Nie jesteśmy nowi na świecie, przed nami była
KURA

O nas i o blogu

Napisz do nas:
qra-poczta@gazeta.pl

Współpracuj z nami

Nagrody
Fundatorzy
Lektury
Filmy


RSS
piątek, 28 grudnia 2012

    Wpis Ciotuchny

W naszym domu, od kiedy córki, zięciowie i wnuczki wszyscy mieszkają za granicą, Wigilia, prezenty i choinka są skrócone do minimum. Albo jemy Wigilię we dwoje i wtedy poza opłatkiem jest to zwykła postna kolacja. Albo jesteśmy zaproszeni do kogoś na Wigilię. Czasami zdarzało się, że jechaliśmy na Boże Narodzenie do Włoch, do włoszczyźnianej rodziny. Albo ktoś z najbliższej rodziny przyjeżdżał do nas, tak jak w tym roku. Raz, po 18 latach od wspólnej Wigilii w Polsce, zasiedliśmy razem z kanadyjką i jej rodziną do Wigilii w Ottawie.

Mamy, a raczej mieliśmy, spore grono przyjaciół i znajomych. Teraz to grono się wykrusza, ale opiszę jak to bywało ongiś. Święta to święta, a dla nas one się przedłużały do Nowego Roku. Mój mąż ma na imię Mieczysław, a wiecie kiedy są imieniny Mieczysława? W Nowy Rok. Od dziesiątków lat przyzwyczailiśmy naszych przyjaciół, że imieniny wyprawiamy w Sylwestra. I wtedy, kiedy cały świat leci do fryzjera, robi manicure, popędza krawcowe, żeby suknia była gotowa….ja staję do garów. Na kilka tygodni przed Sylwestrem obmyślam menu takie, żeby zadziwiło gości. Program mamy zawsze taki, że goście w szatach wieczorowych zjawiają się około godziny 21. Siadamy w gabinecie męża, popijamy jakiś aperitif, pojadamy coś chrupkiego, gadamy i czekamy aż wszyscy zjadą się z całej Warszawy.

 

Koło godziny 22, zapraszam to stołowego pokoju na przystawki. Podaję wtedy różne mieszane sałaty z przyprawami i serami, sery ozdobione różnościami, awokado przekrojone na pół i wypełnione krewetkami z majonezem, mule na zimno doprawione ostrym sosem, różne wędzone ryby z łososiem na czele, no i nasze kochane śledzie.

 

Pałaszujemy to z pieczywem ponad godzinę. Jeśli zostaje nam trochę czasu do 12, to siadamy i śpiewamy kolędy, przy akompaniamencie męża grającego na elektronicznej fisharmonii. O 24 rozlewamy do kieliszków szampana, składamy sobie życzenia, solenizantowi wręczamy prezenty i wracamy do kolęd. Powinna napisać „wracają do kolęd”, bo ja lecę do kuchni, ładuję zmywarkę i szykuję gorące danie. Dawniej, kiedy mąż pracował, miał kolegów zapalonych myśliwych i zawsze na Sylwestra miałam kawał dzika do upieczenia. Dawałam do tego własne (z działki) buraczki i jeszcze jakąś jarzynkę i trochę upieczonych kartofli. O 2-2:30 byłam gotowa. I znów siadano do stołu.

Przez cały czas na małym stoliku stała waza z kompotem i miseczki do kompotu, albo rzadka sałatka z surowych owoców. Do przystawek piliśmy w umiarkowanych ilościach wódkę, do pieczystego czerwone wino. Po drugim daniu stawiałam na stole patery z ciastami, termosy z kawą i herbatą, stos odpowiednich naczyń i radźcie sobie sami! Ja już miałam dość. Jeszcze trochę śpiewaliśmy, bo kolędy u nas były śpiewane do końca. Nie tak, jedna, dwie zwrotki i nie pamiętam! Mamy przygotowane i ładnie spięte książeczki z kolędami. Goście najczęściej rozchodzili się koło 4-5 rano, a my zostawialiśmy cały bałagan i padaliśmy spać.

Przed kilku laty, kiedy grono przyjaciół z różnych powodów się zmniejszyło z 12-15 osób do 6-8, skończyłam z Sylwestrami. W Nowy Rok zapraszałam gości na obiad. To znacznie prostsze i szybsze w obsłudze, bo na starość nie tak męczy przygotowanie jedzenia jak obsługa gości. Podawanie, zbieranie talerzy itd. Na jeden taki obiad postanowiłam zrobić znaleziony chyba we francuskiej książce kucharskie u Kattinki przepis na potrawę zwaną Turdacken:

Bierze się kurę, kaczkę i indyczkę. Wyjmuje się z nich kości. To się łatwo pisze, ale zrobić to, to jest mordownia, bo powinno się mięsa tego drobiu nie przekrawać do wyjmowania tych kości. Ja przecięłam każdą sztukę na grzbiecie, tak było łatwiej, ale nie łatwo. Po dokonaniu tego, każdą sztukę lekko się soli, pieprzy i dodaje inne zioła według gustu. Do kury robi się farsz z mielonego mięsa jak na kotlety mielone. Wkłada to się w kurę, kurę wkłada się w kaczkę (nogi w nogi, skrzydła w skrzydła), a na koniec wkłada się wszystko w indyczkę. Co trzeba zaszyć, to się zaszywa, smaruje się skórę masłem roztopionym z sokiem z pomarańczy, podlewa się lekko i wkłada do pieca rozgrzanego do 180-200C. Przed włożeniem do brytfanny dobrze jest to wszystko zważyć, żeby wiedzieć ile czasu piec – a zasada jest taka, na 1 kg drobiu 1 godzina pieczenia. Podczas pieczenia smarować pozostałym sosem z masła i soku pomarańczowego. Po pieczeniu ostudzić, wyjąć na deskę i przycisnąć drugą deską obciążoną. Kiedy będzie zimne, kroić w grube plastry. Można podawać na zimno lub zagrzane w sosie. Dobrze jest zrobić tę potrawę dzień wcześniej Roboty dużo (ok. 3 dni), plecy bolą, ale efekt niezapomniany!!!

