Nie jesteśmy nowi na świecie, przed nami była
KURA

O nas i o blogu

Napisz do nas:
qra-poczta@gazeta.pl

Współpracuj z nami

Nagrody
Fundatorzy
Lektury
Filmy


RSS
piątek, 01 lutego 2013

Drogie Czytelniczki Kury, drodzy Czytelnicy Qry!

Jak się okazało, ferie zimowe były nam wszystkim bardzo potrzebne. „Atak” zimy nie spodobał sie jedynie drogowcom i... pasażerom samolotów, nam natomiast zimowe pejzaże (i temperatury!) dodały świeżej energii. I oto w odpowiedzi na postawione wcześniej zasadnicze pytanie „Co dalej?” wracamy do Was z nowymi pomysłami. 

Co ważne – i warte podkreślenia – „nowe” nie wynika z tego, że to, co było do tej pory, już się nam znudziło czy zmęczyło nas codzienne pisanie dla Was (i do Was). Nic podobnego! Kura i Qra pozostaną w naszej pamięci jako czas i miejsce wyjątkowe, a teksty tam zamieszczone z powodzeniem złożyłyby się na dwie fantastycznie ciekawe księgi. Ale zmienił się skład Redakcji: odeszła pomysłodawczyni Kury i Qry, Ewa Maria Slaska, równocześnie dołączyli do nas nowi autorzy. Siłą rzeczy, w nowym gronie pojawiły się inne tematy, inne spojrzenia, inne wizje. Mamy nadzieję, że nowa formuła, tak jak każda nowa książka, okaże się dla nas wszystkich – i autorów, i Czytelników – pięknym doświadczeniem. 

A zatem, nie żegnamy się, tylko – witamy w nowym gronie!

Nowy blog znajdziecie tutaj:

http://waltanie.blox.pl/html

Zapraszamy!


PS Ewy Marii: też się żegnam, też serdecznie dziękuję za współpracę i też zapraszam do innego bloga, na którym drukuję teksty literackie, publicystyczne i poezję po polsku, niemiecku i angielsku

http://ewamaria2013texts.wordpress.com 

02:38, ewamaria030
Link Komentarze (33) »
piątek, 18 stycznia 2013

   Wpis Kanadyjki

Drodzy Czytelnicy Qry.
 Poświąteczne zmęczenie, nowy rok i zimowy brak energii sprawiły, że stanęliśmy nagle wobec pustki i zadaliśmy sobie pytanie "Co dalej?". Żeby jednak nie odpowiadac na to pytanie zbyt pochopnie, postanowiliśmy zrobić 2-tygodniową przerwę we wpisach.
Przez ten czas, jako gremium redakcyjne, zastanowimy się czy chcemy ten blog kontynuować, a jeżeli tak, to jak ma on dalej wyglądać i na jakich zasadach funkcjonować. Ponieważ jednak ten blog jest przecież pisany dla Was, zapraszamy Was do dyskusji nad jego przyszłą formą. Wasze komentarze i uwagi bardzo nam pomogą.
Tak więc następny wpis pojawi się 1 lutego. Mamy nadzieję, że wrócicie do nas tego dnia, chociażby z ciekawości.
Redakcja Qry.

00:24, pharlap
Link Komentarze (28) »
środa, 16 stycznia 2013

   Wpis pharlapa                  Zdjęcia Powsinogi

- Do widzenia Po, uważaj bo już jest po! - powiedział TADEUSZ zapinając kurtkę.
Po spojrzała na zegar na  ścianie - znowu zasiedziała się za długo w pracy. Szybko wyłączyła komputer, narzuciła płaszcz i zbiegła po schodach na parking.
- Szybko, szybko do domu - czuła zmęczenie i głód. Ruch na ulicach nieco zmalał, zacinał wiatr, padał deszcz, widoczność była kiepska. Jechała na pamięć tą sama trasą co zawsze. Jeszcze tylko przeciąć drogę szybkiego ruchu i za 5 minut będzie w domu. Zatrzymała samochód na światłach, przekręciła głowę w lewo i w prawo żeby nieco rozluźnić mięśnie szyi gdy nagle..
- Kapitalne - szepnęła i wrzuciła migacz w prawo. 

- Kiedyż te światła się zmienią? - niecierpliwił się S - no nareszcie. Dodał gazu na zakręcie. To był marny dzień, ale może wieczór bedzie lepszy.
- Co za ludzie? - mruknął sam do siebie wspominając niedawne wydarzenia. Regularny pokerek u ATOMKA. Taka karta, cztery króle i zabrakło forsy. Głupie dwadzieścia dolarów i nikt nie chciał pożyczyć. Nawet Rysiek - SKNERA JEDEN.
- Potraktowali mnie jak dzieciaka.
- Zaraz, zaraz, gdzie ja jestem? Acha, teraz w lewo. Dobrze, że chociaż dali dokładną instrukcję.

