Nie jesteśmy nowi na świecie, przed nami była
KURA

O nas i o blogu

Napisz do nas:
qra-poczta@gazeta.pl

Współpracuj z nami

Nagrody
Fundatorzy
Lektury
Filmy


RSS
wtorek, 08 stycznia 2013

 

 

 Wpis Żony Oburzonej

Większość dzieci małej nie lubi. Dorośli dzielą się na dwie kategorie: zdecydowanych przeciwników lub gorących zwolenników. Ja od wczesnych lat ją uwielbiam, co wywołuje zazwyczaj zdziwienie. W dzieciństwie starałam się wyłowić wszystkie z wazy z zupą jarzynową. Namawiałam rodzeństwo, by oddało mi te, które trafiły do ich talerzy. Jednym z moich ulubionych obiadów była pełna jej miska polana masełkiem z bułką tartą. Czyli żwirkiem.

http://www.smacznego.pl/blog/temat-dnia-potrawy-z-czterech-stron-swiata-brukselka/96

Jej pełna nazwa to kapusta warzywna brukselska. Popularnie nazywamy ją brukselką. Angielska nazwa brzmi Brussels sprout (w wolnym tłumaczeniu brukselki kiełek?), francuska: chou de Bruxelles (kapusta z Brukseli?). Każda z tych nazw wiąże się z faktem, że najprawdopodobniej ojczyzną tego warzywa jest Belgia. Brukselka jest bardzo zdrowa. Niektórych zniechęca jej charakterystyczny zapach oraz goryczka. Z zapachem nic nie zrobimy, ale niska temperatura może goryczkę zlikwidować. Chyba dlatego popularniejsza jest brukselka mrożona. Brukselka to miniaturowe kapustki. I kiedy się im przyjrzeć, są naprawdę śliczne.

http://www.niam.pl/pl/produkty/1397-brukselka

 

Małą jadłam wczoraj na obiad, a w dużej spędziłam kilka dni na przełomie 2012 i 2013 roku. Była to moja pierwsza wizyta w tym mieście. Zaliczyliśmy nie tylko brukselski niezbędnik, ale dużo dużo więcej. Wycieczce zawdzięczam trochę inspiracji do wpisów. Dzisiaj kilka najważniejszych rozczarowań i zachwytów.

Rozczarowanie nr 1
Manneken Pis posiada kolekcję kilkuset strojów. Otrzymuje je nawet czasami od oficjalnych gości z innych państw. Jego ubrania można nawet podziwiać w jednym z brukselskich muzeów. Dlaczego więc rok 2013 siusiający chłopiec powitał w stroju Adama?

Manneken Pis

Rozczarowanie nr 2
Bliskość Morza Północnego sprawia, że w Brukseli opady i wiatry są częstym zjawiskiem. A skoro tak, to czy nie należałoby zadbać o to, by silne podmuchy nie miały czego rozrzucać po ulicach? Niestety, miasto sprawiło na nas wrażenie brudnego.

śmieci

Rozczarowanie nr 3
Projektanta Pałacu Sprawiedliwości zdecydowanie poniosło... Ale takie zapewne otrzymał zadanie. Budynek jest ogromny, przytłaczający, ale jednak jest to zabytek. Belgowie chcieli go nawet umieścić na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Chyba jednak nie przepadają za tą budowlą. Część Pałacu jest ogólnodostępna, a 1 stycznia chodziliśmy tam po szkle z rozbitych butelek, śmieciach i niedopałkach.

Pałac Sprawiedliwości

Zachwycenie nr 1
Katedra św. Michała i św. Guduli stanowi przykład gotyku brabanckiego, a styl ten jest charakterystyczny dla krajów niderlandzkich. Świątynia położona jest na wzgórzu i góruje nad tzw. Dolnym Miastem ze słynnym Grand Place. Wnętrze Katedry jest przestronne i jasne, co było dla nas - przyzwyczajonych choćby do mrocznej Katedry we Wrocławiu - dużym zaskoczeniem. Typowe dla gotyku zdobienia to wykończenia w kształcie liści kapusty. Może brukselki?

Katedra św. Michała i św. Guduli

Zachwycenie nr 2
Jednym z założonych punktów były Królewskie Muzea Sztuk Pięknych. Chcieliśmy zobaczyć przede wszystkim Muzeum Sztuki Dawnej, a w nim obrazy np. Pietera Breugla i jego synów. I choć tak skierowaliśmy swoje pierwsze kroki, obsługa po obejrzeniu naszych biletów poprosiła, abyśmy najpierw poszli w drugą stronę. Tak zupełnym przypadkiem trafiliśmy do Muzeum Rene Magritte'a, znanego belgijskiego surrealisty. Przyznam się jednak, że było to moje pierwsze spotkanie z tym artystą. Jeszcze Wam o nim opowiem. A we wspomnianym Muzeum Sztuki Dawnej zobaczyłam również inny świetnie mi znany z Kury obraz.

Rene Magritte Imperium światła

Zachwycenie nr 3
Dzielnica Sablon to jedna z najbogatszych części Brukseli. Choć wnętrze Kościoła Notre Dame du Sablon nie zrobiło na nas aż takiego wrażenia jak Katedra, to okolica jest niezwykle urokliwa. Na zdjęciu widać wspomnianą świątynię i elegancki Park Egmonta.

Notre Dame du Sablon i Park Egmonta

 

Tagi: podróże
08:01, zona.oburzona
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 07 stycznia 2013

Pharlap Wpis pharlapa

Pasteur's Gambit to tytuł książki opisującej dokładnie przebieg konkursu na radykalne rozwiązanie problemu królików w stanie Nowa Południowa Walia. Nagroda - 25,000 funtów (10 milionów obecnych dolarów) - patrz mój wpis na temat plagi królików.
Wpis zakończyłem zagadką -  jaki słynny naukowiec wystartował do rywalizacji o 10 mln dolarów? Teraz już wiemy - Ludwik Pasteur.

Moja skromna wiedza o szachach mówi, ze gambit to takie zagranie, w którym poświęca się mało znaczącą figurę, aby osiągnąć większe korzyści. W przypadku Pasteura rozpoczęło się od wyłożenia wszystkich kart na stół. Czy to był gambit? Oceńcie Państwo na końcu.

