Nie jesteśmy nowi na świecie, przed nami była
KURA

O nas i o blogu

Napisz do nas:
qra-poczta@gazeta.pl

Współpracuj z nami

Nagrody
Fundatorzy
Lektury
Filmy


RSS
czwartek, 21 czerwca 2012

 Wpis Ciotuchny

(Ciąg dalszy wpisu Najdłuższa noc w moim życiu.)

Po nieprzespanej nocy w podziemiach na Szucha przewieziono nas tzw. budą na Pawiak, tu na podwórku czekaliśmy na załatwienie formalności i przyjęcie. Grzało marcowe słońce, było zupełnie cicho, za murami Pawiaka rozciągały się wyludnione gruzy dawnego Getta. Wtedy doznałam najbardziej absurdalnego uczucia - uczucia spokoju! Tak, właśnie spokoju - to, czego bałam się przez całą okupację to już się stało, nic gorszego stać się już nie może, bo śmierć była wybawieniem, a nie przerażeniem.

Poczucie spokoju prysło, kiedy po załatwieniu formalności, po rzuceniu Ojcu ostatniego pożegnalnego spojrzenia odeszłam wraz z Matką w stronę Serbii (kobiecego więzienia Pawiak). Znów kilka formalności i zamknęły się za nami ciężkie drzwi celi więziennej. Czy zdajecie sobie sprawę, czym jest taki szczęk zamykanych drzwi dla człowieka młodego, pełnego energii, wiedzącego, że jego praca konspiracyjna była i jest potrzebna, dla człowieka, który chce i powinien działać? To poczucie bezsilności, beznadziejności i rozpaczy jest tak wielkie, że prawie obezwładnia, odbiera chęć i możliwość zrobienia najmniejszego nawet ruchu ręką. Tak obezwładnione i zrozpaczone stałyśmy przy drzwiach obie z Matką. Musiała się w tym momencie w naszych oczach malować bezgraniczna rozpacz, która w takich chwilach jest dla człowieka zgubna. Malutka, wąska cela i kilka kobiet ciekawie się nam przyglądających. Mała, drobna kobieta wstała z pryczy i podeszła do nas, kilka zdawkowych zdań, wskazała nam miejsce pod ścianą na sienniku. Usiadłyśmy, głowy oparłyśmy na zgiętych kolanach i przeżywałyśmy w milczeniu nasza klęskę. Znów ta sama kobieta podeszła do nas – „nazywam się Maryna”. Słowa otuchy, słowa pociechy, kilka serdecznych gestów, kilka objaśnień, co się tu dzieje i jak do tego należy się przystosować, jakie są tu zwyczaje – niby to wszystko nic nie znaczy, ale serdeczność, ciepło głosu, dotkniecie ręki sprawiło, że podniosłyśmy głowy i bezwład minął. Oby każdy w trudnej sytuacji życiowej spotkał taką osobę jak Maryna, która do dziś pewnie nie zdaje sobie sprawy jak wiele dla nas zrobiła i jak wiele jej zawdzięczamy. Nie byłyśmy same wśród ludzi!

Dalsze dni dowiodły, ze nie byłyśmy same nawet tu za murami wiezienia, że tam bardzo daleko na wolności ktoś o nas myśli.

Każdego dnia o oznaczonej porze otwierały się drzwi celi, w nich więźniarka z tzw. kolumny sanitarnej i oznajmiała: „gorąca woda”. Należało wówczas wziąć konewkę i iść do łaźni po wodę, robiła to zwykle ta, która była w danym momencie najbliżej drzwi. W kilka dni po naszym przybyciu na Serbię odbyło się to nieco inaczej. Stanęła w drzwiach, rozejrzała się po celi i zwróciła się do Mamy: ,,Pani pójdzie po gorącą wodę". Matka ze zdziwioną miną wykonała polecenie. Wszystkie spojrzałyśmy po sobie zdumione, dlaczego wywołała Matkę, co to może znaczyć?