Po nacisnęła pedał hamulca. Ależ on nierówno jedzie! Może teraz? Sięgnęła na boczne siedzenie, ale w tym samym momencie samochód przed nią skręcił w lewo. Wrrrr - warknęła gniewnie i dodala gazu. 

Jadąc przypominał sobie ostatnie wydarzenia. Kręcił się bezmyśnie po mieszkaniu ATOMKA.
- Łyknij sobie - zaproponował GRUBCIO i nie pytając nalał whisky do szklanki - cienko przędziesz?
- Jestem pod KRESKĄ. Od dwóch tygodni żadnych zleceń.
- Łotebaut sto dwadzieścia płatne przy dostawie?
- Jaki towar?
- Spoko, bardzo bezpieczny. Ukraińskie papierosy. Albo bierzesz albo SPADAJ.

Teraz jechał szeroką, pustą ulicą. Przeciągnął się i spojrzał w lusterko. Tuż za nim jechał jakiś samochód.
- A cóż on jedzie tak tuż za mną? - wzruszył ramionami i nagle poczuł zimno na karku.
- A cóż on jedzie tak TUŻ, TUŻ za mną?! - powtórzył.
Gwałtownie skręcił w prawo i zaraz potem w najbliższą ulicę w lewo. Samochód za nim, chyba stary model dodge'a, zrobił to samo. Nie było wątpliwości. S poczuł krople potu na czole.
- Co robić? Dokąd jechać?
Stanął na skrzyżowaniu i rozglądał się w lewo i prawo.

- Nareszcie - szepnęła Po. Błyskawicznie sięgnęła po aparat, przyłożyła do oka i nacisnęła spust. W tym samym momencie samochód przed nią ruszył w lewo.
- Dosyć tego. Co wyszło, to wyszło. SPADAJ - rzuciła w stronę odjeżdżającego pojazdu.

Skręcając w lewo spojrzał do tyłu. Metaliczny dodge pozostał na skrzyżowaniu. W jego oknie zauważył chmurę blond włosów.
- Cholerna blondynka!
Na wszelki wypadek skręcił jeszcze dwa razy. Przez nim i za nim nie było żadnego samochodu. Zatrzymał się. Wyjął komórkę i nacisnął numer.
- Co jest? - odpowiedział stłumiony głos.
- Szefie, chyba ktoś jechał za mną.
- Policja? - w głosie GRUBCIA słychać było napięcie.
- Chyba nie, gliniarze jeżdżą parami a tu była tylko jakaś kobitka.
- Kru-ca-fiks!
- Coś złego?
- Ruska mafia matole!!
Po obu stronach zapadło milczenie.
- Uważaj. Jesteś spalony. Zostaw gablotę na parkingu nie bliżej niż pół mili od domu. Zadzwoń do mnie z automatu i powiedz gdzie zostawiłeś. Idż do domu. Wieczorem przyjdzie do ciebie ktoś z dokładną instrukcją.
- Ale..
- SPADAJ!

Wjechała do garażu, wyjęła zakupy z bagażnika i zatrzasnęła klapę...

Powiesiła płaszcz na wieszaku, włączyła komputer i wyciągnęła kuchenną deskę. Obrała i pocięła w kostkę spory ziemniak. To samo zrobiła z niewielką cebulą. Zajrzała do lodówki - boczek z beczki - to jest to! Pokroiła drobno, nalała trochę oleju do garnka, postawiła na gazie i wrzuciła pozostałe składniki.
Wyciągnęła aparat z futerału i podłączyła do komputera. Z kuchni dobiegał zapach smażonej cebuli.
- Oj chyba dałam za mało boczku!
Dokroiła dwa plastry i wróciła do komputera. Na ekranie powoli wyświetlały się kolejne zdjęcia. Czekała niecierpliwie. Jest! Skrzywiła się, trochę nieostre.. jakby... jakby SPADAŁO! Rozpogodziła się. Szybko włączyła drukarkę, kopia zdjęcia wysunęła się z maszyny, zachwiała na krawędzi biurka i jak liść wolno opadła na podłogę.
- Rzeczywiście SPADA - roześmiała się. 
Podniosła odbitkę i przypięła na umocowanej na ścianie listwie, na końcu długiego szeregu podobnych zdjęć...

Z kuchni dobiegał mocny zapach boczku.
- SPADAJ - szepnęła rozkazująco i pobiegła do kuchni...


Kartoflanka! 