W 1987 roku Ludwik Pasteur osiągnął światową sławę, za którą niestety nie przyszły znaczące korzyści majątkowe. Oczywiście nie chodziło o osobistą fortunę, ale o fundusze na założenie Instytutu Pasteura, w którym możnaby kontynuować prace naukowe w dziedzinie mikrobiologii. Pasteur zwrócił się do rządu o pomoc podając jako przykład założony w 1885 roku Instytut Higieny w Berlinie, w którym zatrudniony był Robert Koch. Odpowiedzią rządu francuskiego było zorganizowanie międzynarodowej zbiórki funduszy. Pasteur zainicjował akcję osobistą wpłatą 100 tys franków i to była największa dotacja. Z całych Niemiec wpłynęło .. 105 franków natomiast z okupowanej przez Niemców Alzacji i Lotaryngii - ponad 48,000. Pedro II - cesarz Brazylii - dał tysiąc franków, car Aleksander III - prawie 98 tysięcy.
W marcu 1887 roku zakupiono teren i rozpoczęto budowę, ale Pasteur zdawał sobie sprawę, że konieczne są środki na wyposażenie instytutu i rozkręcenie działalności. Bez tego cały projekt runie. Właśnie w tym momencie dotarła do niego wiadomość o nagrodzie w wysokości 25,000 funtów (625,000 ówczesnych franków, 10 milionów dzisiejszych dolarów) ufundowanej przez rząd stanu Nowa Południowa Walia. To mogło rozwiązać wszystkie problemy.

Pasteur był przekonany, że ma nagrodę w kieszeni. Pod koniec 1887 Madame Jeanne Pommery, właścicielka dóbr, na których produkowano słynnego szampana powiadomiła Pasteura o pladze królików, które niszczyły jej plantacje. Pasteur wysłał swego kuzyna Adriana Loir z kulturą bakterii "chicken-cholera"  i w dwa tygodnie problem został rozwiązany.

1 kwietnia 1888 roku pocztowy parowiec Cuzko przybył do nadbrzeża portu Melbourne. Na pokładzie znajdowała się trzyosobowa reprezentacja pod dowództwem Adriana Loir - kuzyna i bliskiego współpracownika Pasteura. W bagażu wieźli nielegalnie słoiki wypełnione bulionem z zabójczymi bakteriami. To rzeczywiście wygląda na żart primamaprilisowy - jechali do Nowej Południowej Walii a wylądowali w Melbourne?  Rzecz w tym, że po przybyciu do Adelajdy, pierwszego portu jaki statek odwiedził w Australii, pasażerowie dowiedzieli się, że rząd Nowej Południowej Walii właśnie wydał zakaz wwozu na teren stanu jakichkolwiek bakterii. Melbourne w stanie Wiktoria było ostatnim portem, w którym można było podjąć jakąś akcję.
W porcie zauważyli francuski statek, który szykował się do podróży do Nowej Kaledonii. Przekazali mu połowę śmiercionośnego ładunku. Mieli nadzieję, że drugą połowę uda się przechować w Melbourne. Nazwisko Pasteur otwierało wszystkie drzwi (chociaż w dniu 1 kwietnia nie obyło się bez pewnych wątpliwości). Adrian Loir uzyskał od ręki członkostwo Athenaem Club i Melbourne Club, dwóch najbardziej ekskluzywnych "gentlemen clubs" w Melbourne. Natychmiast znalazł się ochotnik do przechowania bakterii. 
Teraz należało sprawdzić jak bakterie zniosły podróż przez Morze Czerwone. Trzeba było wyhodować kulturę bakterii i podać ją królikom. Posiadanie, przechowywanie czy przewożenie królików było surowo karanym wykroczeniem, ale czego się nie robi dla klubowego kolegi. Kulturę bakterii normalnie hoduje się w inkubatorze w stałej temperaturze 37 C. Z braku inkubatora Adian Loir skonstruował pas, w który włożył fiolki z hodowlą i nosił go na sobie przez 48 godzin. Żona klubowego kolegi udostępniła swój buduar. Królikom podano jedzenie obficie pokropione bakteriami. Zdechły przez upływem 24 godzin. Można było jechać do Sydney i stanąć przed komisją konkursową.

Drużyna Pasteura składała się z 3 osób - wspomnianego wyżej Adriana Loir, dr Franka Hind i dr Francois Germont. Był to dość dziwny zespół. 25-letni Adrian Loir miał za sobą 7 lat pracy u boku Pasteura, ale nie posiadał żadnego tytułu naukowego czy zawodowego. Książka wspomina, że Pasteur traktował swego kuzyna jak niewolnika. Dopiero po kilku latach doszedł do wniosku, że celowe byłoby mieć w zespole doktora medycyny. Sam Pasteur był z wykształcenia farmaceutą i nie miał nawet prawa zrobić komukolwiek zastrzyku.
Anglik - Dr Frank Hind występował w roli tłumacza. Kłopot w tym, że nie znał on praktycznie francuskiego. Pasteur wyznaczyl go mimo sprzeciwu kilku osób. Rzecz w tym, że w obecności Pasteura, wolno było otworzyć usta tylko w odpowiedzi na pytanie mistrza. Dr Hind pracował z Pasteurem 10 tygodni. Najwyraźniej robił to tak dobrze, że Pasteur nie miał żadnych pytań.
Z dr Germont - Francuzem -  było odwrotnie. Pasteur uważał go za biegłego w języku angielskim. W rzeczywistości dr Germont nie był w stanie przetłumaczyc jednego fachowego zdania bez pomocy słownika.

Pora przedstawić komisję konkursową. Zgodnie z australijską tradycją komisja liczyła wiele osób (12)  o przeróżnych kwalifikacjach, wymienię kilka z nich. Dr Wilkinson - doktor medycyny zafascynowany osiągnięciami dr Roberta Kocha. Edward Quin - farmer, który doświadczał plagi królików na własnej skórze. Stan Queensland nie był dotknięty plaga królików, ale wstawił do komisji swojego reprezentanta w nadziei, że może przy okazji znajdzie się jakieś remedium na choroby bydła. Tasmanię reprezentował Hugh Mahon, którego głowną troską było, aby przy likwidacji królików nie ucierpiały owce. Reprezentant stanu Wiktoria - Edward Lascelles był bogatym byznesmenem prowadzącym bardzo zróżnicowaną działalność. Między innymi był głównym importerem płotów przeciwko królikom i producentem fosforowej trucizny na króliki. Ostatnia rzecz jakiej by chciał to wytępienie królików przez Pasteura.

Spotkanie obu zespołów nastąpiło 23 kwietnia 1888 roku. Dr Hind przedstawił swój zespół i odpowiedział na pytania komisji. Na wstępie nakłamał - przedstawił Adriana Loir jako doktora medycyny podczas gdy był on jeszcze studentem. Podał błędne informacje na temat swojej i dr Germonta współpracy z Pasteurem. Spytany w jaki sposób bakterie będą przenoszone przez króliki - podał ekskrementy podczas gdy Pasteur zakładał, że króliki będą się zarażać w norach. To była ogromna różnica. Zapaliło sie światło alarmowe dla osób ostrzegających  o ryzyku rozprzestrzenienia się bakterii wśród innych zwierząt.
Na koniec, spytany czy francuski zespół zgadza się na obecność osób trzecich podczas eksperymentu, dr Hind odpowiedział - tak - bez uzgodnienia z zespołem. Prawdopodobnie bał się zadać pytanie po francusku. Te przekręty miały ogromnie negatywny wpływ na późniejszą współpracę z komisją, ale o tym w następnym odcinku.