Po kilku minutach w drzwiach stanęła Mama z konewką gorącej wody. Twarz miała białą jak kreda. Usiadła na sienniku i zamyśliła się. Nie zadawałam pytań, ale wiedziałam, że coś się stało. Po kilku godzinach, kiedy siedziałyśmy na podłodze blisko siebie nad miską zupy, Matka szepnęła mi: - ,,W łaźni podeszła do mnie jakaś kobieta, podała dawno już ustalone hasło i spytała co trzeba z mieszkania usunąć. Powiedziała, że zaraz po naszym aresztowaniu byli w mieszkaniu chłopcy, że zabrali wszystko, co ich zdaniem było kompromitujące, ale nie widzą, co jeszcze trzeba wynieść". Matka tak się zdenerwowała, ze z trudem zebrała myśli i dala odpowiedź.

To była pierwsza wiadomość o tym, że na wolności myślą o nas, że chcą pomóc, że są nadal z nami. Wiadomość, która podniosła nas na duchu, pozwoliła się otrząsnąć z rozpaczy i odrętwienia. Nie jesteśmy sami na świecie! Może jeszcze nie wszystko stracone.

 

02:48, kanadyjka82
Link Komentarze (5) »
środa, 20 czerwca 2012

żona oburzona

  Wpis Żony Oburzonej

 

Niedawno pisałam na Pierwszej Kurze co nieco o czeskiej literaturze. Panna Prymarna zwróciła wtedy uwagę na popularne powiedzenie czeski film, używane jako określenie absurdalnych sytuacji. Rzeczywiście tak jest. Kiedy mamy do czynienia z czymś takim, wtedy bardzo często tak właśnie mówimy. Wydawało mi się nawet, że to powiedzenie funkcjonuje w nieco dłuższej formie tzn. czeski film, nikt nic nie wie. Zaintrygowało mnie to i słusznie. Wujek Gugiel podał odpowiedź.

Dla tych Panien i Paniczów, którzy nie wiedzą (skoro ja nie wiedziałam, to może są jeszcze inni),Nikt nic nie wie to powiedzenie nie wzięło się znikąd. Otóż wg informacji z Internetu w latach 70 ubiegłego wieku w naszej telewizji puszczono… film produkcji czechosłowackiej pt. Nikt nic nie wie. Film groteskowo śmieszny, którego akcja rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej. Zrobił takie wrażenie, że tytuł wszedł na stałe do naszego języka. Chcąc dobrze sprawdzić, o co z tym czeskim filmem chodzi, postanowiłam go obejrzeć. Tego się nie da opisać! To po prostu trzeba zobaczyć. Zachęcam do poszukania tej pozycji, naprawdę warto. Już pierwsza scena pokazuje, z czym będziemy mieli do czynienia: hitlerowcy w samochodzie gonią jakiegoś faceta na motorze, jeden chce rzucić granatem, ale upuszcza go w aucie...  Potem jest jeszcze ciekawiej. Dwaj tramwajarze próbują sobie poradzić z nieprzytomnym gestapowcem, przy czym robią to wyjątkowo nieudolnie. Najpierw wywożą go w wiklinowej skrzyni i próbują ją ukryć w stercie kartonów. Niestety, zapomnieli o tym, że okoliczni mieszkańcy z okien kamienic wszystko widzą... Ale co się dziwić bohaterom tego filmu, skoro o tym samym nie pomyślano we Wrocławiu w XXI wieku... Potem tramwajarze mają coraz bardziej szalone pomysły, przy czym ciągle coś im się nie udaje. Oprócz tego można zwrócić uwagę na różne smaczki. Jednym z moich ulubionych jest scena podczas koncertu, gdy harfistka w orkiestrze w przerwie między swoją jedną partią a drugą robi na drutach.

Co ciekawe, film został nakręcony w 1947 roku. W tym samym roku w Polsce swoją premierę miały Zakazane piosenki. Widać ogromną różnicę w podejmowaniu tematu wojny tuż po jej zakończeniu. W Polsce komedie związane z tym tematem pojawiły się chyba w latach 60: mam na myśli film Giuseppe w Warszawie i Jak rozpętałem II Wojnę Światową. A przecież Czesi też swoje przeżyli. Niedawno obchodzono okrągłą 70 rocznicę masakry w Lidicach. Wtedy hitlerowcy zmietli z powierzchni ziemi wioskę pod Pragą: część mieszkańców zamordowali od razu, część została wywieziona do obozów. A wszystko to w odwecie za zamach na Reinhardzie Heydrichu, protektorze Czech i Moraw. Zachęcam do poczytania o tej historii, jest bardzo poruszająca. Można zerknąć tu i tu. A tutaj można poczytać o tym, że także Czechów dzielą niekiedy takie doświadczenia.