P.S. W kilka miesięcy po tym kulinarnym wyczynie dowiedziałam się, że na najbliższym targu w budce z drobiem można zamówić ten drób już bez kości.

Tagi: drób
23:59, kanadyjka82
Link Komentarze (10) »

   Wpis Kattinki

Nie wiem, ile ma lat. Papier pożółkł, atrament wypłowiał i nabrał odcienia starej sepii, choć przecież w chwili, gdy czyjaś ręka (naszej prababki, a może babki, której z kobiet, które przez małżeństwo weszły kiedyś do naszej rodziny?) – więc gdy jej ręka sięgnęła po pióro ze stalówką, by zanurzyć ją w kałamarzu, wtedy atrament na pewno był czarny. Pismo jest pochyłe, kaligraficzne, zwłaszcza wielkie litery są eleganckie, z zawijasami. Książka kucharska, ręcznie pisana – gramatyka na pewno sprzed kilku reform pisowni, o czym zaraz się przekonamy. Przepisy? Niezwykłe, jak z bajki „Stoliczku, nakryj się”, kiedy to żywność brała jeszcze swój początek ze świeżego produktu z pola i ogrodu, z sadu i warzywnika, z cieplarni. Z herbarium. Z lasu. Z morza i ze stawu. Z… obory i chlewa.

 Foto: Kattinka

Pismo trudno dziś odczytać, ale dla mnie święta tak naprawdę zaczynają się nie wtedy, gdy na niebie pojawi się pierwsza gwiazda, tylko gdy z kubkiem gorącej herbaty siadam i – obłożona moimi książkami kucharskimi – zaczynam planować wieczerzę wigilijną, rodzinne śniadania i obiady w I i II święto, a potem Sylwestrowe przysmaki dla podkreślenia nastroju zabawy. Co prawda, już wiem, że pewnie za chwilę i tak okaże się, że moje wigilijne menu jak zwykle zacznie się od barszczu, a zakończy kutią i piernikami, a w Sylwestra dostanę od Rodziny pouczenie, że Nowy Rok nie liczy się bez domowych trufli i brzoskwiń w sosie miodowym, ale… To czytanie nastraja mnie na odpowiednie nuty, na które składają się tradycje rodzinne, ten świąteczny czas i wspomnienia.

Foto Kattinka

Tak było i tym razem. Książki kucharskie i parująca herbata. I mróz na świecie, i skrzypiący śnieg pod nogami, i kwiaty mrozu na szybach.  I nagle ten piękny przepis na… śledzie, na który do tej pory jakoś nie zwróciłam uwagi. Zresztą, co ja tu będę opowiadać, oto – śledzie! A zamiast zwyczajnej nazwy „Majonez ze śledzia”, pod jaką przechował się przez tyle pokoleń (ile?) nadajmy im nazwę bardziej odpowiednią do tych pożółkłych kart i tego wypłowiałego atramentu. Przepis jest skromny, a jednak jakoś „ozdobny” i świąteczny. 

Śledzie w sepii

„Wymoczonego przez 24 godzin śledzia obrać ze skóry i ości. Pokrajać w płaskie, nieduże kawałki, trzymać w chłodnem miejscu. Ugotować 5 średniej wielkości ziemniaków w łupkach, obrać i pokrajać w cienkie plasterki. Utrzyć jedno surowe żółtko z dwiema łyżkami oliwy, odrobiną musztardy i soli troszka do smaku, jeżeli jest żelatyna, można jeden listek połamać, rozpuścić w kieliszku ciepłej wody, doliwać po trochu do majonezu w zimnem miejscu, mieszając ciągle. Wziąć mały talerzyk, ułożyć śledzia na okrągło jedną warstwę, przykryć warstwą kartofli, posypać pieprzem i kaparami, dalej znowu śledzie i kartofle, aż utworzy się z tego babka mała, którą polać z wierzchu majonezem, posmarować boki babki, aby wszystko z wierzchu było nim pokryte. Ubrać grzybkami i korniszonkami lub auszpikiem czyli galaretką z nóżek cielęcych. Do dwóch śledzi należy podwoić wszystkiego, a jeden śledź na trzy osoby liczyć.”

Smacznego – na równi w Starym i Nowym Roku!

Tagi: ryby
00:14, kanadyjka82
Link Komentarze (12) »
czwartek, 27 grudnia 2012

 

 

 Wpis Żony Oburzonej

 

leniwiec z wrocławskiego ZOO

To jedno z tych zwierząt, które mnie zadziwia. Polska nazwa idealnie oddaje jego charakter i tryb funkcjonowania. Leniwce niespiesznie sobie żyją na drzewach, konsumują roślinki i zwisają głową w dół. Potrafią spać nawet 20 godzin na dobę. W ciągu dnia uwielbiają wygrzewać się na słoneczku. Za potrzebą taki leniwiec udaje się mniej więcej raz na tydzień. Również powoli leniwce się rozmnażają, więc prawdopodobnie nie najlepiej się to skończy dla tego gatunku. Wolne rozmnażanie oznacza wolne przystosowywanie się do nowych warunków, a to oznacza, że leniwce są zagrożone wyginięciem.

