Nie jesteśmy nowi na świecie, przed nami była
KURA

O nas i o blogu

Napisz do nas:
qra-poczta@gazeta.pl

Współpracuj z nami

Nagrody
Fundatorzy
Lektury
Filmy


Blog > Komentarze do wpisu

Co czytamy?

rysunek Anna Krenz Wpis Ewy Marii

Zaproponowałam, byśmy raz na jakiś czas pisali wspólnie na różne mniej lub bardziej wspólne tematy. Inicjując taki wpis, zadałam nam wszystkim, redaktorom i współautorom, pytanie - co czytasz?

Co czytam?

Rachel Joyce

Dostałam tę książkę na urodziny i myślałam, że chętnie ją przeczytam z dwóch powodów. Oba okazały się bez sensu. Właśnie wróciłam z pielgrzymki, myślałam więc, że trafiłam na "mój temat". Błąd numer jeden! To powieść, a nie reportaż, i nie cel w niej jest ważny, i nawet nie droga, lecz to, co się dzieje z człowiekiem, który przeżył wstrząs emocjonalny i nagle, niespodziewanie dla samego siebie, robi coś, o co by się nigdy przenigdy nie podejrzewał. 

Drugim powodem było imię autorki - Rachel. Myślałam, że to autorka z Izraela. Zawsze z dużym zainteresowaniem czytam to, co piszą kobiety w ogóle, a to, co piszą kobiety z Izraela już szczególnie. Błąd numer dwa! Rachel jest angielską autorką słuchowisk radiowych. Jest popularna, pełna wdzięku, śliczna, miła (byłam w Berlinie na jej wieczorze autorskim) i ma poczucie humoru. W jednym z felietonów napisała: "I have written stories since I was a child. I wrote my autobiography when I was eight. (It was short.)"

Jej książki nikt nie promował. Ukazała się, a ludzie jak szaleni zaczęli ją kupować. Dziś po niespełna roku przetłumaczono ją na 30 języków i już są przymiarki do filmu. To nie musi być rekomendacja, ale chyba tym razem jest. Ale oczywiście nie wiem tak na sto procent, w końcu właśnie tę książkę czytam.

rysował Jacek Krenz Wpis Kattinki

Zwykle jesienią, obok nowości i bieżących lektur, lubiłam zaglądać do „Chłopów” Reymonta w poszukiwaniu zrudziałych ściernisk, zapachu palonych liści i pieczonych kartofli. Ta lektura najlepiej przygotowywała do jesiennych chłodów, nastrajała do skrzętnego chomikowania zapasów na zimę, z wolna skłaniając mnie ku zimie. Ale tutaj w Portugalii nie ma takich kartoflisk, są za to winnice, i właśnie zaczęło sie winobranie.

The Art of Travel

Daleko od domu, i jakże inaczej... Dlatego po raz kolejny odrabiam ćwiczenia z nostalgii za domem i uczę się sztuki “bycia w podróży” - właściwy moment na The Art of Travel Alain de Bottona. Nareszcie inne podejście do przemieszczania się w przestrzeni. Nigdy specjalnie nie przepadałam za postawą ściśle turystyczną, za całym tym zwiedzaniem w rodzaju "przybyłem-zobaczyłem-mogę odhaczyć", a wszelkie baedekery i pascalowskie przewodniki przerażają mnie nadmiarem wiedzy (bo jak to wszystko spamiętać, i prawdę powiedziawszy: po co?!) Moja pamięć lubi nastroje, wszystkie te przemijające obrazy, sceny na ulicy i krótkie spotkania, i jeszcze przelotne spojrzenia w okna domów, gdzie życie toczy się swoim utartym codziennym trybem. Wtedy naprawdę czuję miejsce. De Botton uczy takiego spojrzenia, ale ma też swoistą recepturę: ogląda miejsca oczami innych, i zwykle tych, którzy potrafili pisać lub malować. Dzięki nim widzi wszystko podwójnie, przez pryzmat dwóch, nieraz odległych o stulecia, czasów, w dwu-wymiarze doświadczenia: swojego własnego i Huysmansa, Flauberta, van Gogha, Baudelaire’a, Hoppera czy Ruskina. Ten ostatni, nota bene, jako dziecko z takim zachwytem lubił obserwować naturę, że miał ochotę jeść kwiaty, drzewa, trawy, dopóki nie odkrył, że lepiej zrobi, jak je narysuje... Takie podejście działa jak „eye-opener”, naprawdę otwiera oczy. „Sunday Times” tak reklamował tę książkę: A perfect philosophical survival guide for the armchair voyager faced with the untidy business of actually going somewhere, ale ja nie do końca się z tym zgadzam: ilekroć sięgnę po tę książkę, zaraz nachodzi mnie ochota, by wstać, spakować torbę i gdzieś pojechać.  

