich spory zapas. Od kilku lat otrzymujemy bombki w prezencie od znajomych. Styropianowe kule ozdabiane cekinami. Pokaz naszej kolekcji poniżej...

Od ośmiu lat najlepszą ozdobą choinkowa są nasze wnuczęta. Ponizej - 1-miesięczna Sabina na sianie i 8-miesięczny Ambrozy w charakterze zbłąkanej owcy..

ŻłobekBaran

niedziela, 16 grudnia 2012

pewna.panna Wpis pewnej.panny

      dziadek pewnej.panny

W poprzednim odcinku blografii: archiwum w Rembertowie, pomimo remontu i w drodze wyjątku przesłało mi kopię akt dziadka. Dobrze, że siedziałam, gdy to czytałam.

 

Pierwsza strona zeszytu ewidencyjnego, na niej zdjęcie dziadka, trochę danych. Co to jest zeszyt ewidencyjny? Druga strona z danymi personalnymi. Jaki zawód wykonywał do 1939 (lekarz weterynarii), co robił w latach 1939-1945 (Oflag IIA), a co po roku 1945. Po wojnie dalej pracował w swoim zawodzie, ale też był kierownikiem Rzeźni Miejskiej. Przypomniał mi się zaraz „Klub śpiewających rzeźników“ Louise Erdrich. I film o Temple Grandin.

 

Są też informacje dotyczące wykształcenia, są daty, miejsca. Szkoły w Kowlu (to gdzieś na dzisiejszej Ukrainie), studia weterynarii we Lwowie (1930-1938). Języki, którymi władał w mowie, ale słabo w piśmie: angielski, niemiecki, francuski, rosyjski. Nie znam tego ostatniego. Może by się nauczyć? Bo przecież może się przydać, gdy pojadę na wschód. Rozmawiam z kolegą z roku, jest ze Lwowa. Pytam się o języki, których się używa na Białorusi i na Ukrainie i dochodzimy do wniosku, że miałoby sens, żebym się choć cyrylicy nauczyła. W przyszłym tygodniu skontaktuję się ze Studium Praktycznej Nauki Języków Obcych przy uniwerku, by zapytać, czy mogę od następnego semestru zapisać się na rosyjski dla początkujących. A kiedyś tak się cieszyłam, że jestem pierwszym rocznikiem, który zamiast rosyjskiego miał już angielski w podstawówce.

 

Strona trzecia. Mam teraz adresy zamieszkania we Lwowie, w Ząbkowicach Śląskich, w Kamiennej Górze. Mogę wszędzie pojechać! Nawet jeśli zmieniły się nazwy ulic, można wszystko wynaleźć.

 

28 lutego 1946 roku wrócił do kraju, do Gdyni. Dlaczego przez Gdynię akurat?

 

Nagle strona szósta, a na niej „Dokładny przebieg służby“ w latach 1935-1945. I np. w 1938 nominowany na podporucznika. 1 września 1939 zmobilizowany jako lekarz weterynarz dywizjonu, a 8 września wzięty do niewoli.

 

Następna strona. Życiorys mojego dziadka pisany odręcznie przez niego samego. Nawet mi przez głowę nie przeszło, że dotrę do czegoś takiego! Nigdy nie widziałam żadnego dokumentu z jego pismem. Pismo jest odrobinę zamaszyste, czasem nieczytelne. Nie mogę uwierzyć, że trzymam w rękach kopię, czyli oryginał jest w Rembertowie. Jak tam kiedyś pojadę, to zobaczę ten dokument, który mój dziadek trzymał w dłoniach sześćdziesiąt lat temu.

Życiorys jest narracją i zaczyna się słowami: „Syn Bronisława i Teodory z..“ Pięknie się zaczyna. Pisze, że studiował przez rok w Wilnie na Wydziale Rolnym, a dopiero potem we Lwowie na Akademii Medycznej. A we Lwowie pracował na uniwersytecie też w charakterze asystenta (już wiem po kim mam te cholerne ciągoty do pracy naukowej!) Pracował jako miejski lekarz weterynarii w Parczewie (lubelskie). W życiorysie pisze, że do niewoli wzięto go 7 września, a nie 8. Pod Raszynem. Czyli bronił Warszawy może? Czy o tym wątku nie pisała też już Ciotuchna tutaj? Ale może pisała o Powstaniu Warszawskim i mi się już wszystko pokręciło?

 

„W niewoli przebywałem kolejno w obozach Oflag II w Prenzlau, Neubrandenburg, GROSS-BORN i XXX.“

Był nie w jednym, nie w dwóch, ale w czterech oflagach?...

     

Gross-Born? W liście od Polskiego Czerwonego Krzyża (tu) padła już ta informacja! Babcia twierdziła, że był w Gross-Born, ale PCK napisało, żeby nie traktować tej informacji jako danych oficjalnych.

