Nie jesteśmy nowi na świecie, przed nami była
KURA

O nas i o blogu

Napisz do nas:
qra-poczta@gazeta.pl

Współpracuj z nami

Nagrody
Fundatorzy
Lektury
Filmy


Blog > Komentarze do wpisu

Pielgrzymka do Białej Góry

Wpis pharlapa
Seria pielgrzymek trwa. Rozpoczęła ją chyba pielgrzymka do Czarodziejskiej Góry, niedawno mieliśmy pielgrzymkę do Santiago de Compostella, a teraz właśnie przypada rocznica mojej wędrówki dookoła Mt Blanc więc napadło mnie na wspomnienia.
Trasa wokół Mt Blanc jest uznawana za jedną z tuzina najbardziej widowiskowych tras na świecie. Pobyt w Polsce w 2006 roku był doskonałą okazją aby to sprawdzić. Moją partnerką była siostra mojej żony, bardzo doświadczona wędrowniczka.
Wędrówkę zaplanowaliśmy dokładnie według wskazówek podanych w przewodniku K. Reynoldsa. Przewodnik zaleca podzielenie trasy na 11 etapów. Każdy dzień to wdrapanie się na kolejną przełęcz a następnie zejście do położonego w dolinie schroniska. Średnia dzienna porcja wędrówki to 1000 m wspinaczki i tyle samo stromego zejścia.
Na trasę wyruszyliśmy 8 września czyli stosunkowo późno. Ryzykowaliśmy, że zasypie nas śnieg. Mieliśmy nadzieję, że trasy nie będą zatłoczone i nie będzie kłopotu ze znalezieniem noclegu. Uwaga: 15 września kończy się sezon letni w Alpach i większość wyciągów oraz niektóre schroniska zostają zamknięte. Upewniliśmy się, że schroniska odwiedzane w drugim tygodniu naszej wędrówki będą czynne.
Wiadomo, że pogody w górach nie da się przewidziec, my mieliśmy ogromne szczęście - tylko dwa dni deszczu.
Co tu więcej napisać? To było tak piękne, że wolę tego nie psuć zbędnymi słowami. Ograniczę się więc tylko do spraw technicznych i anegdot.

Ta wędrówka nie wymaga żadnych umiejętności alpinistycznych ani nadzwyczajnej sprawności fizycznej. Oczywiście praktyka wielogodzinnych marszów z plecakiem jest bardzo pomocna. Nasze plecaki zawierały tylko zmianę garderoby, wodę, termos z gorącą wodą i trochę prowiantu. Waga około 12 kg, tego się nie czuje - na płaskim. Zdecydowanie polecam zabranie ze sobą kijków.
Maszerowaliśmy średnio 8 godzin dziennie w tym ponad półgodzinna przerwa na lunch. Nocowaliśmy w schroniskach (refuge, rifugio), w salach wieloosobowych. W schronisku jedliśmy śniadanie i obiad.
Odżywianie.. Dopiero czytając wpisy o pielgrzymce do Santiago de Compostella zdałem sobie sprawę, jak istotna, dla niektórych,  może to być sprawa. Wędrując dookoła Mt Blanc, jeśli się nie niesie całych zapasów na plecach, to nie można wybrzydzać. Na trasie są tylko trzy postoje w cywilizowanych miejscach, reszta to schroniska górskie gdzie nie ma żadnego wyboru potraw i naogół nie można niczego dokupić. Typowe menu to: kontynentalne śniadanie czyli tost, masło, dżem, herbata lub kawa. Na obiad makaron albo risotto z odrobiną mięsa, sałata. Na deser jabłko lub pomarańcza. My zabraliśmy ze sobą z Polski - zupki w proszku (gorący kubek), kisiel w proszku i chałwę. To był nasz lunch. Nie odczuwaliśmy głodu, ale spodziewaliśmy się, że przy takim bilansie energii zużytej i pobranej powinniśmy schudnąć. Figa z makiem! Szwagierka straciła niecałe 2 kilo, ja  - nic. 
Wyciągam z tego dwa wnioski. Po pierwsze - długi, równomierny wysiłek fizyczny nie stwarza okazji i pokus do ciągłego podjadania. Po drugie - na co dzień jemy przynajmniej dwa razy za dużo. Nasz organizm poświęca masę energii, aby to wszystko przetrawić i, przy dobrym metaboliźmie, jakoś pozbyć się tego nadmiaru.
Kilka migawek z trasy. Nasz pierwszy nocleg był w schronisku w miejscowości Les Contamines-Montjoie. Tam spróbowaliśmy lokalnej specjalności - croute savoyarde....
http://loriaz.com/chapitre3_en_1.html#