Alain de Botton, The Art of Travel. London, Penguin Books 2002.  

Wpis pharlapa.

Gdy ktoś mi zada niespodziewanie pytanie - co czytasz? - to może się spodziewać, że czytam książkę, którą już kiedyś czytałem.

Hanna Krall - HipnozaDzisiaj jest to "Hipnoza" Hanny Krall, tytuł tłumaczy moje przywiązanie. Książka zawiera pięć hipnotycznych snów z polsko-żydowskiej przeszłości. Bo teraz rozmawia się o sprawach mniej ważnych (niż konflikt izraelsko-arabski - pisane w 1989r - dopisek mój)... 
"Najgorsi bylo Ukraińcy. Jeszcze gorsi od Polaków. Bo Polacy byli gorsi od Niemców, a od Polaków gorsi byli tylko Ukraińcy. Człowiek, który mówi o Ukraińcach, nie byl podczas okupacji w Polsce, lecz wie. Przyjechał do Palestyny przed wojną, a ci, co przyjechali przed wojną, wiedzą najlepiej... Z nienawiścią o Polsce mówią tylko przedwojenni, normalnie mówią marcowi. Zwłaszcza młodzi marcowi, którzy w Izraelu ukończyli studia.. Są pierwszym pokoleniem normalnych polskich Żydów. Są ostatnim pokoleniem polskich Żydów".

Bo w przeszłości... w narożnym domu z wieżyczką mieszkał świątobliwy cadyk Menachem Mendel. Hanna Krall odwiedziła jego krągłą izdebkę. Jest tam dwoje drzwi, o których pisał Martin Buber, ale gdzie jest zegar?

"Przecież Lejzorek Rojtszwaniec mówił wyraźnie, że w izbie kockiego cadyka stał zegar. Cadyk- opowiadał Lejzorek - czytał nieznośnie mądre księgi i przez dwadzieścia cztery godziny na dobę nad tymi księgami rozmyślał. To już nawet nie był człowiek to była sama wzniosła myśl.. I otóż święty, wzniosły cadyk zwierzył się, przed śmiercią ukochanemu uczniowi, że przez całe swoje życie ciężko grzeszył... zegar zaczynał bić i zaczynała z nim rozmawiać piękna i smutna kobieta... Tak opowiadał, prokuratorowi zresztą, Lejzorek R., najkompletnieszy marksista, więc to nie może nie być prawda, że w wieżyczce stał zegar." Mnie nie pozostaje nic innego jak się zgodzić, szczególnie, że jako Australijczyka łączy mnie z Lejzorkiem R. tematyka hodowli królików. A zresztą czy hipnozie można się oprzeć?
Gdy hipnotyzerem jest Hanna Krall to nie można. 

Hanna Krall - Hipnoza - Wydawnictwo ALFA - Warszawa 1989.

żona oburzona

 

 

 Wpis Żony Oburzonej

Niedawno byłam na Starym Cmentarzu Żydowskim we Wrocławiu, o czym doskonale wiecie.

Wspominałam o pomyśle na wpis o symbolach na macewach. Skłoniło mnie to ostatnio do przejrzenia zdjęć z różnych nekropolii. Zaintrygowała mnie jedna z fotografii umieszczona w folderze cmentarze w Warszawie. Przedstawiała świeży grób pokryty kwiatami, bez żadnej informacji, kto w tym miejscu został pochowany. Długo nie musiałam się zastanawiać. Na stołecznym cmentarzu byłam w roku 2009, kilka tygodni po śmierci Marka Edelmana. Przypomniałam sobie o książce, którą kupiłam sobie mniej więcej w tym samym czasie.

Marek Edelman Życie po prostu

Wracam do niej co kilka miesięcy, czytam kilka rozdziałów, po czym odkładam, by potem dzięki jakiemuś skojarzeniu sięgnąć po nią ponownie. Jest to po trosze opowieść, a po trosze zapis rozmów Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetki z Markiem Edelmanem. Kolejne rozdziały są związane z konkretnymi wydarzeniami z biografii bohatera. Poznajemy go nie tylko jako legendarnego przywódcę powstania w getcie warszawskim, ale również jako lekarza, męża, działacza. Autorzy świetnie opisują też tło społeczno-polityczne wydarzeń.