PS. Powyższy wpis pisałem w akubrze czyli filcowym kapeluszu z królików na głowie..

Akubra

Za plecami, na farmie, harcowały króliki, w głowie też.

niedziela, 06 stycznia 2013

Wpis Juliczki

 

Saint-Germain-en-Laye

Coraz prędzej pędzimy przez życie. Przyglądamy się światu jak podróżni z okien wagonu. Na szczęście na naszej drodze spotykamy ludzi, dzięki którym przystajemy. Na chwilę, na dłużej.
Przejmujemy ich rodziny, obyczaje, kuchnię.


Moim znaczącym przystankiem okazał się Robert. Poznałam go jako księgowego, by później, gdy już nie pracował, mijać ojca Claire, na ulicach Saint-Germain en Laye, jako rysownika. Ulubionym obiektem szkiców była chluba jego rodzinnego miasta - średniowieczny zamek, przebudowany w XVIII wieku przez Mansarda. W zamku urodzili się francuscy królowie: Henryk II, Karol IX i Ludwik XIV, przez dekadę mieszkała Maria Stuart, krótkotrwała królowa Francji. W 1919 roku podpisano tu pokój z Austrią, kończący pierwszą wojnę światową.


Robert przechadzał się po zamkowym parku, siadywał na tarasie widokowym podziwiając panoramę Paryża. Zawsze w dużym, fioletowym kapeluszu z falującym rondem, ze szkicownikiem pod pachą. Podpowiedział mi, teraz to wiem, że zawsze warto gonić swoje marzenia, bez względu na to, ile masz lat. Przedstawiał Francję, jakiej nie znajduje się w turystycznych przewodnikach – pełną piękna, tradycji, zdobyczy kultury, odzwierciedlanych nie tylko w historycznych budowlach, ale i w domach, w rodzinie.


Stąd, z Saint-Germain en Laye, krańcowej stacji RER, wyruszałam na samotne wędrówki po Paryżu, w plecaczku – mapa, woda, ser, bagietka. Wiele miejsc najlepiej zapamiętałam ze swoistych randek, z uroczych tete-a-tete z miastem. Przemyślnie wybierałam paryskie trasy spacerów, zawsze z mostem i schodami. Znam, podobno wieczorami rozgwieżdżone, stopnie schodów przy Beaubourg, Montmartru, Opery, Sacre Coeur. Jak namalowany obrazek zapamiętałam widok z mostu Aleksandra III na wieżę Eiffel'a, a także przeglądające się w wodach Sekwany budynki widziane z Pont des Arts. Ktoś gra w karty, ktoś pije absynt. Godzinę powrotu z wypraw po Paryżu narzucała pora kolacji. Nie śmiałabym się spóźnić, opuścić czas rozmów przy stole. Wielu naszym zdjęciom nadałabym kryptonim „ jedzą, siedzą”. Ktoś złośliwy dodałby, że jeśli Francuzi nie jedzą, to mówią o jedzeniu. Lub darowują sobie prezenty.


Nie inaczej bywa w święto Trzech Króli. Tradycyjnie w dzień Epiphanie Francuzi dzielą się ciastem, w którym kryje się mała porcelanowa figurka. Smakowałam dwa rodzaje ciasta królów: kolisty placek z ciasta francuskiego przekładany migdałowym kremem pochodzący z północnej Francji i jego południowy i południowo-zachodni odpowiednik – drożdżowy placek o kształcie nawiązującym do korony królewskiej. W Prowansji ciasto przekłada się kandyzowanymi owocami. Okrągły kształt obu ciast symbolizuje słońce, a tradycję dzielenia się ciastem podtrzymuje się chyba w każdym francuskim domu. Chociaż to nie Trzej Królowie przynieśli je w darze. Zwyczaj sięga do czasów przedchrześcijańskich, a symbolizuje powrót światła po najdłuższych zimowych nocach. Ukrywanie w placku niespodzianki pochodzi z czasów rzymskich i wtedy było to ziarno bobu, a w bogatych rodzinach – złota moneta. Na początku stycznia w Rzymie, z okazji święta Saturna, za pomocą ziarna białego lub czarnego bobu, wybierano króla festynu. Symbol przetrwał, ziarno zastąpiono zapiekaną porcelanową figurką, często Bożej Dzieciny, ale i Łuku Triumfalnego, a do „obchodów” dołączono papierową, złotą koronę. Gdy cała rodzina zbierze się przy stole, najmłodszy jej członek obdziela pozostałych ciastem. Ten, kto znajdzie w swoim kawałku figurkę, zostaje koronowany na króla i wybiera swoją królową.

Miły akcent wieczoru stanowi wręczanie sobie prezentów. Tak stałam się posiadaczką kieliszków do calvadosu, afrodyzjaku dla zagubionych i zniechęconych -„Calvadosu cierpki smak jeszcze wciąż w ustach mam/.../” - może Kasia Klich, inspirowana „Łukiem Triumfalnym”, też ma te kieliszki. Strojnej łyżki do konfitur z innowacyjnym wieszakiem zaczepianym o brzeg słoika, modelu wieży Eiffel'a do temperowania ołówków, miseczki do porannej kawy z listonoszem na rowerze w rozwianym uniformie...

Nie znajdowałam figurki w moim kawałku ciastka, taki fart, królem bywał zazwyczaj Robert. Nacieszywszy się przez moment koroną, szarmancko wkładał ją na moją głowę, a figurkę wrzucał do kieliszka z szampanem. Sprawiał, że czułam się kimś wyjątkowym. Wiem, Maria Stuart źle zabrzmi.

Znam przepis na migdałowe Galette des Rois, ale ani w Saint Germain en Laye, ani w Mareil-Marly nie piekłyśmy go z Claire. Kupowało się u zaprzyjaźnionego piekarza, z koroną w kompleciku. Kupowało, bo piekarze, jak bywało do początków XX wieku, nie częstują już plackiem swoich klientów. Bywa, że piekę królewskie drożdżowe, znane również i w Hiszpanii.


Wystarczy:
450 g mąki pszennej
175 ml mleka
75 g stopionego masła
75 g cukru
2 jajka
2 łyżeczki suszonych drożdży
aromat waniliowy
szczypta soli
1 szklanka bakalii
porcelanowa figurka, złota moneta lub ziarno bobu bądź fasoli,
Do dekoracji:
1 roztrzepane jajko, płatki migdałów, kandyzowane wiśnie i skórki cytrusów.