Źródło zdjęcia - TU
Drugiego dnia nadchodząca burza skłoniła nas do zmiany planu, zamiast schodzić na dół zatrzymaliśmy się w schronisku Refuge dela Croix du Bonhomme...



To był doskonały pomysł. W recepcji nie było nikogo. Zadzwoniliśmy starym, ciężkim dzwonkiem i za chwilę usłyszeliśmy dźwięki gitary i pojawił się młody człowiek w włosami w dredach. Dokończył dość długi pasaż muzyczny po czym, nie mówiąc ani słowa, dał nam klucz do sali noclegowej, podsunął księgę do wpisania danych osobistych i pokazał karteczkę z informacją o cenach. Pisaliśmy, płaciliśmy, a on umilał nam czas gitarowymi wariacjami. Odczekaliśmy aż skończy co trwało dość długo i, zanim zdążyliśmy otworzyć usta, uprzedził wszystkie nasze pytania: gorąca woda od 5 do 6, obiad o 7, światło gaśnie o 8, śniadanie od 7 do 9. Gęste akordy gitarowe oznaczały koniec rozmowy. Podziękowaliśmy skinieniem głowy, poczekaliśmy aż rytm gitary nieco się uspokoi po czym każda ze stron udała się w swoim kierunku.
Burza była cudowna. Za oknem wichura i niezwykłe, poziome błyskawice. Światła w ogóle nie włączono i obiad jedliśmy przy świecach. Najlepszy obiad na całej trasie - sałata, pożywna zupa, spora porcja wołowiny z makaronem i jarzynami, sałatka owocowa. Do posiłku akompaniował nam muzykalny recepcjonista w towarzystwie drugiego gitarzysty i saksofonisty.
Przy okazji uwaga - to była jedyna na tej trasie okazja zmiany planowanego miejsca noclegu. Na pozostałych etapach nie było przebacz. Albo dojdziesz do schroniska, albo śpij pod gwiazdami.
Na trasie spotykaliśmy niewiele osób. Czasem zorganizowane grupy. Niektóre korzystały z osłów jako zwierząt pociągowych..



Niektóre korzystały z koni w zupełnie niespodziewany sposób..

Inne miła niespodzianka to świstaki..



Trasa kończyła się w Chamonix. Tam odbyliśmy jeszcze dwie wycieczki. Mer de Glace - Lodowe Morze - które nas trochę zawiodło gdyż lód był bardzo brudny. Aiguille du Midi - najlepsze miejsce na fotografię na tle Mt Blanc ...



To była wymarzona nagroda za nasze trudy. Idealna pogoda, chmury pod nogami nad nimi góry...



Bardzo polecam również przedłużenie wycieczki i jazdę kolejką do Pointe Hellbronner.



Pod chmurami prześwitywało odwiedzone tydzień wcześniej Courmayer... 



Tuż obok nas stary krzyż...



Fotografowie interesowali się zielonym sweterkiem. Modelka okazała się być Polką.
Co tu dalej opisywać. Krótki przegląd zdjęć poniżej..