PS. Inspirację do powyższego znalazłem TU. Przepis na kartoflankę TU - w komentarzach.

Uwaga: wszystkie użyte w powyższym opowiadaniu imiona, symbole, znaki i sytuacje nie mają żadnego związku z rzeczywistością, są wytworem wybujałej fantazji autora. 

Tagi: USA
00:39, pharlap
Link Komentarze (7) »
wtorek, 15 stycznia 2013

 

 

Wpis Żony Oburzonej

Niedawno wspominałam o odwiedzinach Muzeum Magritte'a podczas pobytu w Brukseli. Dzisiaj chciałabym przybliżyć Wam tego artystę. Na początku muszę się do czegoś przyznać. Nie jestem znawcą sztuki. Nie jestem fanką surrealizmu. Wielu dzieł nie rozumiem. Kiedy czytam, że założeniem surrealizmu było wyrażanie wizualne percepcji wewnętrznej, czuję się zagubiona. W muzeach z tego typu sztuką bywa mi ciężko. Do czasu... Bo kiedy natrafię na jakieś dzieło, które ni stąd, ni zowąd mnie poruszy, pobudzi ważne skojarzenie, przypomni o jakimś wydarzeniu, nagle zaczynam patrzeć inaczej na resztę.

http://25.media.tumblr.com/tumblr_md1f37oDRk1qiv63po1_1280.jpg

Podobnie było w Muzeum Magritte'a. Początkowo błąkałam się po salach pomiędzy obrazami, głównie czekając na Męża, który pośród absurdalnej sztuki czuje się naturalnie. Nie pamiętam już, który obraz poruszył mnie jako pierwszy, ale spowodował, że czym prędzej powróciłam na sam początek i obejrzałam wszystko jeszcze raz.

Sale w Muzeum są poświęcone poszczególnym okresom w życiu i twórczości Artysty. Ekspozycje na każdym piętrze zaczynają się od osi czasu z istotnymi informacjami biograficznymi. Rene Magritte urodził się pod koniec XIX wieku. Na jego twórczość początkowo miał wpływ impresjonizm, później kubizm... Ale największe znaczenie miała przyjaźń z Giorgio de Chirico, uznawanego za prekursora surrealizmu.

http://uploads2.wikipaintings.org/images/rene-magritte/the-return-1940(1).jpg

Obrazy Magritte'a niepokoją. Przedmioty nie są tym, czym wydają się być. Części ciała pojawiają się nie w tych miejscach,  w których powinny. Pory dnia wyglądają inaczej niż w rzeczywistości.

http://2.bp.blogspot.com/-UIPg9qHqzh0/Tm-cdCvU7II/AAAAAAAAACI/K1xTTiu6cMw/s1600/rene_magritte-la_trahison_des_images-1300px.jpg

Charakterystyczne motywy dla jego twórczości to obłoki, słowa wypisane na obrazach, rzeczy malowane w olbrzymich, nienaturalnych rozmiarach. Powtarzał te same wątki i tak samo nazywał swoje dzieła - pamiętacie rozmowę w komentarzach pod tym wpisem? Na kilku obrazach ludzkie postacie mają twarze zasłonięte płótnem. Niektóre źródła podają, że w ten o to sposób w twórczości malarza powraca rodzinna tragedia. Matka Rene Magritte'a popełniła samobójstwo. Kiedy wyłowiono z rzeki ciało kobiety, jej głowa była ponoć owiniętą koszulą. Być może to tylko legenda... Niemniej jednak nieoczekiwana śmierć Reginy Magritte na pewno wywarła wpływ na jego sztukę.

http://0.tqn.com/d/arthistory/1/0/v/7/1/04-Rene-Magritte-The-Lovers-1928.jpg

Spodziewałam się, że artysta-surrealista wiódł skandaliczne życie. Tymczasem ze zdjęć i portretów spogląda szalenie elegancki i sprawiający sympatyczne wrażenie mężczyzna w meloniku. Swoją żonę Georgette Berger poznał w dzieciństwie i żył z nią aż do śmierci. Była jego muzą i natchnieniem.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/3/32/Rene_Magritte_by_Wolleh.jpg/240px-Rene_Magritte_by_Wolleh.jpg

Kiedy skończyliśmy wędrówkę po muzeum, zajrzeliśmy do znajdującego się w nim sklepiku. Nie wiem, jak Wy, ale ja bardzo lubię takie miejsca. Czasami można znaleźć ładny kalendarz, oryginalny magnes na lodówkę (przywożenie ich to już w naszej rodzinie tradycja) albo ciekawy kubek. My wybraliśmy sobie jedną z reprodukcji.