Pomnik w Lidicach

Oglądałam Nikt nic nie wie i miałam wrażenie, że z czymś mi się to kojarzy, tylko nie wiem, z czym. Aż w końcu przyjrzałam się dobrze tramwajarzom i...

Wiele lat temu zasiadłam w piątek przed telewizorem wraz ze swoją siostrą, aby obejrzeć dobranockę. Okazało się, że zamiast tej, na którą czekałyśmy, leci coś dziwnego. Oglądałyśmy niepewnie się śmiejąc, co chwilę zastanawiając się, o co tu chodzi? Co to jest? I od tej pory nie byłyśmy w stanie zrezygnować z piątkowej bajki. Pamiętacie Sąsiadów? W oryginalnej wersji tytuł brzmi Pat a Mat. Podczas każdego remontu przypominam sobie, jak bohaterowie tapetując mieszkanie, zakleili wszystko łącznie z oknami.

Bohaterowie serialu w Bajkowym Lesie w Jiříkovie

Ale czeski film, powiedziałam sobie podczas czytania drugiego opowiadania z tomu
Opowiadacze. Choć muszę przyznać, że było to zanim obejrzałam film, więc być może jednak skojarzenie było na wyrost. Napisała je Eda Kriseová, jedyna kobieta pośród autorów przywołanych przez twórców wyboru. Historia jest krótka, właściwie zmartwiłam się na koniec, ciekawa byłam, co dalej z tą przedziwną sytuacją? Nie chcę za wiele zdradzać, więc tylko kilka słów napiszę. Otóż narratorka opowiadania hoduje orchidee, jest to jej prawdziwa pasja. Kwiaty jednak chorują. Wybiera się więc do ordynatora miejscowego szpitala znanego ze swojego umiłowania do tych roślin. Ale orchidee nie są jedynym tematem podczas  ich spotkania… Tytuł opowiadania brzmi Orchidee, karabiny i szable. Bardzo ciekawy jest język, którym posługuje się Eda Kriseová.  Dużo w nim zadumy, poetyki i erotyki. Opowiadanie jest niczym sen. A przy tym nie brak w nim wulgaryzmów i wyrażeń potocznych. Wg noty biograficznej jest to dla autorki charakterystyczne. Popatrzcie na te fragmenty:

Postawiłam orchideę na inkrustowanej skrzyni, najpiękniejszym meblu, jaki mam. Pąki rozsadzała od środka ogromna siła, kwiat był niczym dziecko gotowe do narodzin. I właśnie kiedy przez zachodnie okno oblała pąk słoneczna pożoga, a ja oczekiwałam na trzask, krzyk albo przynajmniej jęk, pąk rozwarł się niesłyszalnie. Jego końce wyginały się wolno w górę, a ze środka zaczęła się wysuwać purpurowo lamowana warżka.(...)

-Ej, w Tierchovej na wieży żgały się dwa jeże, żgały nockę całą, wciąż im było mało... Niech pani uważa, to jest pierwsza melodia wszystkich piosenek słowackich! - krzyknął. - Zadałem sobie sporo trudu, żeby stwierdzić, że wszystkie są na jedno kopyto. Mają tylko trzy melodie. (...)
-Nie mogę się wysrać... I to wszystko! - zawołał radośnie generał Benedek, hodowca orchidei. - Przeprowadziłem badania, to też moja specjalność. Pierwszy typ, drugi albo trzeci, nie istnieje żaden inny, rozumie pani? Gdyby chciała pani sprawdzić, możemy teraz zaśpiewać razem.

Czeski film w kuchni? Czuję, że to zagadnienie jest wyzwaniem. Do tego stopnia, że będzie dzisiaj zagadką, a raczej zadaniem. Poproszę o historie kuchenne, które pasują do dzisiejszego wpisu. A ja ze swej strony podam przepis z historią o niezdecydowaniu w tle.