Marek Edelman jest dla mnie ważną postacią. Nie piszę był, skoro nadal cenię jego spojrzenie na wiele spraw. Zaczęło się jeszcze w podstawówce, gdy  przeczytałam Zdążyć przed panem Bogiem Hanny Krall.

 

 wpis heimchen

Jestem notoryczną acykliczką i czytam to, co wpada w ręce albo znajdę w mojej dzielnicowej bibliotece raczej niż to, o czym piszą właśnie felietony. Obecnie mam pod poduszką nekrolog (Nachruf) z 1988, wówczas jeszcze żyjącego Stefana Heyma. Urodził się w saksońskim Chemnitz w rodzinie żydowskiego kupca, po dojściu Hitlera do władzy wyemigrowal do Pragi i potem do Stanów Zjednoczonych. Z "Chłopcami z Ritchie" - grupą około 10 tysięcy młodych Niemców (głównie żydowskiego pochodzenia), którzy wstąpili do Armii USA w czasie II wojny światowej, wrócił do Europy. Chłopcy lądowali w Normandii - w celu wywiadu oraz dezinformacji i demoralizacji nieprzyjaciela. Pracowali też jako tłumacze przesłuchując jeńców, również podczas procesów norymberskich. Znany juz w Stanach ze bestsellerów "Hostages" i "Of smiling Peace" Heym był zaangażowany w odbudowie wolnej prasy w powojennych Niemczech. To wszystko jest w tej książce, podobnie jak trzymające w napięciu opisy Romana Fristera ze świata powojennej i popeerelowskiej prasy polskiej w "Czapce". 
Jestem na stronie 460 z 840, tam, gdzie Heym wraz z Chaplinem, Brechtem i Tomaszem Mannem opuści w roku 1952 USA Mc Carthyego. 
Przed czytaniem miałam zastrzeżenia do autobiografii starszych panów w ogóle i Heyma w szczególności. Obcowałam z jego światopoglądem i nigdy nie zrozumiałam, jak ktoś mógł dobrowolnie zamieszkać w NRD i dlaczego w 1994 kandydował do Bundestagu jako bezpartyjny z otwartej listy Partii Demokratycznego Socjalizmu (dawna SED). Ale teraz calkowicie zgadzam sie z recenzentami na amazonie: To po prostu bardzo dobra książka pisana przez bardzo fajnego człowieka!

pewna.panna  Wpis pewnej.panny 

Moja przyjaciółka Kasia, z którą kiedyś studiowałyśmy dziennikarstwo we Wrocławiu, i którą odwiedzam czasem w Krakowie, czyta namiętnie reportaże. Przez cały rok wrzuca do świnki-skarbonki piątaki, by potem na Targach Książki udać się prosto na stanowisko Wydawnictwa Czarne i wydać tam lekką ręką parę stówek. Ja nigdy przedtem nie czytywałam reportaży, ale zachęcona przykłądem Kasi zaczęłam... i wpadłam po uszy. Jeśli teraz choć raz w tygodniu nie przeczytam jednej książki i całego Dużego Formatu, to jestem niespełniona. Mam już tak od dobrych paru miesięcy. Właśnie skończyłam czytać "Z nowego wspaniałego świata" Güntera Wallraffa. Coś guenter wallraffmi jego nazwisko mówiło, bo przecież mieszkałam nad Szprewą z dobrych dziewięć lat. Wallraff to dziennikarz znany z tego, że uprawia reportaż uczestniczący. W tej książce opisuje swoje doświadczenia jako czarnoskóry, bezdomny, pracownik call center, pracownik piekarni dostarczającej bułki dla Lidla. Są to doświadczenia tak szokujące, że nie potrafię ich sobie wyobrazić, ale cieszę się, że Wallraff mną potrząsnął. Podszywa się pod te osoby, by zobaczyć na własne oczy i doświadczyć na własnej skórze, jak to jest być np. czarnoskórym mężczyzną w wielokulturowych przecież Niemczech. To doświadczenie opisuje najkrócej w książce, ale wywiera ono na mnie największe wrażenie. Można przestać być bezdomnym, można zmienić pracę, ale koloru skóry się nie zmieni. Wallraff opisuje też różne nadużycia w takich firmach jak Starbucks, czy Deutsche Bahn, ale ponieważ składa je z opowieści innych ludzi, a nie z własnego doświadczenia, nie były to rozdziały aż tak dla mnie ciekawe jak poprzednie. Jestem zwolenniczką doświadczania z pierwszej ręki, na własnej skórze - tylko w ten sposób jestem w stanie się czegokolwiek nauczyć w życiu i o życiu. Był ostatnio taki eksperyment zainicjowany przez nauczyciela jednego z wrocławskich liceów. Uczniowie przebrani za przedstawicieli różnych mniejszości religijnych i etnicznych wyszli do miasta i obserwowali reakcje wrocławian. Objawy nietolerancji były przygnębiające. Książkę Wallfraffa dosłownie połknęłam. Czy wiecie, że taka metoda zdobywania informacji jest legalna (od 1981 roku), jeśli dzięki niej pojawia się szansa na wyjawienie nieprawidłowości i w Niemczech nazywa się ją prawem Walraffa (lex Wallraff)? Bo ja nie wiedziałam, a teraz wiem!