Tagi: sztuka
01:25, zona.oburzona
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 14 stycznia 2013

   Wpis Kanadyjki

W czasie mojego świątecznego pobytu w Warszawie, zabrałyśmy się z Mamą (dla Was Ciotuchną) za porządkowanie zawartości pudełka z napisem „Pamiątki po Dziadkach”. Czego tam nie było? Stary skórzany portfel, a w nim książeczka wojskowa dziadka (taty mojego ojca) i plik banknotów z lat 40-tych ubiegłego wieku.

foto Malgorzata

Różne książki fachowe autora drugiego dziadka (ojca mamy), a także plik rękopisów i maszynopisów tegoż. Wszystko pożółkłe, kruche, aż strach było brać do ręki.

Zabrałyśmy się za porządkowanie rękopisów i maszynopisów. Były to głownie wiersze, pisane na różnych karteluszkach, wiele na odwrocie niemieckich druków. Niektóre pisane w okresie wojny, niektóre już po. Dziadek charakter pisma miał okropny i wiele tekstów było trudno odczytać. Na szczęście Dziadek po wojnie część wierszy przepisał na maszynie, na cienkiej bibułce.  Wiele wierszy znałam ze wspominanej tu już książki „Warszawiacy w Stutthofie”, ale większość była mi zupełnie nieznana.

fot: Malgorzata

W mojej głowie zaczął się krystalizować plan działania. Pierwszym etapem było dopasowanie rękopisów do maszynopisów. Zajęło mi to dwa dni, ale rezultatem były trzy stosiki, same maszynopisy, pary maszynopis-rękopis i niewielki stosik samych rękopisów. Te ostatnie dostała moja Mama, bo tylko Ona jest w stanie odcyfrować to co napisał jej Tata. Resztę zaczęłam przepisywać na komputer, żeby mieć zapis elektroniczny, a te przepisane, zaczęłam układać w teczce, przekładając papierem maszynowym (wg. męża włoszczyzny, archiwisty, to najlepszy sposób na przechowywanie starych dokumentów). To, czego nie zdołałam przepisać, sfotografowałam i będę tę pracę kontynuować w domu.

Dwa z tych wierszy przytaczam poniżej.

Warszawa

Ja w tej izbie spać nie mogę,
Chcę gdzieindziej, przyjacielu,
Bo ja okna mam na drogę
Co prowadzi nas do celu      Bis

Czasem w nocy –huk silnika
Budzi Stutthof rozespany
I wspomnienie nas przenika
Tyle ofiar – Boskie rany     Bis

Dawniej o naszej Warszawie
Mówiono z lekceważeniem
Ze to u nas każdy prawie
Jest blagierem, kłamcą, leniem.    Bis

Leży w gruzach dziś Warszawa,
Legły jej najlepsze dzieci,
Dziś przegrana nasza sprawa
Lecz dni idą, lecz czas leci     Bis

Zniknie z naszych serc obawa
Więc wołamy na głos wszędzie:
Sercem Polski jest Warszawa,
Zawsze była, jest i będzie.    Bis

 Wiktor Ostrowski, 1944

 

Raduje się każdy…

Raduje się każdy, kto z daleka zoczy
Nasz kobiecy oddział, co tak dzielnie kroczy.
Roześmiana buzia, niebieska sukienka,
Na rączce numerek – biedna ty panienka.
Smutno nam w obozie, miła panieneczko.
Daj mi chociaż uśmiech, jasny jak słoneczko.
Zawsze twą niebieską pamiętam sukienkę.
Daj choć raz przez druty na dzień dobry rękę.
Powiem ci w sekrecie, powiem ci na uszko,
Że chciałbym posiadać twe małe serduszko. 

Refren:

Oj da, oj da dana,
Dziewczyno kochana,
Daj mi twe serduszko,
Daj, ach daj! 

Wiktor Ostrowski, 1944

04:49, kanadyjka82
Link Komentarze (6) »
niedziela, 13 stycznia 2013

Kilka dni temu mieliśmy gościa. A skoro było nas troje to od razu przyszło mi do głowy żeby wybrać się na lunch na yum cha. Liczba osób jest istotna bo yum cha jest  serwowane w pojemnikach, w których naogół są trzy porcje czegoś dobrego...

yum chayum cha

Co to jest yum cha? Jak sama nazwa wskazuje jest to... picie herbaty. Moje pokolenie wie, że po rosyjsku herbata to czaj. Przez długie lata nie zastanawiałem się nad pochodzeniem tego słowa. Dopiero podczas pobytu w Kuwejcie zorientowałem się, że po arabsku herbata to również czaj - tylko pisownia nieco inna. To doprowadziło mnie do chińskich źródeł. Fonetycznie - cza. Anglicy zinterpretowali to jako tea, Włosi jako te, Francuzi jako the, Niemcy jako Tee, a Polacy potraktowali z wyjątkowym szacunkiem - ziele (herba) ta.