Leniwiec nie bardzo przejmuje się też czyszczeniem, staje się wręcz zielony z brudu. Ale tak naprawdę ta zieleń to glony, które spokojnie żyją sobie na jego futerku, przy okazji dostarczając gospodarzowi różnych odżywczych składników. Leniwemu trybowi życia sprzyja też specyficzny system odporności. Ewentualne rany bardzo szybko i dobrze się goją, dzięki czemu leniwiec nie musi jakoś specjalnie na siebie uważać.

To co, może jakiś limeryk o leniwcu?

 

Tagi: fauna
07:57, zona.oburzona
Link Komentarze (3) »
środa, 26 grudnia 2012

Czy zauważyliście, że zawsze 1 listopada na jednym z kanałów Telewizji Polskiej jest emitowany Znachor na podstawie powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza? Film ten od lat jest dla mnie nieodłącznym elementem tego dnia. Zazwyczaj spotykamy się przy grobach bliskich na małym parafialnym cmentarzu z rodziną mojego Męża, potem udajemy się do teściów na herbatkę. W tle historia Rafała Wilczura vel Antoniego Kosiby i jego pięknej córki, granej przez młodziutką Annę Dymną. 13 grudnia z kolei można obejrzeć Ostatni prom. Jedna z prywatnych stacji zapewnia Polakom z kolei co roku w Święta rozrywkę poprzez emisję lekkiej komedii Kevin sam w domu. Któregoś roku internauci podnieśli bunt (skuteczny zresztą), gdy okazało się, że filmu ma nie być...

Nie wiem, co było pierwsze: ludzka potrzeba czegoś stałego, powtarzającego się, czy chęć przywiązania telewidza do siebie? Faktem jest, że przygody młodego spryciarza mają zawsze najwyższą oglądalność. A ja tego Znachora naprawdę lubię oglądać...

Telewizja nie zapewnia mi jednak wszystkich lubianych pozycji z wątkiem świątecznym. W związku z tym już na kilka dni przed Wigilią sukcesywnie oglądamy sobie z Mężem różne filmy, w których wątek Bożego Narodzenia jest mniej lub bardziej widoczny. Oczywiście w same Święta mnóstwo jest filmów, które w tytule mają przynajmniej jeden z kluczowych wyrazów: Święta, Św. Mikołaj, ewentualnie renifer. Ale one raczej nie znajdują naszego uznania.

Oczywiście numerem jeden jest przywoływana na Kurze tzw. komedia romantyczna To właśnie miłość. Chociaż ja akurat więcej się wzruszam, niż śmieję, podczas jej oglądania. W grudniu włączam też sobie Kiedy Harry poznał Sally. Co prawda Boże Narodzenie nie jest najważniejsze w tym filmie, ale jednak dwie sceny kupowania choinki mają duże znaczenie. A skoro zobaczyłam już Meg Ryan w roli Sally Albright, to muszę też obejrzeć ją jako Annie Reed w Bezsenności w Seattle. Z dzieciństwa pozostała mi jeszcze sympatia do serialu Rodzina Leśniewskich, którego jeden z odcinków dotyczy właśnie Świąt Bożego Narodzenia.

Oprócz filmów są przecież jeszcze książki. W tej kategorii prym wiedzie Noelka Małgorzaty Musierowicz. Gdzieś znalazłam porównanie, że ta książka to jak oglądania dużego domku dla lalek, gdzie w każdym pokoju coś się dzieje. Bardzo mi się to spostrzeżenie podoba. W tej książce mamy bardzo różne Wigilie. Takie, które mogą zdarzyć się każdemu. Radosne i smutne, bogate i biedne. W domach i poza domem. Spokojne i dramatyczne. Jest też niespodziewany gość, a nawet dwóch, można rzec, że w charakterze sprawdzianu, z jakiego powodu tak naprawdę stawiany jest dodatkowy talerz.

Kilka lat temu wpadła mi w ręce książka Johna Grishama Ominąć Święta. Bardzo cenię tego autora. Od czasu do czasu lubię przeczytać dobry kryminał, zwłaszcza jeśli część akcji rozgrywa się na sali sądowej. A że zawsze interesowały mnie też wątki związane z segregacją rasową w USA, Czas świąteczny kubeczekzabijania to jedna z moich ulubionych książek tego gatunku. A Ominąć Święta to już zupełnie co innego: lekka i zabawna opowieść o facecie, który zniechęcony świątecznym szaleństwem postanawia zabrać swoją żonę w tym czasie na urlop. Polecam Wam tę książkę, ale zabraniam oglądać jej ekranizację, czyli film Święta Last Minute! Niestety zrobiono z niej głupawą komedię, w której aktorzy śmieją się w egzaltowany sposób i przewracają się zupełnie tak samo jak bohaterowie kreskówek.

A Wy macie ulubione książki i filmy na Święta?