Na pewno znacie ten stan, gdy macie na coś ochotę, ale nie wiecie na co. Niedawno robiłam pyszne tarty m.in. dla Hiszpanii. Wykorzystana w niej masa bardzo mi smakowała. To właściwie dobry domowy budyń. Zostało mi wtedy nieco kremówki. Miałam też ochotę na truskawki i na coś kokosowego. Nie mogłam się zdecydować... W końcu pomyślałam, żeby zrobić sobie właśnie taki budyń z wiórkami kokosowymi. Przy okazji sprawdziłabym, czy nadałoby się to do tortu. Przypomniałam sobie jednak, że miałam kupić jajka, a nie kupiłam. Pomysł więc upadł. Uznałam zresztą, że słodkiego za dużo ostatnio w moim jadłospisie było. Zjadłam obiad. Dalej męczyła mnie ochota. Przypomniałam sobie, że mam gdzieś w szufladzie budyń w torebce. Wlałam do garnka pół litra mleka. Wyjęłam budyń. Nie byłam przekonana, bo to jednak chemia... Uznałam, że jednak nie. Wlałam mleko z powrotem do kartonu. Po kwadransie weszłam do kuchni i schowałam do lodówki resztkę obiadu. W lodówce znalazłam 3 jajka... Wzięłam więc mleko i wlałam do garnka. Po czym przypomniałam sobie, że miałam nie jeść słodkiego. Mleko z powrotem wlałam do kartonu. Następnie uświadomiłam sobie, że zmarnuje się kremówka... Mleko z powrotem wylądowało w garnku. Ostatecznie zrobiłam deser kokosowy.

Na jedną solidną lub dwie mniejsze porcje potrzebujemy:

pół szklanki mleka
pół szklanki śmietanki 30%
3 łyżki cukru
2 łyżki mąki
niepełna szklankę wiórków kokosowych
3 żółtka
łyżeczkę ekstraktu waniliowego

Mleko i śmietankę zagotowujemy, odstawiamy. Żółtka ucieramy z cukrem, a gdy będą puszyste, dodajemy mąkę i dokładnie mieszamy. Miksujemy utarte żółtka z mlekiem. Zagotowujemy, dorzucamy wiórki kokosowe i gotujemy 2 minuty. Gdy przestygnie mieszamy z ekstraktem waniliowym. Chłodzimy i podajemy z sosem truskawkowym lub innym.

deser kokosowy

Tagi: Czechy desery
06:10, zona.oburzona
Link Komentarze (5) »
wtorek, 19 czerwca 2012

rysunek Anna Krenz Wpis Ewy Marii.

Dziś dwa nietypowe przepisy - na papier i na bańki mydlane. Ja wiem - nie tylko papier, ale nawet płyn na bańki się kupuje, ale można zrobić samemu lub z dziecięciem (jeśli nie-letnie, bo letnie za nic w świecie nie przyzna się, że lubi puszczać bańki mydlane).

Przepis na Super-Bańki-Mydlane

200 ml letniej wody (jakież to słowo "letni" jest pojemne!)
1 łyżka kleju do tapet w proszku
100 g cukru
20 ml tzw. mydła "Neutralseife", które wcale nie jest mydłem, tylko płynem do mycia brudnych rąk. Ten płyn to jedna z tajemnic niemieckiego powojennego cudu gospodarczego, a jednocześnie owo zapowiadane już dawno temu w komentarzach "coś", co powoduje, że bańki podobno wychodzą przecupiękne.

foto Ewa Maria

Zakupiłam wszystko, w końcu klajstru też w domu nie miewam na co dzień, umieszałam, wypróbowałam z najmłodszym i teraz z czystym sumieniem mogę powiedzieć - miały wychodzić ogromne, nawet do 10 metrów długości czy średnicy, nie wiem dokładnie. Moje miały co najwyżej wielkość jak na załączonym obrazku. A większość spadała jak smutny klapeć na ziemię. Na szczęście Mały nie wiedział, czego się ma spodziewać, to i nie miał mi za złe.

mini bańki maksi

Ale ja jestem mało udaczna rękodzielniczo, powierzam więc Wam ów przepis i proponuję, że na życzenie podzielę płyn i klajster na porcje, a pakieciki mogę rozdawać lub rozsyłać. Jak komuś lepiej wyjdzie, to może nam tu to pokazać.