rachunekJak wynika ze wstępu, nie jest to ceremonia picia herbaty lecz posiłek, lunch. Specyfiką yum cha jest to, że większość potraw to smakowite pierożki - dim sum. Czasami z przezroczystego, ryżowego ciasta, czasem z normalnego ciasta, nadziewane krewetkami, wieprzowiną, i różnymi kombinacjami jarzyn z powyższymi składnikami. Dim sumy są gotowane na parze w drewnianych pojemniczkach. W restauracji, w porze yum cha, po sali krążą kelnerki popychając wózki z pojemnikami. Klienci pokazują palcem co im się spodobało, pojemnik ląduje na stole a kelnerka przybija na karcie kontrolnej pieczątkę z nazwą potrawy. To mi się wyjatkowo podoba gdyż przypomina orienteering. Na dodatek nie trzeba nigdzie biegać z kartą kontrolną. Niestety podczas naszej ostatniej wizyty zauważyłem modernizację tej procedury. Zamiast przybijać pieczątkę robią kółko we właściwej rubryce. Do tego przetłumaczyli na angielski chińskie nazwy. To odbiera temu posiłkowi trochę mistycyzmu. Ale tylko trochę, przy kasie i tak będzie zaskoczenie. Po prostu to wszystko jest tak różnorodne i wygląda tak smakowicie, że ani się klient spostrzeże jak skonsumuje dużo więcej niż gdyby to był posiłek zamówiony z karty.
Zasadniczo nie przepadam za deserami oferowanymi przez kuchnię azjatycką. Jest jeden wyjątek - biała, orzeźwiająca galaretka...

coconut jelly

Spytałem kelnerkę o nazwę - kua-kua-czelo. Wysłuchałem z najwyzszym skupieniem, powtórzyłem bezbłędnie. Wydało mi się to łatwe do zapamiętania - przecież to końcowe czelo brzmi jak włoskie cielo - niebo (w gębie). Wyparowało mi z głowy zanim zdążyłem to wypatrzeć na wózku. Niestropiony spytałem jeszcze raz. Tym razem miałem bardziej wyostrzony słuch - coconut jelly - galaretka z mleka kokosowego.

sobota, 12 stycznia 2013

  Wpis Kanadyjki

Ewa Maria prosiła kiedyś, żebym wyjaśniła, na czym polega „curling”, ta typowo kanadyjska gra. Kiedy jednak wgłębiłam się w ten temat okazało się, że curling wymyślono w Szkocji w XVI wieku, a do Kanady przywędrował wraz ze szkockimi imigrantami w końcu XVIII wieku. Sama nazwa „curling” pochodzi od starego szkockiego słowa „curr”, które oznacza dźwięk jaki wydaje kamień ślizgający się po lodzie.


Mecz curlingu w zamku Eglinton, w Ayrshire w Szkocji  w roku 1860

Mecz curlingu w kanadyjskiej prowincji Ontario (1906)

Podstawowe zasady gry

Curling to gra zespołowa, w której zawodnicy, ślizgają ciężkie granitowe kamienie po prostokątnej tafli lodowej w kierunku celu zwanego domem. W grze uczestniczą dwie drużyny, po 4 zawodników każda.  Celem gry jest umiejscowienie jak największej ilości kamieni jak najbliżej środka domu.

Mecz curlingowy składa się z 6 do 10 rozgrywek, zwanych po angielsku end. W czasie jednej rozgrywki, każdy zawodnik puszcza po lodzie 2 kamienie, starając się je umieścić jak najbliżej środka domu lub wybić z domu kamienie przeciwnej drużyny. Podczas gdy kamień ślizga się po lodzie w kierunku domu, pozostali gracze z drużyny przecierają lub zamiatają lód przed kamieniem, aby lód był gładszy.

Na końcu rozgrywki oblicza się punkty na podstawie ilości kamieni, które znajdują się w domu. Drużyna zdobywa jeden punkt za każdy kamień znajdujący się bliżej środka domu niż kamień przeciwnej drużyny. Drużyna może zdobyć maksymalnie 8 punktów w rozgrywce. Wynik taki (zwany eight-ender) osiągany jest bardzo rzadko, ponieważ nie tylko jedna drużyna musi w tym celu umieścić wszystkie kamienie w domu, ale i druga drużyna musi mieć wszystkie kamienie poza domem.

Strategię gry wyznacza kapitan drużyny, pokazując miejsce, gdzie ma zostać umieszczony kolejny kamień.