 

        http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Gross_Born_Offlag_(2).JPG&filetimestamp=20120915191627

 

Chwila, to nie o tym oflagu traktuje Oflag” Marka Sadzewicza, który pożyczył mi prof. Bereś. Gdy odwróciłam na chwilę głowę, by popatrzyć na bibliotekę w jego gabinecie, mój wzrok padł na tę książkę właśnie. Połknęłam ją w dwie noce. Wtedy też skserowałam sobie dwie strony z tej książki. Ale dopiero teraz mają one znaczenie: „Do obozu dolnego przyjeżdża transport jeńców polskich z dalekich stron, bo aż z Neu Brandenburg, my przeprowadzamy się tam z naszej Psiej Górki i łączymy się z nimi“. Dziadek mógł być w tym transporcie.

 

Ostatniej nazwy XXX nie mogę odczytać. Piszę natychmiast do Herr Timma i chwalę” mu się, że wiem teraz, że dziadek był w czterech, a nie w dwóch i pytam się, czy słyszał o takim oflagu, którego pisownia przypomina Sankt-Bordel. Za parę minut przychodzi odpowiedź: Sandbostel! Herr Timm dołącza trochę informacji o X A, ściągniętych ze strony: relikte.com/sandbostel/index.htm. Jeden z większych oflagów Wermachtu. W latach 45-48 służył Brytyjczykom jako obóz dla byłych esesmanów i członków NSDAP. Sprawiedliwość dziejowa?

 

Internet też podpowiada, że w 1943 r. (20 stycznia?) do Gross-Born przetransportowano polskich oficerów z Neubrandeburga. Gross-Born ewakuowano 28 lub 29 stycznia 1945 roku. Wszyscy więźniowie, którzy byli w stanie iść, zostali ewakuowani na zachód, do oflagu X A w Sandbostel.

 

W życiorysie dziadek pisze, że wrócił do Polski w końcu stycznia 1946 r., a nie w lutym i już parę miesięcy później pracował we Wrocławiu na uniwersytecie jako stały asystent. Ale rok później przenieśli się z babcią do Kamiennej Góry, by potem osiąść w Ząbkowicach Śląskich, gdzie dziadek pracował jako powiatowy lekarz weterynarii.

 

Uff, ale trasa. Google Maps podpowiada, że to ponad 5,000 km i potrzeba ok. 65 godzin na jej wykonanie. Oto mapka:

 

       trasa wg google maps

 

Ostatnia strona to pierwsza kartka świadectwa dojrzałości z roku 1929. Z języka polskiego: dobrze. Ja też! Z historii: dostatecznie. Ja też! Z matematyki: dostatecznie. Miałam czwórkę, ale tylko dlatego, że matematyk miał słabość.

 

dziadek pewnej.panny     świadectwo maturalne

Sześć stron. Mało. I tylko pierwsza strona świadectwa dojrzałości. Włączam logiczne myślenie. Musi być więcej. Piszę maila z podziękowaniami za przysłane mi materiały i ubolewam, że tak ich mało, choć tyle nowych informacji z nich dla mnie wynika. Czy mam rozumieć, że nic więcej na jego temat w archiwum już nie ma?”, piszę maila zachłannie pragnąc ciągu dalszego i bezczelnie, bo na zajęciach, pod ławką. Odpowiedź przychodzi chwilę później:

Uprzejmie informuję, że w chwili obecnej CAW jest w trakcie remontu i jest zamknięte dla użytkowników. CAW nie wykonuje kwerend dla celów genealogicznych, o czym informujemy na naszej stronie internetowej. W drodze wyjątku wysłałano dla Pani wybrane dokumenty w ilości 6 stron, gdyż do tej liczby stron nie wystawiamy faktury (tzn. otrzymuje je Pani bezpłatnie). 1 strona kserokopii kosztuje 2 zł (cennik na naszej stronie internetowej).

Zachowały się dwie teczki (ap - z okresu międzywojennego oraz tap - z okresu powojennego). Z zasady nie kserujemy całych teczek.

W celu przeprowadzenia bardziej szczegółowych badań zapraszamy po remoncie.

Na końcu maila od CAW po raz pierwszy widnieje imię i nazwisko i numer telefonu, czyli, moim zdaniem ta osoba chce, żebym się z nią skontaktowała. A jest to kobieta, więc być może ma bardziej rozwiniętą empatię. Dzwonię na następny dzień, w Mikołajki. Niestety, pani choć przyjaźnie brzmi, to przeprasza, ale nie może mi pomóc. Z archiwum nie można korzystać, bo w jego pomieszczeniach zakwaterowani są pracownicy i nie ma fizycznie miejsca dla petentów. Remont ma potrwać do końca 2014 roku i dopiero potem będzie można mieć wgląd do wszystkich dokumentów. Nic się nie da zrobić. Resztę ujrzę w 2015 roku.

Ale i tak jestem bardzo szczęśliwa że tyle mi się udało wywalczyć. 6 stron w drodze wyjątku! 4 oflagi! Adresy zamieszkania i trasa, którą chcę odbyć. Marzy mi się podróż śladami dziadka, ale czy to wykonalne?