Niezależnie od tego, czy czytam książkę, czy oglądam film, pod ręką mam kawę lub herbatę w ulubionym świątecznym kubeczku. Na razie jest on ze mną krótko, bo tylko od roku. Wypatrzyłam go w sklepiku z porcelaną na Dworcu Centralnym w Warszawie. Nie wiem, czy zdjęcie oddaje jego urok, ale wierzcie mi, że jest śliczny. I jeśli tylko przetrwa, na pewno pozostanie ze mną przez lata, jako nowa tradycja. Nawiasem mówiąc, ten sklep zawsze bardzo lubiłam, przywiozłam sobie stamtąd jeszcze jeden cudny kubek (tak, mam zdecydowanie za dużo tego typu naczyń, Mąż zakazał rodzinie i znajomym dawania mi kolejnych kubków w prezencie), ale pokażę go kiedy indziej, aż się prosi jako ilustracja wpisu o secesji.

Nie wymieniłam pewnego filmu, którego dawno już nie oglądałam, ale w przyszłym roku na pewno zadbam o to, aby go mieć. Karierę zawdzięcza mu jedna ze świątecznych piosenek, która jest ponoć najlepiej sprzedającym się singlem wszechczasów. Na pewno wielu muzyków nagrywających okolicznościowe płyty sięga do tego utworu. Co to za film i utwór?

Odpowiedzi udzielili na spółkę Pharlap i Danstarossa. Chodziło o film Gospoda świąteczna, z której pochodzi piosenka White Christmas śpiewana przez Binga Crosby'ego.

00:04, zona.oburzona
Link Komentarze (11) »
wtorek, 25 grudnia 2012

     Wpis powsinogi

Mówi się i pisze czasem, że w Chicago mieszka największa liczba Polaków po Warszawie. Wymienia się czasem jakieś ogromne liczby. Wikipedia podaje ponad 1,3 miliona Polaków i osób polskiego pochodzenia. W rzeczywistości nikt tego nie wie, wszyscy wyceniają z grubsza i na oko. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest nas tu dużo.

Jednym z przejawów polskości w tym mieście są coraz częściej spotykane "polskie" tablice rejestracyjne na samochodach. Tak zwane vanity plates można sobie zafundować za specjalną opłatą.
O ile jeszcze do niedawna Polacy raczej ukrywali swoje pochodzenie, a i samochody mieli biedne – raczej kupowane z drugiej ręki przechodzone graty, to ostatnio dużą frajdę sprawia mi zbieranie fotografii polskich tablic na nowych, dobrych, często drogich autach. Niektóre są w tonacji poważnej, zwłaszcza męskie imona (TADEUSZ, STEFAN, JUREK itp.) lub nazwy miejscowości (np. OLESNO czy GORZOW)..

TadeuszStefan

OlesnoGorzow

ale większość jest zaprojektowana lekko i żartobliwie.
Niektóre darzę szczególną sympatią. Na przykład SKNERA 1. Wyobraziłam sobie scenę małżeńską. On odmawia rzucenia pieniędzy na znaczny, jego zdaniem zbyteczny wydatek. Ona, spieniona ze złości, krzyczy: "Ty sknero jeden!" On – właśnie myślący nad tabliczką do swojego nowego BMW – widzi błysk: "Sknera jeden"! Wspaniała historyjka do opowiadania, zwłaszcza jeżeli znajomi będą przy niej pytali o tę dziwną tabliczkę :)))

Nie wszystkie zdjęcia są najlepszej jakości, wiele z nich robiłam w trakcie jazdy, lewą ręką trzymając kierownicę, a prawą naciskając spust migawki, z nadzieją, że dobrze celuję. Tablicę SPADAJ 2 goniłam w fatalnych warunkach atmosferycznych i oświetleniowych, na drodze szybkiego ruchu. Wygląda bardzo kiepsko, ale jest na tyle czytelna, że ją pokazuję...

 SkneraSpadaj

Szczególny jest również IRECZEK. Złapany w obiektyw w odstępie roku, co widać po nalepkach z datą w prawym górnym rogu tablicy, wyraźnie rozwinął się biznesowo i znalazł nowe, dochodowe zastosowanie dla swego pojazdu...

 IreczekIreczek

Ale dość słów. Niech mówią tabliczki...

 AtomekGrubcio

KawusiaKreska

 AniaMisia

 UlkaZocha

01:04, pharlap
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 24 grudnia 2012

Wpis pharlapa

Od dwóch lat działam w organizacji charytatywnej St Vincent de Paul nazywanej tutaj Vinnies. O Vinnies dowiedziałem się w moim kościele parafialnym i pomyślałem, że to może być okazją do współpracy z sympatycznymi parafianami i szansa na kontakt z ludźmi "from all walks of life" czyli takimi, których los rzucił w przeróżne miejsca i sytuacje. Sprawdziło się.

Pierwszy wymiar mojej działalności to praca w sklepie, takim jaki bardzo dobrze scharakteryzował popularny w Melbourne satyryk - Danny Katz. Była to odpowiedź na pytanie korespondenta: Kupiłem w sklepie Vinnies dżinsy. Już w domu znalazłem w kieszeni spodni $10. Co powinienem zrobić? Odnieść pieniądze do sklepu?
Odpowiedź: najpierw wyjaśnijmy jak działają sklepy Vinnies? Oni sprzedają używaną odzież a uzyskane pieniądze dają biednym żeby mogli kupić sobie coś ładnego i modnego a niepotrzebną odzież oddać do Vinnies żeby mogli ją kupić ludzie tacy jak ty.
W żadnym wypadku nie oddawaj. Sklep Vinnies to instytucja typu opportunity shop czyli polowanie na okazję. W takim sklepie masz szansę kupić za dwa dolary suknię Marylin Monroe wartą milion dolarów, tą w której śpiewała Happy Birthday Mister President. Twoja okazja była warta tylko $10.