Podgrzać mleko, podzielić na pół; do jednej części wsypać łyżkę cukru i drożdże, odstawić aż podwoi objętość, do drugiej dodać masło i cukier, przelać obie części do miski z przesianą mąką i solą, dodać jajka, aromat, bakalie oraz figurkę, wyrobić na elastyczne ciasto, odstawić do wyrośnięcia. Uformować walec, zlepić końce, naciąć brzegi, by powtał wieniec, odstawić do wyrośnięcia. Udekorować wierzch, posmarować jajkiem. Piec w 180 stopniach aż będzie złociste/ około 35 minut/. W tym czasie, z wielką dowolnością, wyciąć koronę z papieru, pomalować, skleić, ozdobić; i tak komuś wpadnie na uszy, ktoś nałoży ją na czubek głowy. Podjąć rodzinę ciastem licząc, że tym razem figurka znajdzie się w przydzielonym nam kawałku. Odgonić kołaczące się, nomen omen, po pamięci szekspirowskie stwierdzenie, że życie jest opowieścią idioty. Podążać za marzeniami.

stół


Robert

la galle

korona

00:08, zona.oburzona
Link Komentarze (5) »
sobota, 05 stycznia 2013

pewna.panna Wpis pewnej.panny

Czytam na okrągło, więc jestem uodporniona na gnioty. Niełatwo mnie wzruszyć, rozśmieszyć, sprawić bym się popłakała. Oto książki przeczytane w ubiegłym roku, które wywołały we mnie różne emocje od uśmiechu, przez dreszcze, aż po okrutny szloch (ukochana Bator). W kolejności przypominania się:

1. The Round House-Louise Erdrich (najnowsza powieść LE nagrodzona National Book Award)

2. Ciemno, prawie noc-Joanna Bator

3. Enerdowce i inne ludzie-Brygida Helbig-Mischewski (śmieszne plus elementy akademickie)

4. Dzienniki kołymskie-Jacek Hugo-Bader (świetny reportaż, a spotkanie z autorem GENIALNE)

5. Zrób to we Wrocławiu-Ewa Orczykowska (magiczny dwujęzyczny przewodnik, nawet Wrocławianka się nim zachwyci)

6. Poniedziałki bez mięs-Paul, Stella i Mary McCartney (książka kucharska- prawie same warzywa!)

7. Birdsong-Sebastian Faulks (sugestia Kattinki-połknęłam w trzy posiedzenia, choć ciężko było mi się wczytać; identyfikuję się zwłaszcza z wnuczką ciekawą losów wojennych dziadka)

8. Szaleństwo katalogowania-Umberto Eco (a może to czytałam w 2011? nieważne--piękne ilustracje, tekst w sam raz dla fanki katalogów i list; tak mi się podobało, że czytałam i po polsku i po angielsku)

9. Tyrmandowie. Romans amerykański-Agata Tuszyńska (Tyrmand mnie nie rusza, ale ten romans mi się podobał, zwłaszcza odnalezione listy w szafie)

10. Zbierane, gubione 1960-2010-Krystyna Miłobędzka (najcichsza i najmniej zblazowana poezja na świecie; poetka starowinka która, gdy czytała swoje wiersze na Porcie Literackim we Wrocławiu w 2012, wstrzymywaliśmy powietrze, żeby cokolwiek usłyszeć i zrozumieć; moje odkrycie roku, choć poezję czytam sporadycznie)

 

Pharlap      Wpis pharlapa

Na moje liście będą dwie powtórki - książki, które czytałem wcześniej, ale powrót do których był odkryciem nowych znaczeń i emocji. W przypadku jednej książki podaję link do wikipedii gdyż jest to książka, o której pewnie słyszało bardzo niewiele osób.
Kolejność na liście nie ma żadnego znaczenia...

1. IQ1984 - Haruki Murakami.

2. Religion for Atheists - Alain de Botton - dziekuję Kattince za zwrócenie uwagi na tego autora.

3. Solar - Ian McEwan.

4. Child in time - Ian McEwan.

5. Dziennik jaskółki - Amelie Nothomb - dziękuje Niespiesznej za wpis o tej autorce w Starej Kurze.

6. Szatańskie wersety - Salman Rushdie - powtórka.

7. Hipnoza - Hanna Krall -  - powtórka.

8. Król kier znów na wylocie - Hanna Krall.

9. Pasteur's Gambit - Stephen Dando-Collins.

10. Maestro - Peter Goldsworthy.

 

 

Wpis Żony Oburzonej

1. Wszystko jest iluminacją, Jonathan Safran Foer - zdecydowanie największe odkrycie poprzedniego roku. Książka leżała u mnie na półce przez kilka lat, pożyczyła mi ją koleżanka z poprzedniej pracy. Kończący się okres wypowiedzenia (chciałam zwrócić książkę) był dla mnie motywacją do sięgnięcia po tę pozycję. No i również pozytywne informacje z Kurnika...

2. Dzisiaj narysujemy śmierć, Wojciech Tochman - książkę przeczytałam szybko. Bolała długo...

3. Sputnik Sweetheart, Haruki Murakami - pierwsza przeczytana przeze mnie książka tego autora, stąd zrodził się sentyment.

4. Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów, Mariusz Surosz

5. Biała Maria, Hanna Krall

6. Hańba, J.M. Coetzee

7. Czarnoksiężnik z Archipelagu, Ursula K. Le Guin

8. Wielkanocna Parada, Richard Yates

9. Nagłe pukanie do drzwi, Etgar Keret

10. Złodziejka książek, Markus Zusak

Tagi: książki
00:05, pewna.panna
Link Komentarze (10) »
czwartek, 03 stycznia 2013

     Wpis powsinogi

Przy brzegu jeziora Michigan w Evanston, u zbiegu ulic Sheridan i Central stoi Grosse Point Lighthouse...