 

Z pozdrowieniami,

p.p w podróży dziś

Tagi: historia
00:09, pewna.panna
Link Komentarze (7) »
sobota, 15 grudnia 2012

   Wpis Kanadyjki

Po naszym przyjeździe do Kanady bardzo szybko okazało się, że tutejsze zwyczaje choinkowe są nieco inne niż polskie. Po pierwsze choinkę ubiera się około 6 grudnia, a wyrzuca w drugi dzień Świąt. Po drugie ubiera się również całe wnętrze domu, oraz dom na zewnątrz. A po trzecie, prezenty otwiera się w pierwszy dzień Świąt rano.

Powoli zaczęło się więc wypracowywanie naszej własnej tradycji choinkowo-świątecznej, gdzieś pośrodku tych dwóch kultur. A więc choinkę (zawsze świeżą) ubieramy w połowie grudnia a likwidujemy ok. Trzech Króli. Przez wiele lat wisiały na niej przede wszystkim różne zabawki robione przez dziewczynki w szkole i w domu. Potem wiele z tych zabawek się wykruszyło, ale niektóre jeszcze istnieją. Np. któregoś roku dziewczynki zrobiły śliczne rozetki z pestek dyni pomalowane na czerwono, a w kilka lat później, hafty w ramkach do powieszenia ma choinkę.

Foto: Kanadyjka

Właściwie każda rzecz, którą dziś wieszam na choince ma swoją historię i ubieranie choinki stało się miłą wycieczka w przeszłość. Od wielu lat dziewczyny dostają od nas w prezencie po jednej ozdobie choinkowej. Zawsze staram się kupić coś oryginalnego. W tym roku np. znalazłam śliczne, ręcznie robione bombki …made in Poland.

Trochę sporów było zawsze co do kształtu choinki. Mój mąż lubi chude i wysokie, ja raczej bardziej rozłożyste. Były więc różne, w zależności od tego, które z nas ją kupowało. Często choinki sprzedawane są obwiązane sznurkiem, więc i tak nie wiadomo co się kupuje. Pamiętam któregoś roku, mąż kupił choinę w dniu kiedy był bardzo duży mróz (no jakieś -30). Była zupełnie sztywna. Odtajała, ubraliśmy ją … i w dzień po Wigilii straciła wszystkie igły.

Przez kilka lat nasze choinki ubrane były tylko mniej więcej od połowy w górę, ponieważ nasze koty pracowicie strącały wszystkie ozdoby w zasięgu łap. Kilka lat temu natomiast choinka u Olgi nie została ubrana w ogóle, ponieważ zamieszkała na niej ich kotka.

Foto: Olga

Z dekorowaniem domu było różnie. Ja jakoś nie miałam do tego serca, głównie zajmowały się tym dziewczyny.

Co do prezentów, to Rodzina jednogłośnie zawyrokowała, ze muszą być otwierane w Wigilię. Na ogół zostawialismy kilka drobiazgów do otwarcia w pierwszy dzień świąt rano.  Dwa lata temu po szale kupowania i otwierania dziesiątków prezentów, doszliśmy wszyscy do wniosku, że coś tu trzeba zmienić. Padł pomysł zaopatrzenia potrzebującej rodziny w prezenty i jedzenie na Święta. Znaleźliśmy agencję, która skontaktowała nas z taką rodziną (w zeszłym roku była to samotna matka z dwójką małych dzieci, w tym roku będzie mama i nieco starsza córka). A żeby tradycji stało się zadość, sobie dajemy po skromnym prezencie. W zeszłym roku losowaliśmy imiona, w tym roku będą prezenty grupowe (każda para dla dwóch pozostałych par), w ogólnym temacie „jedzenie”. Dziewczyny i ich partnerzy dostaną wielkie pudło przetworów, które pracowicie robiliśmy całe lato i jesień. Dodatkową zaletą tego systemu jest to, że od dwóch lat nie latam z wywieszonym jęzorem po zatłoczonych sklepach, a także nie dostaję prezentów, z którymi potem nie wiadomo co robić. Rodzicom dorosłych dzieci bardzo polecam ten system.

02:30, kanadyjka82
Link Komentarze (9) »
piątek, 14 grudnia 2012

 

 

 Wpis Żony Oburzonej

 

Nie lubię i nie jadam ryb. Zupę grzybową jadam, ale bez szczególnej przyjemności. W przypadku barszczu najwięcej radości sprawiają mi pływające w nim uszka. Pierogi - tak, pierogi są super. U nas zarówno te z kapustą i grzybami, jak i ruskie. Moja i Męża rodzina przywędrowała na Dolny Śląsk ze wschodu, nie ma więc na naszych stołach wielkopolskiej kapusty z grochem. Ale są za to licznie reprezentowane potrawy z maku. I to na nie właśnie czekam najchętniej w wieczór wigilijny.