Zresztą św Wincenty to łagodny święty. Jeśli nawet się dowie o tych $10 to ukarze cię lekko - na spodniach, po praniu, pokaże się żółta plama koło rozporka. Po dwóch dniach chodzenia w kupionych tam butach dostaniesz lekkiej grzybicy stóp. Tak, to łagodny święty. Co innego Armia Zbawienia - z nimi nie ma żartów, to jest potężna i bezwzględna armia, która zetrze wrogów na proch.

Przychodzę do sklepu z samego rana. Naogół wita mnie widok jakichś toreb zostawionych pod drzwiami. Bardzo rzadko jest to wartościowa darowizna. Najczęściej nic niewarte przedmioty. Wyrzucanie śmieci stało się całkiem kosztowne więc ludzie imają się różnych sposobów. Teraz trzeba wytoczyć przed sklep pojemniki ze śmieciami uzbieranymi poprzedniego dnia...

 Pod drzwiamiSmieci

Następnie wystawiamy przed sklepem towary, które mają zachęcić przechodniów do wejścia do środka. W środku, przy wejściu, stół ze świątecznymi dekoracjami..

 WystawaSklep

Teraz biorę się za odkurzanie sklepu i magazynu, odbiór dotacji i ich selekcję. Dotacje to głównie ubrania. Sklep znajduje się w zamożnej dzielnicy Hawthorn i to widać. Ludzie przynoszą eleganckie garnitury, koszule, krawaty, markową damską odzież. Wszystko prawie nowe, często w ogóle nieużywane, prosto z pralni. Co z tym zrobić? O tym decyduję ja. 90% upycham do worków, które wysyłane są do centralnego magazynu i tam rozdawane potrzebujacym lub wysyłane do krajów trzeciego świata. Poniżej codzienna porcja do wysyłki...

 Worki

Zostawiam tylko to na co zgłosiły zapotrzebowanie panie dokonujace wyceny i rozwieszające odzież na stojakach. Szefowa testowala i mnie na pozycję wyceniającego, ale nie zdałem. Mnie po prostu przytłacza ta ilość towaru i wyceniałem wszystko za nisko - suknie czy bluzki Gucci czy Prada - po $3.
- Czy zdajesz sobie sprawę, że u nas kupują handlarze i sprzedadzą to w wielkim zyskiem? - pytała kierowniczka z wyrzutem w głosie.
To ich handlowe ryzyko, może sprzedadzą a może nie. A my dostaliśmy to za darmo, sklep jest przepełniony, a na dodatek tu nie przyjdą klienci zainteresowani taką odzieżą. Ten komentarz zachowałem jednak dla siebie.
Kto przychodzi do naszego sklepu? Z samego rana przychodzą wspomniani wyżej handlarze. Szybko sprawdzają półki i stojaki. Doskonale wiedzą czego chcą i gdzie tego szukać. Znamy się dobrze. Czasami znajduje się okazja do rozmowy. Czasem zdarza się trafić na bratnią duszę..
- Skąd jesteś? Założę się, że jesteś Słowianinem, widać to po tobie.
Zgodziłem się z dumą. - A ty?
- Macedonka - po chwili ciągnęła dalej - my Słowianie powinniśmy się trzymać razem przeciwko tej greckiej zarazie.
Tu wyjaśnię, że kamieniem niezgody jest nazwa państwa. Grecja wymogła używanie nazwy FYROM - Former Yugoslav Republic of Macedonia. Zgadzam się, że to przygnębiające. Pokiwałem potakująco głową.
- Grecy sfałszują wszystko, historię, religię - Macedonka uznała mnie za wartościowego słuchacza.
- Hmm.. biblia została wprawdzie przetłumaczona z greckiego, ale to przecież żydowska księga..
- Żydowska? Żydowska powiadasz. A weż takie nazwisko - Mojżesz. Przecież to po naszemu znaczy - możesz! Jak to jest po polsku?
- Możesz - potwierdziłem.
- A Rachela? (po angielsku wymawia się Rejczel) - rejcz - słyszysz - riecz - to przeciesz znaczy mowa. Po polsku też?
Pomyślałem chwilę - po rosyjsku mowa to riecz. A po polsku - rzec znaczy powiedzieć. Potwierdziłem - milcząco - biblia nie wspomina żadnej przemowy Racheli.
A Eliasz? (po angielsku wymawia sie Elajdża) - Laj (fonetyczna pisownia angielskiego słowa lie) - to znaczy kłamać, łgar - kłamca!
- Łgarz - powiedziałem bezwiednie - zaraz, czy ty twierdzisz, że to wszystko byli Słowianie?
- Ty sam to powiedziałeś - stwierdziła moja rozmówczyni z triumfem.

Później przychodzą przeróżni ludzie, jak do każdegu sklepu. Jest jednak kilka wyjątków -  mieszkańcy pobliskich domów dla starców i schronisk dla bezdomnych. Oni przychodzą porozmawiać. Czasami jest to ich jedyna szansa znaleźć życzliwego słuchacza. Najbardziej charakterystyczny jest całkowicie bezzębny Paddy, nie widziałem go już kilka tygodni. Pojawił się w ostatni wtorek. Przez sklep przepłynęła delikatna fala radości - Paddy przyszedł - nasz sklep stał się czymś więcej niż sklepem.