Przepis -  croute savoyarde czyli zapiekanka sabaudzka.
Poniższy przepis pochodzi z angielskiej książki - Kuchnia francuska.
Składniki (dla 2 osób):
- bagietka,
- ząbek czosnku drobno posiekany,
- 2 łyżki oliwy z oliwek,
- 3 łyżki białego wina,
- 150g smardzów,
- 2 szalotki poszatkowane,
- 30g masła,
- 100 g śmietany,
- 100g prosciuto porwane na kawałki,
- 150g sera ementalskiego utartego,
- 150g sera bruyere utartego,
- 2 łyżki kirschu.
Przygotowanie:
Pociąć bagietkę na cienke kromki, posypac czosnkiem, pokropić oliwą. Wyłożyć kromkami dno brytwanny i pokropić połową wina. Nastawić piekarnik na 200 stopni. Na patelni podsmażyć na maśle grzyby, szalotki i resztę czosnku. Dodać resztę wina i śmietanę i poddusić chwilę. Rozłożyć prosciuto na bagietce w brytwannie, przykryć smażonymi grzybami, posypać serem i pokropić kirschem. Piec 7-8 minut, aż nabierze złocistego koloru.
Podawać z sałatą.

- A gdzie jajka? To pytanie zadała moja żona gdy zreferowałem jej powyższy przepis. Wrócę więc na chwilę do schroniska w Les Contamines-Montjoie. Na stole zapachniało smakowicie. Jedyny prócz nas gość w schronisku - Niemiec - zamówił karafkę wina w związku z czym dosiadła się do nas szefowa. Skoncentrowałem się na konwersacji w obawie, że nasi potężni unijni partnerzy dogadają się znowu za naszymi plecami. Do tego po francusku. Przerwała mi moja szwagierka (po polsku):
- Leszku? Czy ty masz jajka przykryte? Bo ja mam na wierzchu.
Grom z jasnego nieba nie spowodowałby większego szoku. Obawiam się, że perwersyjną głebię tej sytuacji może w pełni zrozumieć tylko mężczyzna. Nie wiedziałem gdzie się podziać, gdzie obrócić wzrok. Przypadkiem spojrzałem na kokilkę szwagierki a tam, na złocistej skorupce sera, jaśniały dwa żółtka. Przeciąłem energicznie skorupę na mojej porcji - wypłynęło żółtko. Co za ulga!
Wracam więc do przepisu. Nie znalazłem na internecie przepisu zawierającego jajka, ale znalazłem croute savoyard z jajkami w menu jakiejś restauracji. A więc improwizuję: na smażące się grzyby i szalotki wrzucić dwa jajka... albo wrzucić je na sam wierzch sera.
I jeszcze inny wariant. Gdy udało mi się własnoręcznie przetłumaczyć nazwę potrawy na polski - zapiekanka sabaudzka - to wrzuciłem to na google. Okazuje się, że w wersji polskiej zastąpiono bagietkę dwoma kilogramami ziemniaków i dodano półtora litra rosołu - patrz TUTAJ. Ciekawe, że pominięto grzyby. Inna rzecz, że smardz... Nawet taka specjalistka od grzybów jak moja żona nigdy smardza nie próbowała.
I jeszcze jedna obserwacja. Wiecie co Panie Współredaktorki? Gastronomiczna strona tego blogu zaczyna mnie wciągać (na razie z pozycji badacza-teoretyka). Nie poprzestałem więc na anglojęzycznych i polskich recepturach. Zajrzałem do francuskich. Nie było tam żadnej bagietki tylko - zeschnięty chleb. Nie było prosciuto tylko boczek. Nie było grzybów. Natomiast były jajka - na wierzchu, jak u mojej szwagierki.
Jeszcze uwaga końcowa. Ser gruyere - nie wiem jak w innych krajach, ale u nas to najdroższy ser. Croute savoyard, jako wiejska potrawa, nie może być kosztowna. A więc gruyere można zastąpić ementalem lub jarlsbergiem lub jakimkolwiek serem. A smardza - pieczarkami. No to teraz już jestem psychicznie podbudowany, aby ugotować to w najbliższej przyszłości.
piątek, 07 września 2012, pharlap