Robi się to tak. Składniki wlać do miski, przez kilka minut mieszać, aż się wszystko rozpuści i upłynni, po czym odstawić na 24 godziny.
Następnego dnia dolać dwa litry wody i znowu baaaardzo porządnie rozmieszać.
Bańki puszczamy używając dużych kółek na rączkach, albo wręcz pętli z tasiemki na długich patykach, pod warunkiem, że komuś te pętle dobrze wyjdą - mnie nie wyszły. Może w tym leżał problem. Wzięłam jakieś kółko gumowe czy plastikowe.

A tu jeszcze polska strona Spryciarze z zupełnie innym przepisem na ogromne bańki.

Ale jak już jesteśmy przy rękodziele domowym, to możemy też zrobić papier tzw. czerpany. W przeciwieństwie do baniek, papierem mogę się pochwalić. Przepis, który podam jest prosty nadzwyczajnie i pozwoli uzyskać gruby, szorstki papier w kolorze, no, nazwijmy go naturalnym czyli w gruncie rzeczy - brudnobiałym.

Ta informacja od razu podsuwa pomysł na zagadkę. Jest taki brudny kolor, który nazywa się od imienia pewnej królowej. Jak i dlaczego?
Odpowiedziała Danstarossa: przyżółcona biel - nazwa pochodzi od Izabeli Klary Eugenii Habsburg i jej, nie pranej przez kilka lat, białej koszuli.

Wróćmy jednak do papieru. Bierzemy kilka stronic gazety, drzemy na kawałki, zalewamy w misce ciepłą wodą i odstawiamy na co najmniej 24 godziny. Najlepiej udaje się papier z gazety typu dawna "Trybuna ludu". Teraz takiego papieru już nie ma, bierzemy więc, co mamy, ale pamiętamy, że im gorsza jakość, tym lepszy papier nam wyjdzie. Następnego dnia odcedzamy pulpę papierową, oceniając organoleptycznie jej jakość. Jeśli zrobiła się śliczna paciurbaja - jest OK, jeśli nie - musimy ją niestety potraktować mikserem z nożami lub blenderem.
Paciurbaję łyżką lub ręką wykładamy na płaskie kratki lub ruszty i formujemy papier w pożądane kształty i rozmiary. W mokry papier możemy wcisnąć płatki kwiatów lub liście, złote gwiazdki, brokat, cekiny i inne cuda. Zostawiamy w przewiewnym miejscu do wyschnięcia. Suszymy cierpliwie ze dwa-trzy dni.

Zasad produkcji jest kilka.

Zasada pierwsza - im czystszy jest kolor produktu wyjściowego, tym czystsza będzie też barwa naszego produktu. Czyli jeśli obskubiemy tylko brzegi gazety to papier będzie dużo bielszy niż jak weźmiemy strony zadrukowane. Oczywiście masę papierową można barwić - choćby kilkoma kroplami atramentu.

Zasada druga - im drobniej podrzemy (lub zmiksujemy) surowiec - tym cieńszy i gładszy uzyskamy produkt końcowy.

Zasada trzecia - papier można formować nawet w bardzo cienkie kartki i można go starannie wygładzić wałkiem, ale można też specjalnie postarać się o uzyskanie produktu grubego i nierównego, bo równy i cienki można przecież kupić w każdym sklepie.

Do pisania po papierze używamy kredek lub pędzelków. Za atrament może nam posłużyć mocna kawa lub pomarańczowy sok rośliny, która teraz akurat wszędzie kwitnie, a nazywa się glistnik jaskółcze ziele (Chelidonium majus). To zresztą ciekawa roślina - jak to często w medycynie ludowej - trująca i lecząca zarazem. Usuwa kurzajki, łagodzi skurcze mięśni, pomaga tępić robactwo. Glistnik święcono podczas procesji Bożego Ciała - czyli dziś, bo pisałam ten tekst dawno temu, w czwartek, robiąc jednocześnie zdjęcia mokrego papieru, który i bez atramentu wyszedł mi mocno niebieski.

I druga zagadka - kto pisał list używając soku glistnika? Odpowiedź autorki wpisu - Hanna Zdzitowiecka, "Kosmatek ze starej wierzby". List pisze Kosmatek.

Wikipedia Commons!!!



poniedziałek, 18 czerwca 2012

rysunek Anna Krenz Wpis inauguracyjny Ewy Marii.