Sprzęt

Buty używane podczas gry mają dwie różne podeszwy. Jeden but ma podeszwę z teflonu lub innego materiału o gładkiej powierzchni. Spód drugiego buta pokryty jest cienką warstwą gumy, która zwiększa przyczepność. Zawodnicy poruszają się po lodzie stojąc na jednej nodze, a odpychając się druga.

Szczotka służy do zamiatanie powierzchni lodu przed kamieniem, aby wpłynąć na tor i szybkość ślizgu. Do 1970 używano kukurydzianych mioteł, teraz używa się szczotek zrobionych z materiału lub końskiej sierści.

Kamień curlingowy waży ok. 19 kg i jest zrobiony z granitu. Najlepsze kamienie wykonane są z granitu wydobywanego na szkockiej wyspie Ailsa Craig oraz w Garn For w północno zachodniej Walii. Jednak kamienie curlingowi nie zawsze były zrobione z granitu. I tak:

  • W późnych latach 1700, żołnierze brytyjscy na Polach Abrahama, używali przetopionych kul armatnich do gry w curling.
  • W zachodniej Kanadzie, używano często puszek lub nocników napełnionych kamieniami.
  • Tańsze kamienie robiono z żelaza lub drewna, a nawet z plastiku (kamienie dziecięce).

 

Ciekawostki

A na zakończenie, kilka ciekawostek na temat tej gry:

  • W filmie „Na pomoc” (Help), Beatlesi grają w udawaną grę curling. George puszcza kamień, a John i Ringo starają się go dogonić i biegną zamiatając. Jednocześnie Paul też zamiata, ale zupełnie nie tam gdzie jest kamień.
  • Curling jest sportem olimpijskim od 1998 roku. Kobieca drużyna kanadyjska, pod przewodnictwem wielokrotnej mistrzyni świata Sandry Schmirler, zdobyła wtedy złoty medal. W dwa lata później Sandra Schmirler zmarła na raka.
  • Męska drużyna kanadyjska wygrała 27 z 42 mistrzostw świata w curlingu.
  • Stadion curlingu w Halifaksie (Kanada) użyty został, jako tymczasowe miejsce do składania ciał ofiar Titanica.
  • W 2002 roku nakręcono film fabularny „Faceci z miotłami” (Men with Brooms), który opowiada o perypetiach miłosnych byłych członków drużyny curlingowej, którzy wracają do rodzinnego miasta na pogrzeb trenera.
  • Paul Gowsell (Pizza Paul) zamówił kiedyś pizzę, która miała być mu dostarczona na lodowisko w czasie trwającego meczu. Widocznie był głodny :)

Jeżeli zaciekawiła was ta gra, to możecie zagrać w nią wirtualnie na tej stronie: http://www.playcurling.com/



Tagi: curling
01:50, kanadyjka82
Link Komentarze (6) »
piątek, 11 stycznia 2013

Podczas pobytu w Brukseli głównie spacerowaliśmy, przystając co jakiś czas przy kolejnej atrakcji turystycznej, ciekawym budynku, czy pomniku. Interesujący spacer odbyliśmy po dzielnicach Marolles i Sablon. Ta pierwsza pierwotnie była dzielnicą robotniczą. Druga to jedna z bogatych i ekskluzywnych części Brukseli w dobrym, starym stylu. Ten kontrast nie rzuca się w oczy już tak bardzo, a jednak jest widoczny. Choćby na wystawach sklepowych...

Bliżej Marolles w oknie jednej z restauracji zobaczyliśmy uroczego kota. Żywego.

kot na wystawie

 W dzielnicy Sablon natknęliśmy się na łeb hipopotama w jednej z nobliwych galerii.

pysk hipopotama

 Na uliczce leżącej na pograniczu obu dzielnic znajdowało się mnóstwo galeryjek i sklepów ze starociami. Na wystawach istne pomieszanie z poplątaniem. Lalki rozebrane...

laleczki

 ...i ubrane.

lala

 Albo szklany samochód tuż obok antycznej figurki.

wystawa

Byliśmy tam 1 stycznia, więc większość sklepików była zamknięta. Obawiam się, że gdyby były otwarte, spędzilibyśmy tam dużo więcej czasu... Niestety w takich miejscach potrafię tylko chłonąć tę lekko absurdalną atmosferę. Charakterystyczne dla mnie jest to, że obserwując rzeczywistość, widzę ogólny jej obraz. Tymczasem moja szwagierka zauważa w takich miejscach najdrobniejsze szczegóły, potrafi znaleźć prawdziwe cacka, najpiękniejsze pamiątki z podróży...