Pracownicy sklepu - kierowniczka jest na etacie, reszta - ponad 70 osób - to ochotnicy. Ludzie "from all walks of life". Emerytowani profesjonaliści i pracownicy fizyczni, kilka osób lekko upośledzonych umysłowo, bezrobotni i nowi migranci, którzy chcą tu zdobyć jakieś doświadczenie w pracy, uczniowie ekskluzywnych szkół odbywający praktykę w dziedzinie pracy społecznej, dwie elegnackie panie, które uwielbiają grzebać się w ciuchach.

Sortuję odzież i czasem spoglądam co się tam dzieje u Geoffa - w dziale książek. Geoff wybiera te ciekawsze i zawozi do ośrodka gdzie są sprzedawane po 50 centów. U nas ceny są wyższe. Trudno - nie oszczędzam i kupuje sobie prezent pod choinkę..

KsiążkiPrezent

Masa książek idzie na śmietnik. No bo co zrobić z oprawnymi w skórę tomami precendensów prawnych sprzed kilkudziesięciu lat? Z decyzją poczekałem na Mirandę - emerytowaną adwokatkę. Podobnie jak ja pogłaskała je z lubością - wyrzucić - powiedziała ze smutkiem.
To samo z ogromną kolekcją kaset magnetofonowych - wszystkie oratoria Haendla. Wyrzucamy, sortujemy, sprzedajemy. Średni dzienny utarg około $2,000. 

Inny wymiar mojej działalności to wizyty osób, które proszą o pomoc. To jest samo życie. Mniejsze i większe dramaty czasami ubarwione jakimś żartobliwym przerywnikiem. W ostatni wtorek wizyty były sympatyczne - roznosiliśmy paczki świąteczne - Christmas hampers ufundowane przez naszych parafian. Czasami mieliśmy poczucie spełnionego obowiązku - niektórzy stali klienci upominali się o paczki od pewnego czasu. Czasami zaskakiwaliśmy klientów jak tę młodą parę, która długo pytała kto i po co przyszedł. Zaciągnięte żaluzje na oknach, kamera nad drzwiami. Ale w końcu coś tam poprzesuwali, pochowali i wpuścili nas do niesamowicie zagraconego pokoju mocno cuchnącego.. chyba marihuaną. Z niedowierzaniem patrzyli na przyniesione przez nas paczki. Pożegnali nas po przyjacielsku.
Tu wyjaśnię, że kontakt z klientami to zabawa w kotka i myszkę. Staramy się uprzedzic ich przed każda wizytą, ale nam instrukcja nakazuje ukryć swój numer, a oni nie odbierają telefonów od niezidentyfikowanych numerów. Szczególnie samotne matki nękane telefonami od poprzednich partnerów. Przypomina mi się, że w tej sytuacji była matka Juliana Assange, ktora przez pewien czas ukrywała się, wraz z synkiem, przez swoim mężem właśnie w Melbourne.

Czasami to my przeżywaliśmy zaskoczenie jak w domu Jasona. To też wygląda jak niedostępna twierdza. Jedną z wizyt tam odpokutowałem nieprzespaną nocą. Tym razem drzwi były otwarte a w środku rodzice i cała piątka dzieci, do których poczęcia przyłożyło się dwóch ojców i dwie matki. Pierwszy raz widzieliśmy ich w komplecie. Ich radość była całkiem zgodna. Pomyślałem, że św Wincenty jest może nawet lepszy od św Mikołaja.. Basta - w Święta nie pora na rywalizację.

Życzę wszystkim mieszkańcom Qrnika oraz naszym współpracownikom i czytelnikom Wesołych Świąt i dedykuję Wam tę miniszopkę w wykonaniu Feliksa i Matyldy..

niedziela, 23 grudnia 2012

Wszyscy wiemy, że piernik należy upiec wcześniej, gdyż musi swoje odleżeć i dojrzeć do tego, by zostać zjedzonym. Wiadomo, że piernik im starszy, tym lepszy. Słyszałam o tym, że moje pierniczki były zjadane na Wielkanoc lub po roku. Sama kosztowałam kiedyś grudniowego wypieku w lutym.

A jednak nie zawsze uda nam się odpowiednio wcześniej piernikiem zająć. I o ile w przypadku małych pierniczków pomoże surowe jabłko umieszczone w puszce, to w przypadku dużego ciasta pomysł ten będzie raczej nieużyteczny.

Dzisiejszy przepis umieszczam dla tych, którzy o pierniku zapomnieli lub nie mieli czasu, a także dla tych, którzy natychmiast muszą piernik zjeść, bo taką właśnie mają ochotę.

W rodzinnym zbiorze przepisów receptura ta jest nazwana piernikiem Heleny. Kim była Helena, nie wiemy. Jedyna, którą znamy, od kuchni trzymała się z daleka. Macie na pewno w swoich książkach kucharskich przepisy konkretnych osób. A to chleb cioci Krysi, nalewka Pawła, czy sernik babci Stefanii... Owa Helena musiała być znajomą czy rodziną kogoś, kto był uprzejmy podzielić się z nami tym przepisem. Kiedy przerzucam zeszyty z kulinarnymi zapiskami, zastanawiam się, czy gdzieś u kogoś figuruję jako autorka jakiegoś przepisu?

Piernik Heleny jest bardzo prosty w przygotowaniu i bardzo smaczny. Nawet od razu.