Latarnia

Jest to latarnia "morska"; po polsku brak na to innego określenia – nigdy nie mieliśmy latarń nad jeziorami. Zbudowana w roku 1876, w 1976 umieszczona w Krajowym Rejestrze Miejsc Historycznych, została w 1999 roku uznana zabytkiem klasy krajowej.
W czasie sezonu – od czerwca do końca września – można ją zwiedzać z przewodnikiem w soboty i niedziele.Na górę wchodzi się po ponad stu metalowych, kręconych schodach. Tych samych, po których od roku 1874 dzień w dzień chodzili latarnicy, aby wieczorem zapalić, a rano zgasić lampę i dokładnie wyczyścić wszystkie urządzenia.
Grosse Point Lighthouse stoi w niebezpiecznym dla żeglugi miejscu. Sięgające daleko od brzegu płycizny, zawirowania wiatru i silne fale były w dziewiętnastym wieku groźną pułapką dla licznych statków zdążających do portu w Chicago – zwłaszcza w mrokach nocy.
W drugiej połowie stulecia przebiegał tamtędy ruchliwy szlak wodny. Jeziorem Michigan, przeważnie wzdłuż brzegu, wpływało do Chicago ponad 12 tysięcy statków handlowych i pasażerskich rocznie. Wprawdzie brak dokładnych statystyk, ale wiadomo, że wiele z nich zatonęło na płyciznach Grosse Point.
Najbardziej dramatyczna, najgłośniejsza i najlepiej udokumentowana katastrofa w tej okolicy zdarzyła się we wrześniu 1860 roku, kiedy parowiec pasażerski Lady Elgin z ponad trzystu osobami na pokładzie zderzył się w nocy ze szkunerem Augusta. Głęboko rozpruta w wyniku kolizji Lady Elgin szybko poszła na dno, a silny północno-wschodni wiatr zaczął pędzić jej szczątki i kilkudziesięciu rozbitków w kierunku brzegu. O świcie setki zgromadzonych nad jeziorem mieszkańców Evanston obserwowało ze zgrozą nieszczęśników walczących z wysoką falą, wołających o pomoc i ostatkiem sił próbujących dopłynąć do lądu. Uratowało się tylko trzydzieści osób. 
Wstrząśnięci tragedią mieszkańcy Evanston wystosowali do Kongresu USA petycję, domagając się postawienia w Grosse Point latarni, ostrzegającej marynarzy przed ich zdradliwym brzegiem. Projekt budowy, zatwierdzony, ale odłożony na bok wobec wybuchu wojny secesyjnej, został zrealizowany w roku 1873, a w marcu następnego roku pierwszy raz zapłonęło, widoczne przy dobrej pogodzie na odległość 17 mil, światło nowej latarni.
Wysoką na 113 stóp (34.5 m) wieżę zbudowano z dwóch warstw – wewnętrznej pionowej ściany i zewnętrznego muru z żółtej cegły, o średnicy zwężającej się ku górze, co nadaje jej charakterystyczną "latarnianą" sylwetkę. Dziś nie widać cegły; kiedy powierzchnia zaczęła ulegać erozji, w roku 1914 pokryto ją warstwą betonu.Aż do roku 1923, kiedy latarnię zelektryfikowano,  światło wysyłała umieszczona wewnątrz ogromnej soczewki Fresnela lampa łojowa o trzech knotach. Wokół niej obracały się trzy tarcze z czerwonego szkła. Co trzy minuty białe światło przerywał 10-sekundowy błysk czerwieni – charakterystyczny sygnał świetlny Grosse Point. Obrotowy mechanizm sygnału latarni był wprawiany w ruch przez układ zębatych kół i ciężarek na linie, sięgającej od czubka wieży do poziomu ziemi. Do zadań latarnika należało trzykrotne każdej nocy wciągnięcie ciężarka korbą na samą górę.Zwiedzając latarnię przechodzimy przez – otwarte teraz – szczelne stalowe drzwi...

FresnelDzrwi

Stanowiły one dawniej zaporę dla przeciągu, który groził zdmuchnięciem ostrzegawczego płomienia lampy. Wchodzimy na schody. Osobom skłonnym do zawrotu głowy odradza się tę wycieczkę; do samej komory świetlnej idzie się ślimakiem z ażurowych stalowych schodów – w prawo, w prawo, w prawo… Przewodnik rozprasza monotonię wchodzenia opowieściami o historii Grosse Point.
Głębokie wnęki mijanych po drodze małych okienek dają pojęcie o grubości muru. Jesteśmy w zabytkowej "maszynowni". Oryginalna oszklona szafka z trybami i przekładniami, dziś już eksponat muzealny...

Tryby

Przewodnik wyjaśnia zasady działania mechanizmu, przenosi nas sto i więcej lat w przeszłość. Wyobrażamy sobie dawnego latarnika – w mundurze, który oglądaliśmy w gablocie mini-muzeum na parterze – kręcącego korbą wyciągu z solennym przeświadczeniem o ważności swego zadania. Aby nigdy nie powtórzyła się tragedia, jaką skończył się rejs Lady Elgin.
Wchodzimy jeszcze wyżej. To już koniec naszej wędrówki. Jesteśmy w przeszklonej kabinie, z której widać od wschodu szeroki horyzont jeziora, od zachodu Evanston, a na południe – całkiem wyraźnie – wieżowce odległego o 15 mil centrum Chicago. Wyżej – po drabince na zewnątrz – wychodzą już tylko pozbawieni instynktu samozachowawczego ludzie z personelu technicznego, kiedy trzeba na przykład pomalować dach.Obchodzimy dookoła lampę, otoczoną gigantyczną soczewką, nazwaną od jej wynalazcy, francuskiego fizyka Augustin-Jeana Fresnela. Jest to konstrukcja z mocowanych na metalowym szkielecie łuków szklanych, z których każdy stanowi fragment soczewki o innej ogniskowej, co pozwala na silne skupienie promienia światła i w konsekwencji – wysyłanie go na dużą odległość. Z tyłu, od strony miasta, lampa jest osłonięta mosiężną tarczą z wyrytym napisem "Henri Lapaute, Paris, France".  Tak, soczewka była wykonana w roku 1850 w paryskiej pracowni i dostarczona do Evanston.
Jest to ponad dwumetrowej wysokości soczewka typu "second order", największa z zainstalowanych w tamtym okresie w latarniach nad  Wielkimi Jeziorami.
Ostre krawędzie jej łuków są miejscami wyszczerbione. Te ubytki to część historii Grosse Point. Wobec znacznego zmniejszenia ruchu statków na jeziorze w latach 1930., skończyła się rola latarni jako pomocy w nawigacji. W roku 1935 agencja federalna U.S. Lighthouse Service zdecydowała o wyłączeniu jej z użytku, nie troszcząc się o niepotrzebny nikomu sprzęt i urządzenia.
Na szczęście znaleźli się ludzie, którzy rozumieli historyczne znaczenie obiektu i jego zawartości. Zdemontowane i troskliwie rozparcelowane po piwnicach prywatnych domów kruche elementy soczewki Fresnela przetrwały okres "bezpańskości" i wróciły na miejsce po pomyślnym zakończeniu batalii. A na ratunek latarni, traktowanej – przynajmniej przez mieszkańców Evanston – jako zabytek, pospieszyły zatroskane o jej przyszłość miejscowe instytucje i organizacje – zarząd okręgu parków (noszącego obecnie nazwę Lighthouse Park District), Towarzystwo Historyczne Evanston i miejscowi kongresmeni. W rezultacie rząd federalny zgodził się przekazać latarnię na własność miastu Evanston.
Zarząd parków utrzymuje ją do dziś w ruchu, jako obiekt pomocny w nawigacji, znajomy punkt odniesienia dla licznych łodzi turystycznych i sportowych.