awatar renka Wpis Perskiej Żony

ask i memnuAutor :Halid Ziya Usakligil
Tytuł:  Zakazane miłości
Tytuł turecki: Ask-i-mamnu

 

Właśnie przeczytałam książkę tureckiego autora Halid Ziya Usakligil´iego napisaną w 1900 roku! I co? Jestem wstrząśnięta, ponieważ po lekturze tej książki w ogóle nie rozumiem, dlaczego tyle tureckich kobiet biega po Kreuzbergu w czadorach albo chustkach na głowach i to w 2012 roku.

 W książce Usakligil´iego kobiety (oczywiście z odpowiednich sfer) spacerują brzegiem Bosforu z odkrytymi ramionami i biustem, a na głowach, chyba tylko z kokieterii, noszą szale z jedwabiu, albo muślinu, i to jak najbardziej przezroczyste.

Ale najciekawsza jest historia, jak trafiłam na tę książkę. Otóż tego lata gościła u nas mama mojego męża (84 lata), która uwielbia oglądać seriale. No i znaleźliśmy dla niej w internecie turecki serial z perskim dubbingiem, naturalnie o miłości. W tej tylko na pozór banalnej historii piękna, czarnoloka Bihter (24 lata) poślubia co najmniej 20 lat starszego od siebie, bardzo zamożnego biznesmena - Adnana, który posiada efektowne yali, czyli dom-pałac nad brzegiem Bosforu. Adnan przed paroma laty stracił ukochaną żonę i jest ojcem dwójki prześlicznych dzieci - córki (17 lat) i syna (tak na oko 12). Oczywiście prześliczna Bihter zaledwie po dwóch miesiącach czuje do Adnana tylko przyjaźń i przywiązanie (i tu trudno jej się dziwić) i właśnie w tym momencie wpada w oko przystojnemu Behlülowi (25), który jest naturalnie bratankiem Adnana.

Już po dwóch odcinkach nie tylko mama z Teheranu, ale cała rodzina z wypiekami na policzkach wyczekiwała wieczoru, kiedy to następowała projekcja serialu. Do głowy by mi wtedy nie przyszło, ze oglądam wierną ekranizację powieści z 1900 roku!

Serial i książka całkowicie zmieniły mój obraz Turcji sprzed stu lat (a trzeba dodać, że było to grubo przed Atatürkiem).

Dramatycznych losów Bihter oczywiście nie zdradzę. Książkę czyta się jak siostry Brontë albo Jane Austen, tylko jeszcze ciekawiej, bo ta Turcja - obyczaje i pozycja kobiety maksymalnie zaskakują.

Panna L. Wpis Panny L.

Luksus czytania dla przyjemności w moim przypadku przepadł bez śladu krótko po półmetku studiów polonistycznych, na których karnie przyswajalam po ok. 400 lektur na każdy egzamin.

Po tym jak przesyt literatury zaczęłam kompensować analizą kultury wizualnej, a czytanie literatury innej niż fachowa właściwie zarzuciłam, nastała faza okazjonalnych lektur małych form, takich jak aforyzmy (Lec, Bereska), lapidaria (np. Kapuściński), niekiedy wiersze (np. Herberta „Pan Cogito” albo Ringelnatz) i jeszcze rzadziej opowiadania oraz poradniki, jak utrzymać/odzyskać piękną sylwetkę...:) Faza ta właściwie trwa do dziś, choć dołączyła także proza życia w postaci niezliczonych maili i smsów, bedących zwykle raczej kiepską lekturą obowiązkową:(

Opera mydlana

A co czytalam ostatnio z form bardziej literackich?

Było to libretto „Opery Mydlanej w Jednym Akcie” („Opery Pałacowej”) autorstwa grupy warszawskich performerów Łyżka Czyli Chilli (Waciak&Mendyk&Trzos), wyświetlane na ścianach basenu należącego do zabudowań większego pałacu w Staniszowie w języku niemieckim i odczytywane w języku polskim w trakcie performance`u przy okazji uroczystego owarcia tego pięknego obiektu w dniu 20 września 2012 roku.