Oto Kura w nowej postaci. FORUM QRY. Miejsce, gdzie dużo osób może publikować swoje teksty.

Dla osób, które weszły tu - zapewne przez przypadek - po raz pierwszy informacja: Qra czyli Nowa Kura jest kontynuacją blogu "Jak udusić kurę czyli co każda panna po 30 powinna wiedzieć, a jeszcze nie wie". Blog ten, zwany potocznie Kurą, powstał 17 czerwca 2011 roku jako mój blog prywatny, szybko jednak zaczął przybierać formę blogu wspólnego, przy czym osoby współpracujące ze mną wielokrotnie się zmieniały. W sumie od czerwca 2011 do czerwca 2012 przez blog jako wspólną platformę literacko-kulinarną przewinęło się wielu komentatorów, choć raczej głównie komentatorek, i około 20 autorów wpisów, choć może głównie autorek. Niektóre z tych osób posiadają lub posiadały własne blogi, niektóre zawodowo parają się pisaniem, jako dziennikarki, pisarki, poetki, niektóre ujawniły się z imienia i nazwiska, niektóre ukrywają się za blogowymi pseudonimami.

Było nas wiele, ale mimo to Kura wciąż była moją prywatną sprawą. Dawało mi to swobodę decydowania, jakie wpisy i jakie komenatrze się ukażą, a jakie nie. Choć niemal z tej swobody nie korzystałam, byłam jednak niejako "władczynią" blogu. Było to bardzo miłe i nieźle łechtało próżność, tym niemniej wciąż mi w tym coś przeszkadzało.

Dziś już wiem, że przeszkadzała mi owa wyłączność, bo oznaczała ona wprawdzie jedynowładztwo, ale także jednoosobową odpowiedzialność. A odpowiedzialność była duża, bo formuła blogu zakładała jeden długi i inteligentny wpis dziennie.

Właściwie to lubię być postrzegana jako JA, ta jedna i może nie do końca typowa, ale przede wszystkim lubię robić rzeczy wspólnie. Gazeta "Solidarności" gdańskiej, którą wraz redaktorem Leszkiem Sławińskiem zakładaliśmy w w roku 1981, miała nazywać się "My" (nota bene jej pierwszy numer miał się ukazać 16 grudnia). O Leszku Sławińskim nie ma nigdzie żadnego sensownego wpisu, ale poczytać o nim można np. TU. W kilkanaście lat później, już w Berlinie, założyłyśmy z koleżankami pisarkami towarzystwo literackie, które nazwałyśmy "WIR", co po niemiecku oznacza dokładnie to samo - my. Teoretycznie to "My" i ten "WIR" to wcale nie były nazwy przeze mnie wymyślone, ale czy to kto wie co na pewno, jakimi drogami chodzą myśli, a jakimi wzajemne na siebie oddziaływanie.

W każdym razie - MY. A Kura to było JA kontra MY. Tak było dobrze, ale tak też mi to przeszkadzało.

To ja ustawiłam poprzeczkę (podobno dość wysoko) i ja konsekwentnie pilnowałam, byśmy przez nią skakały (skakali) a nie przelatywały biegiem pod spodem. 

Chciałam, żeby MÓJ blog dotyczył spraw ważnych i nie był tylko pogawędką o tym, co dziś, co wczoraj, a co ciocia. Chciałam, by wiązał się z tym, co dla nas ważne, ale nie był przechwalaniem się ani narzekaniem. Chciałam propagować życie zaangażowane, ale nie fanatyczne, inteligentne, ale nie przemądrzałe, pozytywne i oparte na zdrowym rozsądku. Chciałam, żebyśmy czytały / czytali i potrafiły o tym rozmawiać i tym się dzielić. Byśmy pisały piękną polszczyzną i gotowały smaczne, zdrowe i nie snobistyczne jedzenie. No i chciałam, żeby było ciekawie.

Stworzyłam formułę wpisu, w którym po równi zajmowała nas kultura, życie i kulinaria, i będę zadowolona, jeśli uda się nam to utrzymać.   