Tagi: podróże
06:31, zona.oburzona
Link Komentarze (8) »
czwartek, 10 stycznia 2013

   Wpis Kanadyjki

Wróciłam właśnie z zielonej Warszawy, a tu cały świat zasypany białym puchem. No cóż, zima, więc czego się spodziewać, chociaż nie zawsze w zimie tak bywa. W zeszłym roku było mało śniegu, co nas, ogrodników, wcale nie cieszyło.

Zdjęcia, które tu wstawiłam są z tego roku i z lat poprzednich. Miłego ogladania.

 

Foto: Kanadyjka

Foto: Kanadyjka

Foto: Kanadyjka

Foto: Kanadyjka

Foto: Kanadyjka

Foto: Kanadyjka

Foto: Kanadyjka

Foto: Kanadyjka

04:14, ewamaria030
Link Komentarze (7) »
środa, 09 stycznia 2013

Pharlap Wpis pharlapa

Wracam do konkursu..

Dzień przed niezbyt fortunną prezentacją drużyny Pasteura przez komisją konkursową ukazał się raport Board of Health - instytucji kontrolującej stan higieny oraz zagrożeń chorobami zakaźnymi. Raport oceniał bardzo krytycznie propozycje Pasteura. W szczególności wytknął fakt pominięcia sprawy zagrożenia ludzi bakteriami chicken-cholera. W świecie medycyny i nauki nie znano  przypadków takich zakażeń, ale tu nie chodziło o fakty lecz o formy.

W rezultacie komisja zdecydowała, że testowanie metody musi się odbyć na bezludnej wyspie i, jeśli wypadnie pozytywnie, zostanie powtórzone za specjalnej farmie. Pozytywnym akcentem było zezwolenie na wwiezienie mikrobów na teren stanu Nowa Południowa Walia. Mikroby przechowynane w Nowej Kaledonii dotarły do Sydney w ciągu tygodnia. Niestety okazało się, że straciły swoją skuteczność co rozgłosiła natychmiast miejscowa prasa. Loir miał w zanadrzu bakterie sprawdzone w Melbourne, ale kolejne ziarno wątpliwości zostało zasiane.
Komisja zajęła się szukaniem bezludnej wyspy, ale Adrian Loir nie pozostawał bezczynny. Klubowy kolega z Melbourne przedstawił go właścicielom browaru Victoria Brewery. Loir udzielił im cennych wskazówek dotyczących hodowli drożdży. Wyniki przeszły wszelkie oczekiwania i Loir otrzymał w podzięce czek na dzisiejszych $100,000. To było więcej niż zarobił w całym życiu.
Dużo poważniejsza propozycja napłynęła z innej strony. Przedstawiciele Nowej Zelandii i Queensland wspominali Adrianowi Loir o chorobach bydła (Cumberland disease). Loir zidentyfikowal to jako anthrax (wąglik), na który Pasteur miał gotową szczepionkę. Tu nie było żadnej komisji, Adrian Loir został zatrudniony w instytucie w Queensland przy pracach nad wdrożeniem szczepionki. 

Na początku lipca 1888 roku oddano do dyspozycji zespołu ośrodek na Rodd Island. W tym samym ośrodku zameldowała się również groźna konkurencja. Na wiadomość o niemożności uczestnictwa w pracach zespołu Komisja postanowiła prowadzić własne badania, które miały sprawdzić czy wprowadzenie chicken-cholera nie spowoduje jakichś skutków ubocznych. Żeby podkreslić swoją determinację Komisja zwróciła się do instytutu Roberta Kocha z prośbą o dostarczenie bakterii chicken-cholera.
Włączenie Roberta Kocha do gry było wielkim ciosem dla Pasteura. Obaj uczeni mieli z sobą od dawna na pieńku. Po pierwsze Pasteur był zaciekłym patriotą i porażka Francji w wojnie 1870 roku była dla niego tragedią. Tym większą, że Francja utraciła Strasburg, w którym Pasteur brał ślub. Po drugie Koch wielokrotnie krytykował oczywiste sukcesy Pasteura. Obaj uczeni spotkali się na konferencji naukowej w Genewie gdzie Pasteur udowodnił swoje racje i wezwał Kocha do publicznej dyskusji. Koch zrobił unik obiecując odpowiedzieć na piśmie. Odpowiedź była złośliwym pamfletem, w którym Koch dał do zrozumienia, że nie uważa Pasteura za naukowca lecz za farmaceutę i byznesmena, który chce się wzbogacić na efektach pracy "prawdziwych" naukowców.
Powyższe jest odpowiedzią na druga część mojej króliczej zagadki. Instytut Roberta Kocha dostarczał broni przeciwnikom Pasteura.