Latarnia z plazy

Sto lat od powstania latarni,  w 1973 roku, zaczęto prace przy jej odrestaurowaniu. Być może to zaowocowało decyzją o włączeniu Grosse Point Lighthouse do krajowego rejestru miejsc historycznych. Ostatecznym sukcesem grona zapaleńców było uznanie jej – jako zaledwie siódmej latarni "morskiej" – zabytkiem krajowym. Część plaży przy latarni jest wydzielona jako teren ekologicznej odbudowy wydm, a wokół wieży można przejść się po ogrodzie, w którym miejscowy Klub Ogrodniczy pielęgnuje lokalną roślinność – od starych drzew do dzikich kwiatów. To dodatkowa atrakcja tego miejsca. Można tam przyjemnie spędzić czas oczekiwania na zwiedzanie latarni.
Ci, którym nie wystarcza spacer koło latarni i oglądanie jej w dzień, wybierają się na plażę w nocy, kiedy ciemności przecina rzucony w stronę jeziora jasny snop światła. Bez tego przeżycia, twierdzą miejscowi, nie można naprawdę poznać ich latarni...
Tylko… choć nie potwierdzają tego przewodnicy ani ludzie pełniący oficjalne funkcje w Grosse Point, czasem przy pełni księżyca i zupełnie spokojnej wodzie samotny amator historii może tam posłyszeć dochodzące z jeziora słabe, tłumione hukiem silnych fal, mrożące krew w żyłach okrzyki: "Help! Help!".

Tagi: USA
23:50, pharlap
Link Komentarze (4) »

  Wpis Heimchen

Na pytanie czytelniczki "Czy święta muszą być takie męczące" pani ekspert-psycholog z "Życia na gorąco" poleca odejście od utartego schematu ich spędzania:

W ucieczce od świątecznego stołu i poszukiwaniu spokoju i kontemplacji poszłam więc utartym szlakiem po Wielkim Tiergarten do Gabinetu Miedziorytów na Kulturforum. Tylko że chyba cały świat czytał artykuł pani Zięby - w normalnie mniej frekwentowanym muzeum kreciły się tłumy ludzi na wystawie "Karl Friedrich Schinkel - historia i poezja". Chociaż mój kościól parafialny jest po-Schinkelowski i parę innych z żóltych płam na tej mapie już "zaliczylam",

poznałam na tej wystawie jeszcze parę nowych dla mnie aspektów osobowości i twórczości tego "disajnera". Jego podręcznik dla przyszłych inżynierów i rzemieślników "Vorbilder für Fabrikanten und Handwerker" miał ogromny wpływ na estetykę wczesnego przemysłu w Prusach, bardzo owocna w tym kontekscie była jego przyjaźn z Beuthem. Poza różnymi innymi projektami Schinkel był pionerem ochrony zabytków i reformatorem teatru. Jego scenografia opery "Czarodziejski Flet" zainspirowala aktualną inscenację Everdinga. Przed szkicem innej scenografii przeżyłam traumatyczne Déjà-vu:

Sztuka teatralna o podobnym tytule, który powstał prawie pół wieku później, była przedmiotem "mistycznego" seminarium, w dosłownym tego słowa znaczeniu, które z trudem "zaliczyłam" na Uniwesytecie Gdańskim: 

Zajęcia te raczej były przywoływaniem duchów (czyli nawet Króla Ducha?), profesor cały czas coś deklarował drżącym głosem, i jak chodziło o Krzyżaków lub Niemców, którzy zawsze grali tam bardzo negatywną rolę, wszyscy się do mnie odwrócili i patrzyli na mnie pełni zarzutów. Specjalnie już siedziałam w ostatniej ławce, żebym nie musiała na nic odpowiadać, bo ta lektura naprawdę była trudna do czytania. Chciałam ułatwić sobie pensum przy pomocy "Teatru Telewizyjnego", ale niestety o tej samej godzinie w akademiku wszyscy oglądali "Przystanek Alaska" i nie miałam szansy znaleźć chętnych na Daniela Olbrychskiego, jeźdżącego po ukraińskim stepie. 

Zagadka: Pytam dzisiaj o tytuł i nazwisko autora sztuki, do której Schinkel malował tę scenerię w śniegu? 

O ile zagadka prowadzi na daleki wschód, przepis dzisiaj pochodzi z zachodu Schinkelowskiego kosmosu, chyba przydałby się też Napoleonowi jako prowiant dla wojska w roku 1812 w Rosji, bo jest nader sycacy i rozgrzewający. Mieliśmy to na Sylwestra, mianowicie "Fondue au fromage":

Na "kuchnię akademicką" stawia sie garnek, trochę trzeba go wysmarować czosnkiem. Potem do garnka dodać trochę wytrawnego białego wina i 3 rodzaje tartego sera. Są różne wersje regionalne, szwajcarskie i francuskie. Zdecydowaliśmy się tym razem na Emmentaler, Comté i Greyerzer. Roztapiać i pilnie mieszać! Kromki bagietki maczać widelcem - nie potrzebne nawet naczynia! Chyba za rok wyślę ten przepis do redakcji "Życia na gorąco" - Święta wcale nie muszą być takie męczące!

Tagi: przekąski
07:17, heimchen
Link Komentarze (5) »
środa, 02 stycznia 2013

 

 

Wpis Żony Oburzonej

 

Jednym z moich ulubionych polskich miast jest Gdynia. Mówię sobie czasem, że gdybym miała się wyprowadzać z Wrocławia, to właśnie to miejsce bym wybrała, ale kto to wie? W każdym bądź razie, Gdynia zachwyciła mnie od pierwszego wejrzenia.

Po pierwsze, to miasto o zupełnie innym charakterze niż większość polskich miast. Nie ma tam typowej starówki, rynku otoczonego kamieniczkami i ratusza. Miasto bowiem powstało w latach XX przy dynamicznie rozwijającym się porcie, można zatem powiedzieć, że jest młodziutkie. Początkowo była to po prostu rybacka wioska, później zaczęło się na tym terenie rozwijać letnisko. Zamiast rynku jest Skwer Kościuszki, Bulwar Nadmorski i Molo Południowe, no i oczywiście reprezentacyjna ulica Świętojańska.

Po drugie, bardzo podoba mi się ukształtowanie terenu i przyroda. Mnóstwo tu pagórków, wzgórz, klifów. W granicach miasta znajdują się rezerwaty przyrody, parki i lasy. Mam wrażenie, że z każdego miejsca wystarczy kilka minut, by znaleźć w miejscu idealnym na długi i relaksujący spacer.

Po trzecie, mój zachwyt Gdynią został wzmocniony poprzez przyjemne i bezproblemowe korzystanie z komunikacji miejskiej: autobusów, trolejbusów i pociągów SKM. Zdarzyło mi się z tej sympatii powiedzieć Dzień Dobry pasażerom trolejbusa, do którego wsiadałam... Jednym z najciekawszych widoków (nie udało mi się niestety uchwycić go aparatem) był zachód słońca, na którego tle widoczna była sieć krzyżujących się trakcji i żurawie stoczni.