Potrzebujemy:

1 szklankę mleka
1 szklankę cukru
szklankę miodu (może być nawet miód sztuczny, choć oczywiście ja tego tworu nie uznaję)
0,5 kostki margaryny (ja daję masło)
1 paczkę przyprawy piernikowej
1 łyżeczkę sody oczyszczonej
1 jajko
2,5 szklanki mąki
2 łyżki kakao
bakalie (ja daję dużo: rodzynek, orzechów włoskich, migdałów, suszonych śliwek, moreli...)

Mleko, miód, cukier i tłuszcz zagotować. Do ciepłej masy dodać przyprawę i sodę. Kiedy ostygnie, dodać jajko, mąkę, kakao i bakalie obtoczone w mące, dobrze wymieszać. Piec około 60 minut. U mnie w domu pieczono  go w prodiżu. W piekarniku ustawiam temperaturę 180 stopni, ale kontroluję sytuację, by się nie przypalił. Dla lepszego efektu piernik oblewam polewą czekoladową lub ozdabiam lukrem.

W tym roku piernik na Wigilię piecze ktoś inny. A ja jutro od samego rana zabieram się najpierw za sernik, a potem za makowe pyszności...

00:05, zona.oburzona
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 grudnia 2012

  Wpis włoszczyzny (pisane 13 grudnia)

No nareszcie, zebrałam się w sobie i ubrałam choinkę. Zapytacie pewno dlaczego tak wcześnie; otóż nie wcześnie tylko późno. Tu we Włoszech jest zwyczaj ubierania choinki 8 grudnia. Jest to święto kościelne (Niepokalanego Poczęcia) i wszyscy ubierają tego dnia choinki. Mnie osobiście ta tradycja nigdy nie przypadła do gust, wiec co roku powtarza się rytuał,  że mój mąż i moja córka chcą stawiać choinkę, a ja ich powstrzymuje, ale nigdy nie udaje mi się doczekać do 24 grudnia, tak jak to się robiło u nas w domu.

 foto: wloszczyzna

Za to tak jak u nas w domu zabawki do ubierania choinki są przechowywane w starym pudle. U nas, w Warszawie, to była granatowa tekturowa walizka, a tu, we Florencji, mamy piękne i bardzo stare pudło po Panettone. To pudło wypełnione starymi ozdobami i lampkami, zabrał mój mąż od swoich rodziców jak się wyprowadzał do naszego wspólnego mieszkania.

foto: Maria

W niektórych rodzinach włoskich jest fajny zwyczaj kładzenia począwszy od 8 grudnia, pod ubraną choinką, kolejnych prezentów, tak że w miarę upływu dni przybywa coraz więcej paczuszek, które są otwierane dopiero 25 grudnia, a nie w Wigilię.

Nie wszyscy we Włoszech stawiają choinkę. Głównie na południu Włoch ustawia się szopki.

Jest słynna sztuka autora z Neapolu, w której główny bohater w przeddzień Wigilii ustawia właśnie szopkę. Wiecie kto jest autorem i kto ustawia tę szopkę?

W Neapolu ulica San Giorgio Armeno jest bardzo słynnym miejscem gdzie sprzedawane są szopki robione ręcznie przez miejscowych artystów.

Figury do szopki są często karykaturami lub podobiznami polityków i osób ważnych dla życia miasta, państwa i świata w danym momencie. Podobno w tym roku furorę robią te dwie figurki.

Ciekawą tradycją są inscenizacje szopki w formie przedstawienia. Pierwsza taka szopka została przedstawiona w 1223 roku w Greccio blisko Rieti, przez Świętego Franciszka z Asyżu. Często w taką szopkę zaangażowane są całe miasteczka, tak jak to możecie zobaczyć na poniższym filmie.

https://www.youtube.com/watch?v=TlxxcBtD_0c

Okres świąteczny kończy oczywiście Befana, czyli wróżka o wyglądzie wiedźmy, dosyć złośliwa, która w tradycji włoskiej przynosi dzieciom prezenty. Pełni tę samą rolę, co święty Mikołaj. Dzieci oczekują prezentów od Befany w noc z 5 na 6 stycznia, w Święto Trzech Króli. Befana przynosi skarpetki wypełnione słodyczami, a dla niegrzecznych dzieci, węglem. Odchodząc Befana zabiera wszystkie święta.

I jeszcze Zyczenia dla wszystkich:

23:48, kanadyjka82
Link Komentarze (6) »

 Wpis Heimchen

Ponieważ jodłę kupimy dopiero na ostatnią chwilę, przedstawiam dzisiaj zaśnieżony, wieczorem oświetlony, przystrojony budynek o formie choinki, mianowicie warszawski Pałac Kultury!

Jest dziś otoczony nowszymi wieżowcami, trochę jak Empire State Building, i podobnie jak w Nowym Jorku, towarzyszy mu niedokończone jeszcze dzieło Daniela Libeskinda. 

Niestety przedwczoraj w Warszawie warunki klimatyczne były raczej trudne i widoczność słaba, słowem dnia w wiadomościach były "solarki" (liczba mnoga tu zupełnie słuszna) i piesi chodzili jak po szarym mydle. I tak w trakcie tych "kształcących podróży służbowych" mało jest czasu  na zwiedzanie miasta, więc okrążałam mniej i więcej w czasie mojego pobytu Pałac, w którym odbywały się warsztaty, a w okolicy różne spotkania. 