Po wybudowaniu na Rodd Island specjalnego laboratorium przekazano je Francuzom w celu rozpoczęcia prac. W sąsiednim pomieszczeniu, dr Katz (używając bakterii od R. Kocha) szukał dziury w całym.
Efekt - króliki zdychały zgodnie z planem. Miesiąc testów dowiódł, że chicken-cholera efektywnie zabija króliki nie czyniąc żadnej szkody koniom, owcom i bydłu. Warunki konkursu zostały spełnione. Dr Katz niczego nie znalazł. Komisja udała się na naradę.

W międzyczasie na farmie w Junee prowadzono intensywne badania nad szczepionką na anthrax. Pod koniec sierpnia zebrano wystarczające dowody na to, że chroni ona skutecznie bydło i owce przed zarażeniem. Wyniki ogłoszono publicznie w sali przy dworcu kolejowym w Junee. Naczelny weterynarz stanu - Edward Stanley - ogłosił zebranym farmerom, że program szczepień zostanie uruchomiony jeśli znajdzie się zadowalajaca ilość owiec do szczepienia. Nie minęło 10 minut a zgłoszono 20,000 owiec, w sumie 260,000 z czego programem objęto 130,000. Ogromny sukces? Chwileczkę - za udostępnienie swej szczepionki Pasteur zażądał równowartość 40 milionów dolarów. To nie było możliwe do przyjęcia. Loir zasugerował, aby na razie zaszczepić 130,000 owiec na koszt ich właścicieli. Pasteur wyraził zgodę pod warunkiem, że najpierw musi zostać rozstrzygnięty konkurs na króliki. To był oczywisty szantaż. Zbyt wiele czarnych chmur zebrało się nad tym projektem.

W kwietniu 1889 roku Komisja ogłosiła swój werdykt - metoda Pasteura nie została przyjęta. Głównym argumentem były wątpliwości czy chicken-cholera jest zaraźliwa. Jeśli nie, jeśli trzeba będzie wciąż karmić króliki bakteriami, to nie jest lepsze niż dotychczas stosowane trucizny. Problem w tym, że warunki na Rodd Island były zupełnie inne niż na farmach.
Pozostała jeszcze jedna furtka - Komisja zezwoliła zespołowi Pasteura prowadzić dalsze prace na farmie w Australii i, jeśli te badania dostarczą nowych dowodów, to sprawa zostanie ponownie rozpatrzona za 6 miesięcy. Ludwik Pasteur musi sam sfinansować te badania.
Póki co Komisja zaleciła wprowadzenie obowiązku stawiania przeciwkróliczych płotów. Zasiadający w Komisji importer płotów oferował promocyjna cenę. I na płotach stanęło.

Tragedia? Niezupełnie. Decyzja Komisji otworzyła droge dla szczepionki na anthrax. Pasteur zgodził się sprzedawać ją bezpośrednio farmerom - 3 pensy za owcę. Do produkcji szczepionki wykorzystano pomieszczenia na Rodd Island, które przemianowano na Instytut Pasteura. Innym źródłem dochodu stała się szczepionka na zarazę płucną bydła (pleuropneumonia). W ciągu roku A. Loir przekazał do instytutu Pasteura we Francji znacznie więcej pieniędzy niż wynosiła nagroda za króliki.

Rodd Island zyskało sobie jeszcze inny powód do dumy. W 1891 odwiedziła Australię legendarna aktorka - Sarah Bernardt. Przywiozła ze sobą psy, które musiały być poddane kwarantannie. Czyż mogło być lepsze miejsce niż wyspa, na ktorej pracował jej rodak? Wdzięczna Sarah Bernardt zaoferowała się pomóc Adrianowi Loir jako tłumacz. Plotkarze donoszą, że pomoc odbywała się na Rodd Island i była tak intensywna, że aktorka odwołała na tydzień swe występy w Brisbane.

Powrócę do wcześniejszego pytania - czy to był gambit? Według mnie - nie. Pasteur nie poświęcił mniejszego pionka w zamian za większą korzyść. Austalia zabrała mu jego największy atut, ale też dała drugą szansę, która nie była gorsza od tej pierwszej.

Adrien Loir ożenił się z Francuzką i pod jej naciskiem, niechętnie, opuścił Australię, aby kontynuować swe prace w Tunezji. Instytuty Pasteura zaczęły powstawać w wielu krajach. A tymczasem w Australii... pracownik ośrodka na Rodd Island, John McGarvie-Smith, przekazał konkurencji tajemnicę produkcji szczepionki przeciwko anthraxowi. Instytuty Pasteura istnieją w 30 krajach, ten australijski zbankrutował, instytut Johna McGarvie-Smitha istnieje do dziś.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22