A ulubione miejsce w Gdyni to Orłowo, a dokładnie część dzielnicy położona przy zatoce. To miejsce modne i lubiane zarówno przez miejscowych, jak i turystów, bo jest tam rzeczywiście pięknie. Molo orłowskie podoba mi się o wiele bardziej niż to słynne w Sopocie. A zakątkowi uroku dodaje klif.

Molo w Orłowie

klif w Orłowie

Tagi: podróże
10:12, zona.oburzona
Link Komentarze (10) »
wtorek, 01 stycznia 2013

 

 

 Wstęp Żony Oburzonej

W naszym Qrniku przesiaduje sobie towarzystwo międzynarodowe. Istna grzęda Babel. Poczytajmy wspólnie zatem, czego Kurki i Kogutki życzą Czytelnikom z okazji rozpoczęcia nowego 2013 roku.

 

 

 

 Wpis Włosz.czy.zny

Auguro a tutti un meraviglioso Anno Nuovo …ricco di splendide occasioni, felici incontri, realizzazione dei vostri desideri e molte soddisfazioni!

http://www.sylwester.follownet.pl/grafika/sylwester_wenecja_maski.jpg

 

 rysunek Anna Krenz Wpis Ewy Marii

Życzenia niemieckie te oficjalne brzmią:
Frohes Neues Jahr  - Szczęśliwego Nowego Roku
 
Plebejskie niemieckie życzenia to "Prost Neues Jahr!" albo "Prosit Neues Jahr" czyli coś w rodzaju "Na zdrowie, na nowy rok!" i mówi się to podnosząc kieliszek. To "prost" to zapewne polskie "proszę" - berlińczycy mają trochę polskich słów, np. gurke czyli ogórek albo papirosy lub piniundze i ten prost tu należy.

A te najmniej oficjalne, ale najbardziej ulubione życzenia noworoczne, przynajmniej w Berlinie, brzmią "Guten Rutsch" czyli "dobrego ślizgu w Nowy Rok".
dobrego ślizgu!

Dopiero kilka lat temu jakiś mądry językoznawca odkrył, że wcale nie chodzi o ślizgawkę, tylko że ten "Rutsch" to przekształcone słowo jidisz i hebrajskie "Rosh Hashana" czyli właśnie Nowy Rok, a dokladniej chyba nawet szczęśliwa głowa (nowego roku). Dlatego w żydowski Nowy Rok trzeba jeść zwierzęta z głowami np. karpia i tu się okazuje, że nasz polski karp wigilijny to być może żydowski karp noworoczny. Trzeba też jeść jabłka z miodem i mak, bo słodycz miodu i drobne liczne ziarenka maku zapowiadają dostatek - co też mogło wpłynąć na polski zwyczaj jedzenia kutii wigilijnej.

   Zyczenia Kattinki

FELIZ ANO NOVO! Que 2013 seja o ano mais feliz que já viveste.

 

Ania  Życzenia Panienki Ani...

.. w Jidysz:

!גליקלעך נייַ יאָר!   מיר װינטשן פֿאַר אײַך אַלע אַ גוט פֿרײלעך נײַ יאָר 

i po bułgarsku:
Честита 2013 г. Успех във всичко, което умеем, късмет във всичко, което не зависи от нас и сбъдване на всичко за което мечтаем!

 

pharlap Życzenia pharlapa.

 Życzenia noworoczne w Australii... Australijczycy są bardzo powściągliwi w okazywaniu swoich uczuć i używają raczej prostego języka. A zatem tylko - Happy New Year. Przepytałem moich znajomych u św Wincentego. Większość ma irlandzki rodowód - wiadomo - katolicy. Irlandzkie noworoczne życzenie brzmi - In the New Year, may your right hand always be stretched out in friendship and never in want. Na pierwszy rzut oka wygląda to bardzo minimalistycznie chociaż  - want - potrzeba - jak wiele treści może się kryć w tym pojęciu. Extend our hands to the others.

Wpis Żony Oburzonej

Cóż, ja próbowałam znaleźć jakiś ładny tekst tradycyjnych życzeń noworocznych. Niestety, trudno mi jest  już oddzielić to, co tradycyjne, od tego, co krąży w mailach i smsach powielane metodą kopiuj-wklej. Ze smutkiem stwierdziłam, że nawet śliczny tekst życzeń świątecznych znaleziony przeze mnie wiele lat temu w jakiejś książce funkcjonuje jako gotowiec do kopiowania w masowo wysyłanych wiadomościach. Ucieszyłam się, gdy znalazłam pewien tekst w gwarze góralskiej, ale przytomnie zapytałam Wujka Gugla, co o nim sądzi. Okazało się, że i ten tekst jest już mocno wyeksploatowany.
Pozostaje mi zatem życzyć Wam gorąco i szczerze: Szczęśliwego Nowego Roku. Bo przecież tak właśnie zazwyczaj życzymy sobie przy tej okazji.
Tagi: obyczaje
01:23, ewamaria030
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 31 grudnia 2012

pharlap   Wpis pharlapa.

 Jim Brandenburg to popularny, szczególnie w stanie Minnesota, fotograf natury. Przez długie lata nazywano go "the wolf guy", nie bez powodu.
Któregoś dnia Jim skontaktował się z National Geographics wspominając o swoim kolejnym projekcie - zaszyję się w puszczy na trzy miesiące - od jesiennego zrównania dnia i nocy do zimowego przesilenia. Co myślicie o albumie - 90 dni w północnej puszczy? National Geographic kupiło projekt na pniu.

Po trzech miesiącach otrzymali przesyłkę pocztową - kopertę z trzema rolkami filmu.
- Co to jest? - spytał zaskoczony wydawca.
- To o czym rozmawialiśmy - 90 zdjęć do albumu.
-  Zaraz, zaraz, przecież pewnie zrobiłeś setki, może tysiące zdjęć. Przyślij wszystko, pogadamy, które wybrać.
- Nie zrozumieliśmy się. 90 zdjęć. Wyznaczyłem sobie limit - tylko jedno zdjęcie dziennie. 

Efektem był poniższy album...

Jim B

Czasem zastanawiam się nad dniem Jima Bradenburga. Rano, piękny poranek, aż się prosi żeby pstryknąć zdjęcie. Zaraz - czy dzisiaj już nic lepszego mi się nie trafi? Co zrobić z resztą tak pieknie rozpoczętego dnia? I odwrotnie - poczekam do wieczora żeby zrobić zdjęcie zapadajacego mroku. Jak zorganizować taki dzień? Chyba najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu żeby uniknąć wielu kuszących okazji. A co jeśli zmieniła się pogoda i nie można znaleźć żadnego godnego uwagi ujęcia. Nie ma przebacz, trzeba zrobić nieefektowne zdjęcie i podpisac je własnym nazwiskiem.