Jedzenie maku w Wigilię ma nam zapewnić urodzaj, dostatek, płodność... Mam też taką teorię, że mak ma związek z jedną z wigilijnych tradycji. Nie wydaje Wam się, że nadmierne spożycie maku mogło wywołać wrażenie, że domowa zwierzyna mówi ludzkim głosem? W jednej z książek kulinarnych znalazłam przepis na kompot z maku...

W związku z tym, że lubię makowe potrawy chyba najbardziej z całej rodziny, przejęłam ich przygotowywanie. Od lat są to przede wszystkim makiełki i kutia. Kutia - wiadomo. Makiełki natomiast funkcjonują w różnych regionach w różnej postaci. Wiele lat temu miałam koleżankę, której rodzice przyjechali ze Śląska. Ich makiełki to warstwowa układanka masy makowej i bułki moczonej w mleku, z niewielkim dodatkiem bakalii i miodu, w smaku raczej wytrawne. Moja Teściowa przygotowuje makiełki z grzanek i maku. A ja wzorem mojej Babci używam kruchych ciasteczek.

Podam orientacyjny przepis. Z ilością jest tak, że co roku mak mi pęcznieje. Zupełnie jak pierniczki, ciągle mi się wydaje, że będzie tych makowych pyszności za mało. Proponuję Wam zatem zacząć od szklanki. Przepis podaję z obawą, czy Wam się aby spodoba? Kiedyś na jakimś forum kulinarnym odsądzono mnie od czci i wiary, bo do kutii dodaję śmietany. A tak robiła moja Babcia, tak każe Kuchnia Polska, której stary i zniszczony egzemplarz leży na półce u Mamy.

Najpierw musimy przygotować mak. Kiedy robiłam to po raz pierwszy, przewertowałam różne przepisy i książki, każda podawała inaczej. Ostatecznie stanęło na tym, by mak w pierwszej kolejności przepłukać. Czynność - nie bójmy się użyć tego słowa - niezwykle upierdliwa. W ogóle babranie się z makiem wystawia na próbę ludzką cierpliwość. Jakby człowiek nie uważał, to i tak mak jest wszędzie. Polecam zatem robienie tego w brudnej kuchni, raczej w kapciach i po każdym wyjściu z kuchni oglądanie podeszew, czy maku na nich nie mamy, by go nie roznieść po całym domu.Warto na podłodze rozłożyć np. stare prześcieradło.

No dobrze, mak przepłukany. Następnie zalewam go wodą i ustawiam pod przykryciem na średnim ogniu. Po zagotowaniu zmniejszam gaz i trzymam tak, aż mak da się rozcierać w palcach. Prawdę powiedziawszy, raczej nigdy nie dotarłam do tego etapu. Po jakimś czasie, powiedzmy, że minimum godzinie, mak zestawiam z ognia. Kiedy ostygnie, odlewam wodę z użyciem gęstego sita i bawełnianej ściereczki. Teraz czas na trzykrotne mielenie maku. Na szczęście dysponuję bardzo dobrą maszynką do tego celu: MM-78. Na pewno też taką macie, tylko model inny...

Po przemieleniu mak dzielę na pół. Jedna część dołączy do pszenicy. Druga do kruchych ciasteczek.

Pszenicę na kutię dzień przed jej przygotowaniem płuczę i zalewam zimną wodą. Rano zmieniam wodę, delikatnie solę, dodaję nieco oliwy i gotuję do miękkości. Następnie odcedzam i przelewam zimną wodą, mając nadzieję, że się to wszystko nie sklei. Mak na kutię łączę z ziarenkami z laski wanilii, miodem, rodzynkami, suszoną żurawiną, mielonymi migdałami i orzechami. Kiedy mi już smakuje, łączę z pszenicą. Śmietany dodaję około godziny przed podaniem. Śmietana szybko kwaśnieje, a nie chcę, by cały zapas kutii się zepsuł. Doprawiam ją zatem porcjami.

Kutia zatem w moim wykonaniu chyba nie jest klasyczna, bo nie jest aż tak bardzo słodka. Słodsze są makiełki, nie chcę, by obie potrawy takie były, bo nie wszyscy za tym przepadają. Makiełki są zatem bogatsze.

Do maku na makiełki dodaję mnóstwo bakalii: posiekanych orzechów różnego rodzaju, migdałów, rodzynek, daktyli, fig, moreli i śliwek. Doprawiam migdałowym olejkiem. Zwróciliście uwagę na to, że nie słodzę tej masy? Bardzo dobrze, słodycz dodamy za chwilę: zagotowujemy mleko i dodajemy do niego kilka łyżek miodu. W szklanej misce układamy na zmianę: warstwę ciasteczek kruchych i warstwę maku. Ciasteczka nasączamy mlekiem. Warstwą makową dobrze dociskamy i wyrównujemy. Na samej górze układamy najbardziej reprezentatywne ciasteczka. I od góry równomiernie zalewamy to wszystko mlekiem, które wchłaniają ciasteczka i mak. Po schłodzeniu jest to po prostu przepyszne...