Patrzyłam na niego z różnych stron i coraz więcej w nim widzialam: Kreml Moskiewski, Londyńskie Houses of Parliament, Chata Baby Jagi, wiara w postęp techniczny i naukę, cytaty z wszechobecnych w polskich miastach elementów architektury jak ratusz renesansowy, kolegium jezuickie i kościół barokowy, eklektyzm pałaców łódzkich fabrykantów, domki z pierników, kosmodrom w Bajkonurze...

Po stronie Emilii Plater jest lodowisko i wypożyczalnia łyżew. Dziewczyna z napisem "I Love Myself" na sweterze wykonuje tam imponujące piruety, chłopcy mają hełmy na głowach - to nowy trend? Od strony Marszałkowskiej, przed głównym wejściem urządzono obecnie takie coś, co Anglicy nazwają  "German Christmas Market", mianowicie Jarmak Świąteczny z Diabelskim Młynem z Rostocku, nawet mają różne rodzaje wina grzanego i "kiełbasy białe z Turyngii".

Szkoda, że tam nic nie zjadłam, bo tym razem w Warszawie runęły dwie główne kolumny mojego glębokiego dotychczas zaufania do polskiej gastronomii: Obiad w Barze Mlecznym był niejadalny, a pociąg Eurocity Varsovia akurat tego dnia był BEZ WARSu!

A więc 5 i pół godziny burczenia w brzuchu w drodze powrotnej, mój osobisty adwentowy post. To dla Niemki niezwykłe doświadczenie - przecież adwent, okres pełne radości oczekiwania i towarzyskich spotkań, obfituje w kulinarne pokusy. Nie tylko w tym roku, gdzie dopiero dzisiaj się dowiemy, czy wbrew kalendarzowi Majów, świat będzie dalej istnieć, WSZYSCY mają odwiedzać czyli ugaszczać WSZYSTKICH jeszcze przed świętami. Z tego powodu właściwie na Święta już mamy dość tego wszystkiego i tęsknimy do samotności i prostszego jedzenia jak np. pyry z gzikiem.

Na wigilię i tak robimy coś skromniejszego, co da się dobrze przygotować, przecież wszyscy idą razem na Pasterkę i kto w międzyczasie broni 12 potraw przed kotem? Takich wielkich lodówek, gdzie mieści się to wszystko, nawet w Stanach nie mają! Ze świątecznych dań już w dzieciństwie najbardziej cieszyłam się na "resztki z wszystkiego z przedłużonym sosem z gęsi i z puree ziemniaczanym" na drugi lub trzeci dzień Świąt.

I to już łącznik tematyczny do zagadki: Jest taka bajka o rodzinie śpiewaka operowego z Drezna. Kupił gęś na Święta i już zapomniałam jak to poszło - dzieci się z nią zaprzyjaźniły i gęś jakoś przeżyła, chodziła zawsze w sweterze, który babcia zrobiła jej na drutach, bo już została oskubana...

Opowiadanie pisał lekarz, m.i. autor sztuki teatralnej o innym lekarzu, która miała światową premierę w teatrze żydowskim we Warszawie w roku 1934. Sztuka była u nas lekturą szkolną, jedna z lepszych, moim zdaniem. Proszę podać nazwisko autora i tytuł sztuki, ambitnych jeszcze prosilabym o imię gęsi!

Prawidłową odpowiedź podała ewamaria030: Autor: Friedrich Wolf (1888-1953), imię gęsi to Auguste!

07:36, heimchen
Link Komentarze (14) »
czwartek, 20 grudnia 2012

Minął już rok od czasu, kiedy moje anioły wyfrunęły w świat. W tym roku zrobiłam ich dużo mniej, bo wielu moich znajomych już je otrzymało. Pomyślałam sobie, że pewnie pośród czytelników Qry znajdą się osoby, które zajmują się hobbystycznie wyrobem biżuterii. Może zechcą skorzystać z mojego pomysłu na koralikowe aniołki. Poniżej instrukcja.

Potrzebujemy:

  • drobne koraliki, minimum kilkanaście, choć w zeszłym roku zamiast drobnych koralików użyłam kilku podłużnych (widać na zdjęciu w podlinkowanym wpisie)
  • jeden większy koralik na głowę (szklany, crackle - imitujący spękany lód, ceramiczny...)
  • skrzydełka, które można kupić w stacjonarnych i internetowych sklepach z półfabrykatami do biżuterii
  • drobne kuleczki zaciskowe
  • nakładkę na koralik, która uda aureolę
  • szczypce proste do zaciskania elementów
  • linkę jubilerską (ja skorzystałam z czarnej o grubości 0,4 mm), której odcinamy kawałek i zaginamy w dwóch miejscach, jak na zdjęciu

Potrzebne do produkcji aniołka

Na zagiętą linkę nakładamy drobne koraliki. Następnie łączymy oba końce linki, przeciągając je przez kuleczki zaciskowe. Nakładamy na koniec linki skrzydełka, koralik - głowę aniołka, aureolę. Szczypcami zaciskamy kuleczki pod skrzydełkami.

aniołek krok po kroku

Jeden koniec linki przycinamy, aby był krótki, nie wystawała poza koralik-głowę. Na dłuższy koniec linki nakładamy dwie kuleczki zaciskowe. I teraz najtrudniejsze: koniec przewlekamy przez kuleczki, aureolę, główkę. Przesuwamy główkę i aureolę blisko skrzydełek. I zaciskamy kuleczki zaciskowe, dzięki czemu otrzymujemy zawieszkę. Gotowe!

aniołek krok po kroku

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22