Polecane wpisy

Komentarze
2012/09/07 08:00:43
Ufff... Chleb, bagietka, makaron, ziemniaki, szynka, boczek, smardze, rydze, pieczarki, jajka, ser... Wszystko może być, ale właściwie może też być coś innego. Cudny przepis, bo właściwie chodzi w nim o to, żeby zjeść coś smacznego, a co w tym smacznym będzie, to już doprawdy detal. I przecież tak naprawdę o to właśnie chodzi.
Mam jeszcze refleksję ogólną do zdania końcowego - gruyer to drogi ser, a wiejska potrawa nie może być droga... Ot co, wiejska potrawa, kiedyś, w "wiejskich czasach" nie mogła być droga. Dziś im bardziej wiejskie jakieś jedzenie, tym droższe. Nie tylko w mieście, które nic nie produkuje, również na wsi.
Ale też kuchnia masowa opiera się w głównej mierze na kuchni wiejskiej. Makarony z sosem, paella, rizotto, pierogi, bliny, bigos, gulasz - to nie tylko były kiedyś tanie potrawy wiejskie, były to jeszcze potrawy z resztek i z tego, co akurat w spiżarni lub dzieciory nazbierały w lesie...
-
2012/09/07 08:18:03
Piękne zdjęcia! "Pobyt w Polsce...był doskonałą okazją aby to sprawdzić" Australczycy mają chyba inne pojęcie odległości. Na pólnocno-wschodni brzeg Alp to stąd już 9 godzin pociągiem. Nie mówimy o wejście na szlak...
Może, że z jajkiem to jak przy zapiekanym sandwichu Croque Madame (z) i Croque Monsieur (bez): en.wikipedia.org/wiki/Croque-monsieur
-
2012/09/07 09:05:44
No Heimchen, musisz przyznać, że to perwersyjen, żeby ta jakaś kroka żeńska była właśnie z, a męska - bez...
-
2012/09/07 11:01:21
piekna wyprawa, ale kondycje to pharlap-ie masz nie zla, bo 1000m roznicy wzniesiem pod i z gory to sporo, napewno bylo warto, zdjecia to potwierdzaja.
-
pharlap
2012/09/07 13:51:41
@Heimchen - pojęcie odległości.. w Australii często uzywa się okreslenia - tyranny of distance. Lot do Europy - minimum 22 godziny, jazda samochodem do stolicy sasiedniego stanu - niewiele mniej. Główny środek komunikacji to oczywiście samolot. Pociągiem jedzie się nie po to aby gdzieś dotrzeć, ale raczej dla samej jazdy: Indian Pacific (Sydney-Perth) - 4350km, The Ghan (Adelajda-Darwin) - prawie 3000 km.
Alpy z Polski - do Genewy leciecielismy samolotem, autobusem do Chamonix, a na piechotę... nie meta, ale wędrówka jest celem.
-
pharlap
2012/09/07 13:58:09
@ewamaria - croute savoyard = resztki. Tak jest. Już po kilku łyżkach spytałem szefowej kiedy miała ostatnich gości - wycieczke szkolną 2 dni wcześniej. Zgadza się Potrafiłem dokładnie zidentyfikować kawałki mięsa, rogi kromek chleba. Ale wszystko pokryte gruba warstwą sera i zakropione białym winem i na dodatek po 8 godzinach marszu, może tylko wyjść na zdrowie.
-
2012/09/07 19:00:39
Uwielbiam jedzenie w schroniskach. Mój wymarzony zawód to gospodyni schroniska. Niestety dotychczas nie miałam odpowiednych ofert, tylko szefowa Schroniska Młodzieżowego Pod Jelonkiem w Jabłonkach mi dawno temu pytała, czy miałabym ochotę uczyć tamtych dzieci języka angielskiego i niemieckiego (bo wtedy to jeszcze było schronisko szkolne). Na pierwszym miejscu kulinarmnym to chyba żurek w schronisku na Hali Miziowej w latach 90ych.