Co roku jeden ze składników mi zostaje. Podobnie jak Kanadyjce. Na pewno zawsze mam za dużo ugotowanej pszenicy, bo się nie zastanawiam i gotuję całą paczkę. Ale robię to celowo. W te dni przed Wigilią, kiedy jest dużo próbowania, nie mam żadnego obiadu, a podjadam sobie właśnie tę pszenicę to z miodem, to z resztką bakalii, czasem dodam jogurtu, a czasem mleka... Jeśli natomiast zostanie mi maku, łączę go z ugotowanymi kluseczkami na łazanki, które dostaję od Mamy. A wiecie, skąd się biorą te kluseczki? Jak Mama robi pierogi, to najczęściej zostaje jej trochę ciasta, więc je rozwałkowuje, kroi na romby i suszy, by potem dorzucić do kapusty.

Przepisy dzisiaj bardzo orientacyjne... No to przynajmniej niech przepis na kruche ciasteczka będzie dokładny. Receptura ta pochodzi z książki Ciasta słodkie i wytrawne, w której w ogóle jest dużo fajnych przepisów oraz praktycznych porad. Podaję Wam oryginalną proporcję. Ciastek wychodzi dużo, tylko część zużywam, a reszta znika w żołądkach rodziny. Ciasteczka są naprawdę bardzo smaczne.ciasta słodkie i wytrawne

Potrzebujemy:

70 dag mąki krupczatki
37 dag masła lub margaryny (1 1/2 paczki)
20 dag cukru pudru
5 żółtek
skórkę otartą z jednej cytryny lub 1/2 łyżeczki olejku cytrynowego (ja daję skórkę)
ewentualnie 3 białka do smarowania ciastek i gruby cukier do posypania

Mąkę przesiewamy i siekamy z masłem lub margaryną. Ja wybieram zawsze masła, bo lubię jego zapach i smak... Dodajemy przesiany cukier puder, skórkę z cytryny lub olejek, żółtka. Jeśli decydujemy się na olejek, mieszamy go razem z żółtkami (dlaczego? Czy ktoś wie?) Zagniatamy ciasto. Studzimy w chłodnym miejscu (ja wrzucam do lodówki) przez około godzinę. Następnie należy ciasto rozwałkować na grubość około pół centymetra i wykrawać foremką ciastka. Układamy je na blasze, smarujemy białkami i posypujemy cukrem. Akurat z tego smarowania ja rezygnuję, bo do makiełek dodajemy ciasteczka bez niczego. Zresztą to ciasto jest tak smaczne, że żadna posypka nie jest potrzebna.

Zwróćcie uwagę na to, że książka pochodzi z czasów, gdy kostka masła i margaryny ważyły tyle samo, czyli 250 gram. Teraz oczywiście trzeba z gramaturą uważać, większość kostek masła ma 200 gram, choć jedna z firm robi kostki ważące 170 gram...

W tym roku odważyłam się na eksperyment i użyję do makiełek maku mielonego. Gotową masą makową z puszki gardzę, ale maku mielonego używa nawet moja Teściowa. Muszę się tylko z nią skonsultować, jak to zrobić...

00:02, zona.oburzona
Link Komentarze (7) »
czwartek, 13 grudnia 2012

 Wpis Heimchen

Relacja między twórcą a jego dziełem czasami jest złożona, przede wszystkim jeśli chodzi o pierniki. Świetnie ilustruje to piosenka śpiewana przez mieszkanców Ulicy Sezamkowej:

First me want to hug you like a best friend should
Then me want to eat you 'cause you taste so good
First me want to play with you my whole life through
But me want to put you in me tummy, too

Zjeść czy kochać? A może jedno i drugie? Mile pamiętam jak moja Świętej Pamięci babcia opowiadała bajkę  o "grubym, tłustym pączku". Ożywiony pączek ucieka pewnej rodzinie ze stołu, by zwiedzać świat. My dzieci z niecierpliwością czekałyśmy na powtarzający się kilkakrotnie w bajce moment, gdy babcia dawała ludziom i zwierzętom, których pączek spotykał w drodze, swój głos i wykrzykiwała z odpowiedna miną w języku dolnoniemieckim (Platt):

"Dicke fette Pannekauken, blief stahn, eck will di fräten!" ("zatrzymaj się, pączku, chcę cię zjeść!")

Podobne bajki o uciekającym od piekarza pieczywie zna prawie cały świat, niemiecki Pfannkuchen, rosyjski Kołobok, anglosaski Gingerbread Man...

You’ll never catch me, not any of you
Run, run, run as fast as you can,
You’ll never catch me, I’m the gingerbread man
I ran from the baker and his wife too...