Przeglądam album.. świetne technicznie zdjęcia, niektóre piękne. Niektóre. We wstępie Jim Brandenburg napisał: .. moja praca zostanie obnażona do samych kości pokazując moje prawdziwe umiejętności fotografa i człowieka lasu

W ostatnim dniu roku spoglądam wstecz na 365 niepowtarzalnych szans jakie dał mi ten rok. Niektóre dni są pamiętne, niektóre piękne, niektóre żenujące, niektóre burzliwe, niektóre szare. Niektórych nie pamiętam, niektóre wolałbym zapomnieć, niektóre przeżyć jeszcze raz. 365 dni podpisanych moim nazwiskiem.

To dobrze, że nie mamy takich ograniczeń jak Jim Brandenburg, że każdy dzień daje wiele szans. Chociaż - czasami byłoby wygodnie powiedzieć - niech się dzieje co chce, ja już zrobiłem swoje na dzień dzisiejszy.
Jest powiedzenie - nie chwal dnia przed zachodem. Uzupełniłbym je słowami - nie czekaj zachodu, zrób ten dzień wartościowym w każdej chwili.. 

Każdy dzień. Projekt 365 dni zaczyna się JUTRO.

Tagi: fotografia
01:01, pharlap
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 grudnia 2012

pharlap   Wpis pharlapa.

 

Ponieważ nieżyjąca para została nadesłana do Tuły 18 listopada 1924
roku, można więc w chwili obecnej obliczać ilość królików w guberni
tulskiej na 11,762 i pół sztuki. Na skutek prawidłowej akcji oraz braku
różowej wody przewiduje się na 1 styczeń 1930 roku we wspomnianej
guberni 260,784 sztuki królików.

Ilia Erenburg - Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca.

Australia spisała się dużo lepiej, w 1926 roku było tu 10 miliardów królików (źródło).

Króliki przywiezione zostały do Australii przez Pierwszą Flotę w 1788 roku. Nie spowodowały one jednak żadnych kłopotów wprost przeciwnie. Jedynie na Tasmanii zanotowano plagę królików.
Kłopoty zaczęły się w 1859 roku gdy pan Thomas Austin poprosił kuzyna z Anglii o przysłanie 12 szarych królików, 5 zajecy, 72 kuropatw i kilku wróbli żeby było na co polować ( źródło ). Kuzyn zastąpił kilka szarych królików domowymi i to chyba właśnie one, odporniejsze na przeciwności klimatu, zapoczątkowały późniejszą eksplozję. Ledwie 10 lat później królików było tyle, że coroczny odstrzał 2 milionów nie powodował zauważalnego efektu.
W 1897 roku straty powodowane przez króliki były tak poważne, że rząd Nowej Południowej Walii zafundował nagrodę w wysokości 25,000 funtów (równowartość 10 milionów obecnych dolarów) za efektywna metodę zniszczenia szkodników. Nadeszło 1,500 zgłoszeń z całego świata. Również od bardzo słynnego europejskiego mikrobiologa. Jak widać z pierwszej linii tego wpisu problemu nie rozwiązano.
Stosowano więc nadal metody konwencjonale - odstrzał, niszczenie króliczych nor, trucizna. Najbardziej spektakularnym pociągnięciem było wybudowanie w 1907 roku "przeciwkróliczego" płotu ( rabbit-proof fence ) długości ponad 3250 km. Kłopot w tym, że budowa trwała długo i w tym czasie króliki mogły swobodnie przemieszczać się na niepłoconą stronę. Polecam obejrzenie TEGO video, które daje pewne pojęcie o rozmiarach problemu.
W ostatnich latach przeciwkróliczy płot zyskał rozgłos dzięki filmowi Rabbit-proof fence opowiadającym autentyczną historię aborygeńskich dzieci odebranych w 1931 roku rodzicom w celu asymilacji w "białej" Australii. Dzieci zapamiętały, że ich matka mieszka gdzieś na końcu płotu i po ucieczce z zakładu wychowawczego szły przez 9 tygodni wzdłuż płotu aż osiągnęły swój, odległy o 2,400 km, cel.

Przełomem w wace z królikami było dopiero wprowadzenie do walki wirusa myxomatosis, który powodował śmierć 99.8% zarażonych królików. Rezultat przerósł wszelkie oczekiwania. Populacja królików zmniejszyła się z 600 milionów do zaledwie 100 milionów ( źródło ). W tym momencie muszę wezwać Lejzorka Rojtszwańca na pomoc...
- Powiedz mi Lejzorku co się stało z 9 miliardami 400 milionami królików bo tyle wynosi różnica między liczbą podaną w pierwszej linii wpisu a 600 milionami podanymi przez CSIRO - najpoważniejszą instytucję naukową Australii?
- A kto podał te 10 miliardów? - spytał Lejzorek z niewinną miną.
- Department of Primary Industries stanu Wiktoria.
- Aaa, wiem, tam pracował mój kuzyn Baruch - odpowiedzial Lejzorek.

Po kilku latach króliki uodporniły się na myxomatozę, skuteczność spadła poniżej 60%. W latach 90 ubiegłego wieku wprowadzono do akcji calicivirusa, który ustabilizował liczebność królików na poziomie 200 milionów. Ostatnio mnożą się sygnały, że zabójcze środki stały się znowu mniej efektywne co w połączeniu z wielkim urodzajem jaki mamy od ponad 2 lat oznacza wzrost liczebności króliczej armii do rozmiarów plagi sprzed wielu lat.

Gwoli sprawiedliwości wspomnę korzyści z królików. Po pierwsze mięso. Uratowało ono wiele osób od śmierci głodowej w latach depresji. Po drugie futro, po trzecie filc. To ostatnie było inspiracja do tytułu tego wpisu. Wszak z króliczego filcu produkuje się kapelusze akubra , które są znakiem rozpoznawczym australijskiego farmera. Po lekkiej modyfikacj, stały się one nakryciem głowy australijskiej armii.

Muszę przyznać, że ta cała królicza historia mocno mnie smuci. Calacivirus tłumaczy się na polski jako wirusowa krwotoczna choroba królików - brrrr. Jeśli tak traktujemy to urocze zwierzątko to co czeka nas samych? Przypominają mi się wspominane już na tym blogu słowa św Augustyna, że Antypody nie istnieją.

Dla odwrócenia uwagi zagadka. Wspomniałem, że do konkursu na metodę likwidacji królików zgłosił się słynny mikrobiolog. Kogo mam na myśli? Odpowiedź: Ludwik Pasteur - więcej informacji TUTAJ.
Pytanie pomocnicze - w końcowej fazie konkursu głównym adwersarzem Pasteura stał się inny bardzo słynny mikrobiolog i bakteriolog - kto?
Odpowiedź: Robert Koch - wyjaśnienie TUTAJ

Tajniki powyższego konkursu i bezwzględną walkę słynnych mikrobiologów opiszę juz w przyszłym roku.

Tagi: Australia
00:16, pharlap
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22