Ale teraz skończył się czas JA. ZaczynaMY. Są dwie osoby, które dotychczas systematycznie korzystają z prawa wstawiania wpisów na blog - Zona Oburzona i Kanadyjka. Jak tylko dojdę do tego, jak to się robi, przyznam im prawa administratorek. Kanadyjka umieszcza na blogu również wpisy Ciotuchny i Marii Wlosz-czy-zny, Zona mogłaby to robić - na ten przykład - dla Niespiesznej i Panny Konwalii.

Trzy inne osoby posiadają informacje, jak lokować wpisy na blogu, ale albo tego nigdy nie robiły, albo robiły i przestały. I mogłyby wrócić albo zacząć.

Myślę, że tak jak to kiedyś zaproponowała Pewna Panna, dobrze by było, żeby tych osób redagujących było co najmniej siedem. A ja dodam do tego, że skoro Pharlap i Frusty zaniechali pisania własnych blogów, to mogliby przyjąć zaproszenie do współredagowania FORUM QRY.

Ja będę funkcjonowała tak jak pozostali redaktorzy / redaktorki blogu - będę pisała raz na jakiś czas, powiedzmy raz tydzień, własny wpis i będę wstawiała wpisy tych osób, które mi takie wpisy przyślą - czyli np. Kattinki, Panienki Ani, Capricorny, Heimchen, ale też oczywiście Pharlapa, jeśli nie będzie chciał robić tego sam.

Na początek proponuję, byśmy pozostali przy dotychczasowym wzorze wpisu - opowieść, nawiązanie kulturalne, przepis. Jak i dotychczas przyjmujemy do wiadomości i serca, że są posty, np. niektóre teksty Ciotuchny, które z pewnych składników rezygnują i tak też jest dobrze. Ale jeśli wciąż jeszcze jako inicjatorka FORUM QRY mogę coś sugerować, nie rozmieniajmy wpisów "na drobne", bo takich blogów o niczym są tysiące. Nie chodzi o to, żeby pisać dla pisania, tylko, żeby pisać to, co warto pisać.

Pozostaje jeszcze kwestia zagadek. W Kurze zagadka była niemal obowiązkowa. W Nowej Kurze pozostawiam to do decyzji autorki/autora wpisu. W ostatnim czasie ciężar dbania o nagrody i ich rozsyłania w dużym stopniu przejęły pospołu Kanadyjka i Ciotuchna. Jeśli chcą, mogą nadal przydzielać nagrody, zwłaszcza że w Warszawie wciąż jest jeszcze sporo nagród. Ale ja osobiście nadal będę zadawać zagadki, nagród jednak nie będę przydzielała. Niech nagrodą będzie sama satysfakcja ich rozwiązania.

Reszta zasad dotrze się zapewne w życiu.

No i zagadka. Nowa Kura brzmi jak pewien konstrukt filozoficzno-literacki zwany Nowym Człowiekiem. W okresie sztuki awangardowej ów Nowy Człowiek był zarówno Nowym Mężczyzną jak i, no naprawdę, Nową Kobietą. Nowi Ludzie byli wspaniali i zamieszkiwali świat, którego tak naprawdę w ogóle nie ma czyli Utopię.

Jest taka wyspa grecka, na której pisarze - jeden starożytny i jeden renesansowy - umieścili dwie różne cudowne utopie. Mieszkały tam też dwie piękne młode kobiety. 

- Jaka to wyspa?
- O jaki utwór starożytny mi chodzi? Jak miała na imię starożytna dziewczyna, która tam mieszkała?

- O jaki utwór renesansowy mi chodzi. Jak miała na imię ta renesanowa dziewczyna? Powiedziała ona pewne ważne zdanie, które jest modelem wszystkich rozważań o Nowym człowieku. Jakie?

Pierwszą część zagadki rozwiązała po miesiącu autorka wpisu - drugą Heimchen prawie natychmiast.

- Homer "Odyseja" - pieśń VI, Odyseusz u Feaków; dziewczyna miała na imię Nauzykaa.

- Szekspir, "Burza" i jej główna bohaterka, Miranda, która powiedziała jednen z najsłynniejszych cytatów na świecie (tu w tłumaczeniu Barańczaka): O, co za widok! Tyle cudnych istot! Piękna jest ludzkość! O nowy, wspaniały, świat, w którym żyją tacy ludzie!

Ta wyspa to Korfu.

00:01, ewamaria030
Link Komentarze (30) »
1 ... 21 , 22