Czy międzynarodowi czytelnicy tego blogu znają może więcej przykładów? I czy poznajecie więcej żywych istot w formach do pieczenia poniżej? (dla powiększenia kliknąć na zdjęcie)

Z drugą babcią, która miała z dziadkiem piekarnię na wsi, znalazłyśmy na strychu takie "formy do ożywienia pieczywa" z początku 18-ego wieku.



Babcia powiedziała, że to są formy na "Springerle" (małe skoczki), piecze się je głównie w Wirtembergii, gdzie panuje podobny zwyczaj nadużywania zdrobnień jak w Polsce. Babcia - zawsze otwarta na eksperymenty i egzotyczne wpływy - znalazła lub raczej wymyśliła przepis. Niestety średnio nam wyszły te enerdowskie Springerle, ale to dlatego że musiałyśmy użyć paru zastępczych składników, jako że gospodarka planowa nie przewidziała potrzeb ludu pracującego takich jak  egzotyka. 

Wczoraj spotkałam sąsiadkę pochodzenia szwabskiego na klatce schodowej. Pokazałam jej formę i ona na to - "Oh, to u nas teraz wszyscy robią na Święta! Zaraz zadwonię do siostry i spytam o przepis". Ja tutaj nie publikuję przepisów, których sama jeszcze skutecznie nie wypróbowałam, więc Polonio na dalekim Zachodzie zgłoś się!

Oto już północny przepis @kattinki33 z Dalekiego Zachodu:


 
Szwedzkie Pepperkakor 

 

285 g ciemnego syropu cukrowego (karmel, treacle, dark syrup)

285 g cukru

285 masła

2 jaja

2 płaskie łyżki cynamonu

2 płaskie łyżeczki od herbaty sody oczyszczonej

830 g mąki pszennej

 

W dużym rondlu podgrzewamy syrop z cukrem, aż cukier się rozpuści. 

Zestawiamy z ognia i dodajemy zimne masło, mieszamy do rozpuszczenia. 

Dodajemy jajka, przyprawy i mąkę, a na koniec sodę, rozpuszczoną w 3 łyżeczkach letniej wody. 

Przekładamy ciasto z rondla na stolnicę i zarabiamy. Powinno być miękkie i gładkie, ale “zwarte”. 

Odstawiamy do lodówki do następnego dnia.

Wyjmujemy z lodówki po kawałku, to znaczy tylko część do pracy, reszta wędruje z powrotem do lodówki.

Wałkujemy cieniutko (!), wycinamy foremką dowolne świąteczne kształty i układamy na blaszce.

Wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy, ale uwaga - pierniczki są cieniutkie, pieką się szybko, 

a potem równie szybko stygną i stają się kruche i łamliwe. Konieczne ćwiczenia wstępne 

(ale myślę, że nikt nie będzie miał żalu o te połamane, co trzeba od razu zjeść!). 

Przechowujemy w puszkach po ciasteczkach i innych pierniczkach, przez wiele tygodni zachowują świeżość. 

 


Tagi: ciastka
07:04, heimchen
Link Komentarze (6) »
środa, 12 grudnia 2012

Wpis powsinogi

Moje przygotowania do Świąt?

Żeby napisać prawdę, muszę odsłonić przed Qrnikiem pewną swoją cechę, która bardzo tu nie pasuje. Ja mianowicie nie mam ani talentu, ani zamiłowania do gotowania.

Od czasu, kiedy zostałam sama w domu, "zamknęłam" kuchnię i używam jej na co dzień głównie do przygotowywania prostych śniadań i kolacji, a na obiady robię czegoś dużo i mrożę, żeby jak najrzadziej używać garów i patelni.
Mam natomiast absolutny skarb w postaci najfajniejszej synowej na świecie, z którą czuję się trochę jak z córką, trochę jak z koleżanką. Oprócz wszystkich swoich zalet ma ona jedną zupełnie wspaniałą – kocha gotować i gotuje znakomicie.
Od czasu, kiedy ją mam, to znaczy od czternastu lat, święta są w jej rękach, ja natomiast wykonuję wszelkie zlecone mi przez nią prace manualne, nie wymagające ani planowania, ani wyobraźni i – co najważniejsze – nie obarczające mnie poczuciem odpowiedzialności za rezultaty.
Proste i zrozumiałe polecenia wykonuję chętnie, szybko i dokładnie.

Moje przygotowania do Bożego Narodzenia obejmują robienie porządków, kupowanie prezentów i ubieranie mojej sztucznej choinki. Dzieci (to znaczy cała ich czwórka: duże dzieci to syn i synowa, małe dzieci – oczywiście wnuczęta) ubierają swoją, zawsze żywą i pięknie pachnącą, u siebie.
W tym roku Wigilia będzie u mnie, bo u nich nie zakończy się do świąt kapitalny remont kuchni, taki od sufitu do podłogi.
Tak więc wyznałam swoją psychiczną ułomność i nie wiem, czy nie odwrócicie się ode mnie z niesmakiem. 

Zanim się dowiem, prezentuję niniejszym zapowiedzianą już wcześniej, a sporządzoną dzięki Kanadyjce gwiazdę, z której bardzo się cieszę...

Gwiazda

Zrobiłam już następne dwie..

Gwiazda 4 cieta

Jedną zawiozłam wczoraj do zaprzyjaźnionej kawiarenki artystycznej, a drugą – przed chwilą skończoną – jutro zabiorę do pracy.
Mam kilka pomysłów na gwiezdne wariacje; nie tylko na urozmaicone papiery, ale też na użycie tnących w ząbki krawieckich nożyczek i na większą liczbę cięć, co dałoby bardziej filigranową konstrukcję gwiazdki.
Muszę też kupić mniejszy, bardziej poręczny zszywacz. Mój ma solidną, szeroką podstawę, która utrudnia wsuwanie go między delikatne papierowe paski i grozi ich pognieceniem.

Drogie Qry - wiadomość z ostatniej chwili..
Czuję się, jakbym wpadała w gwiazdoholizm. Właśnie zrobiłam gwiazdę numer cztery, tym razem cięłam każde ramię cztery razy zamiast trzech. To nie znaczy, że piątą będę cięła pięć razy. Po prostu tak się złożyło.

To tyle na dziś,
Wasza powsinoga.

wtorek, 11 grudnia 2012

    Wpis Kanadyjki

Czytając niedawny wpis Ciotuchny o jeździe Wartburgiem do Włoch, przypomniało mi się, jak to my jechaliśmy do Włoch.

W 1981 roku znaleźliśmy się w Austrii gdzie przez rok czekaliśmy na wyjazd do Kanady. Po ogłoszeniu w Polsce stanu wojennego, władze austriackie postanowiły przyznać wszystkim Polakom znajdującym się w tym czasie w Austrii status uchodźcy. My otrzymaliśmy ten status w styczniu 1982 i od razu mój mąż wymyślił, że jako uchodźcy mamy prawo do tzw. Nansenowskich paszportów i że na te paszporty pojedziemy odwiedzić moją siostrę we Włoszech. Załatwienie tych paszportów zabrało nam trochę czasu, ale 19 marca wsiedliśmy do lokalnej ciuchci, która zawiozła nas do Wiednia. Tam pod wieczór wsiedliśmy do pociągu jadącego do Florencji. My i nasze dwie córki (2.5 i 5.5 roku). W Wiedniu nie zdążyliśmy kupić nic do picia, ale mieliśmy nadzieję, że uda nam się kupić coś w pociągu. Niestety, nadzieje okazały się złudne. Kilka pomarańczy musiały nam wystarczyć na całą podroż.

foto: Andrzej

Dziewczyny szybko zasnęły, my tez drzemaliśmy. W pewnym momencie pociąg stanął i zorientowaliśmy się, że jesteśmy na granicy włoskiej. Za oknami czarna noc, mała zapyziała stacyjka (Tarvisio), wszystko zasypane śniegiem. Po chwili do przedziału wszedł celnik i zaczął sprawdzać paszporty. Wziął do ręki nasze, bardzo długo je studiował a następnie oświadczył, że ponieważ nie mamy włoskich wiz, musimy wysiąść! Zamarłam. Co my teraz zrobimy na tym odludziu z dwójka małych zaspanych dzieci? Moj mąż, jak lew rzucił się do ratowania rodziny. We dwóch dostępnych mu językach (angielskim i niemieckim – włoskiego niestety nie znał) zaczął tłumaczyć, że to są międzynarodowe paszporty i że w nich wiza nie jest potrzebna. Ale pan celnik nigdy chyba takich paszportów nie widział i bał się podjąć decyzję. Po chwili wysiadł z pociągu i poszedł gdzieś dzwonić, żeby się dowiedzieć co z tym fantem robić. Ja zaczęłam pakować ciuchy i ubierać dziewczyny. Chyba się jednak nigdzie nie dodzwonił, bo za chwilę wrócił i powiedział, że możemy wjechać, ale tylko na jeden dzień. Przytaknęliśmy, że oczywiście tak, zaraz po przyjeździe do Florencji wsiądziemy do pociągu do Wiednia. Uff, udało się.

We Florencji mąż mojej siostry serdecznie się uśmiał, następnego dnia zarejestrował nas na policji i było po krzyku. Po półrocznym gnieżdżeniu się w jednym pokoju, jedzeni marnego żarcia i okropnej nudzie, miesiąc spędzony we Florencji wrócił nam siły i humory I pozwolił na przetrwanie drugiej części tej tułaczki.

03:41, kanadyjka82
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 10 grudnia 2012

Wpis pharlapa

Okres adwentu w Australii jest bardzo dziwny. Zbieg czterech niezbyt do siebie pasujących okoliczności.
Po pierwsze lato - o tym wspominałem już we wpise z 2 grudnia - od 1 grudnia mamy oficjalnie lato. Po drugie - adwent - kalendarz liturgiczny pozostaje niewzruszony. Po trzecie - skoro lato, to koniec roku szkolnego. Oznacza to występy, koncerty, prezentacje organizowane przez wszelkie grupy zainteresowań. Nasz Feliks miał już takich występów pięć. Po czwarte - skoro lato i koniec roku szkolnego, to również wakacje i urlopy. W rezultacie całe życie rozrywkowo-towarzyskie, które w Europie przypada na okres karnawału, tutaj musi być zaliczone w ciągu 4 tygodni przed świętami.
Paranoja. Dlatego z sympatią odnoszę się do słów św Augustyna, który był zdania, że antypody nie istnieją.. (stosowny cytat TUTAJ ).

Jak to wygląda w praktyce...

Mikołaj


Na pobliskiej ulicy umieszczono już na dachu św Mikołaja. Większość domów dookoła już udekorowana świątecznie. W nocy wiele dekoracji błyska się i świeci.

Życie towarzyskie kwitnie w każdym wymiarze. Większość instytucji organizuje lunch lub większą imprezę dla swoich pracowników. Podobnie organizacje społeczne. W parkach wszystkie bbq zajęte przez rozne nieformalne grupki - wczoraj spotkałem się z polonijna grupą cyklistów. Często sąsiedzi z ulicy urządzają spotkanie w czyimś ogrodzie albo nawet na środku ulicy. Wtedy muszą wziąć w tym udział wszyscy mieszkańcy.

W zeszłym tygodniu udałem się do centrum miasta sprawdzić jak to tam wygląda. Ratusz jak prezent pod choinkę, obok skrzynka na listy do św Mikołaja..

RatuszSkrzynka

Tradycyjnie dużą atrakcja dla dzieci jest okno wystawowe w sklepie Myer. Zbiera się tam spora kolejka a w oknie prezentowane są sceny z jakiejś swiatecznej opowieści. W tym roku jest to Russel's Christmas Magic..

KolejkaWystawa

TUTAJ można to obejrzeć od kuchni i bez kolejki. Do sklepu nie wszedłem.

Szaleństwo zakupów.. przypomina mi się ewangeliczna scena gdy Chrystus wyrzucił przekupniów ze świątyni. To nie było roztropne posunięcie. Przekupnie wyszli a tłum podążył za nimi. Mało tego - przekupnie odpłacili się Jezusowi pięknym za nadobne. Największe szaleństwo zakupów odbywa się pod etykietą Świąt Bożego Narodzenia. Dlatego lubię słowo Xmas - taka poprawna politycznie nowomowa - świętujmy urodziny X-a - każdy może sobie pod X podstawic to co chce.

Adwentowa strona adwentu ma dla mnie dwa oblicza...

Chory

Pierwsze - muzyczne. Okazja wysłuchania koncertów zarówno kolęd jak i muzyki renesansowej i barokowej. Na razie byliśmy na koncercie adwentowym w uniwersyteckiej Newman Chapel. Rozpoczęli Motetem Bacha - Komm, Jezu, komm. To była trochę za wysoka poprzeczka. Na szczęście przesunęli ją nieco niżej - Zelenka, Buxtehude, Praetorius i wprowadzenie do Adwentu było bardzo miłe. Dostałem przedświąteczny rozkład koncertów z Early Music Society - ponad 20 pozycji. Żeby tylko znaleźć wolny czas. Pod anglikańską katedrą św Pawła widać nawet pewną rywalizację między adwentem a Świętami..

Druga strona to liczne akcje charytatywne. Osobiście jestem zaangażowany w działalność Towarzystwa św Wincentego. Zbieramy zarówno pieniądze w ramach Christmas Appeal jak i paczki żywnościowe, ktore zostaną dostaczone naszym klientom przed Świętami. Już drugi rok wygląda to w ten sposób, że zamiast dawać coś na tacę parafianie wyciagają z koszyka karteczki, na których podany jest artykuł spożywczy, który powinni kupić i wrzucić do kosza. Koszyk z karteczkami pustoszeje...

Taca

A ten z żywnością się wypełnia. Mam nadzieję napisać jeszcze coś na ten temat przed Świętami.

Dowcip zagadka. Producenci coca-coli zwrócili sie do papieża Piusa XXII z propozycją, aby wstawić wzmiankę o tym napoju do jednej z podstawowych chrześcijańskich modlitw. Papież odrzucił propozycję z oburzeniem na co przedstawiciel firmy odpowiedział. Wasza Świątobliwość doskonale potrafi się targować. Żeby zaoszczędzić czasu podam naszą ostateczną ofertę -  zapłacimy dwa razy więcej niż dał wam włoski producent samochodów.
O co tu chodzi? Jaki producent? Jaka modlitwa? Jaką reklamę tam wstawiono? 
Odpowiedziała Anonima z Berlina - Ojcze Nasz - słowa - FIAT voluntas Tua - bądź wola Twoja. Coca Cola chciala aby po słowach: Chleba naszego powszedniego.. dodać: ...i coca coli daj nam dzisiaj.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22