Całość zabawna i ironiczna jest zbiorem porad na temat tego, „jak poprawić kondycję ludzkości w dobie początku drugiego millenium”. Za palące problemy, którym niezwłocznie należy zaradzić, artyści uznali: dziurę ozonową, głód, biedę, niesprawiedliwość, bezrobocie i oszukane wędliny... – NB ta ostatnia kwestia nie była dotąd, jak sie zdaje, przedmiotem żadnego postu na naszym blogu kulinarnym. (Była była TU - dopisek mój Ewa Maria)

W załączeniu przesyłam jedną stronę libretta i dodam, że tego dnia w Staniszowie otwarto nie tylko basen z prawdziwym kominkiem i żyrandolem, lecz również centrum sztuki współczesnej

   Wpis Ciotuchny

Ostatnio przeczytałam książkę Marii Nurowskiej pt. Dom na krawędzi, wydaną przez Znak. Książka jest opisem stanów psychicznych kilku kobiet, które siedziały w więzieniu z dość poważnymi wyrokami, wyszły w pewnych odstępach czasu na wolność, kontaktują się ze sobą, pomagają sobie, aranżują swoje nowe życie. Bardzo ciekawy jest wątek zależności psychicznej od psycholożki, która poprzez trening interpersonalny przygotowywała te kobiety do znalezienia się na wolności. Ja sądzę, że ta trenerka nieco przedobrzyła sprawę i za bardzo związała te kobiety ze sobą. Można podejrzewać, że związała je w sposób bliski stosunkom lesbijskim, które nie wszystkim odpowiadają. Książka napisana jest dobrym językiem, nie unika jednak pewnych wulgaryzmów, ale nie są one drażniące dla czytelnika. Polecam. Ciotuchna.

   Wpis wlosz.czy.zny

Właśnie dziś skończyłam czytanie książki Małgorzaty Kalicińskiej "Lilka". Świetna książka o życiu, o pokonywaniu trudności, jakie przed bohaterką stawia to życie i o odchodzeniu, w różnych jego formach. Bardzo dobre analizy postaci. Czyta się wartko i podbiła mnie jeszcze jednym szczegółem, a mianowicie bohaterka, mieszkająca w Warszawie, umawia się w pewnym momencie na spotkanie do restauracji włoskiej na ulicę Spokojną, pisząc o niej "Uliczka cudownie zgubiona właściwie w Śródmieściu. Trochę tylko na uboczu, bo za murem Powązek ....". A musicie wiedzieć ze ja przez 5 lat chodziłam do szkoły właśnie na Spokojnej i wszystko się zgadza oprócz tego, że według mnie nie była to uliczka w Śródmieściu tylko na Woli, ale cóż Warszawa się tak rozrosła, że ta cześć Woli jest obrzeżem Centrum. Ale wracając do książki to bardzo lubię Kalicińską, a „Lilka” jest chyba najlepszą z jej książek, które czytałam. Polecam Wlosz.czy.zna

  Wpis kanadyjki

W tym roku, z okazji rocznicy 9/11, media dużo pisały o psach, które brały udział w poszukiwaniach ludzi pod gruzami. Było ich podobno ponad 100.

Piszę o tym, bo właśnie niedawno skończyłam czytać fascynującą książkę Susanny Charleson pt. Scent of the Missing (polskie wydanie: „Tropem
zaginionych”, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2011). Jest to książka-reportaż, opisującą proces szkolenia psa-ratownika. Autorka opisuje nie tylko swoją suczkę Puzzle, ale i inne psy ratownicze i ich towarzyszy. Opisuje też rozmaite akcje, w których ona i Puzzle brały udział, jak np. poszukiwania zaginionego dziecka, czy starszego pana cierpiącego na Alzheimera. Autorka uczestniczyła również w poszukiwaniach szczątków promu kosmicznego Columbia, który eksplodował nad terytorium Teksasu.

Najbardziej chyba zaskoczył mnie fakt, że szkolenie takiego psa-ratownika trwa właściwie cały czas, nawet wtedy, kiedy pies jest już pełnoprawnym członkiem grupy ratowniczej. Powtarza się nauczone już przedtem techniki, uczy się psa nowych.

Psy ratownicze pracują tylko kilka lat. Po jakimś czasie zatracają pełnię swoich zdolności i wtedy przechodzą na „emeryturę”. Często ich domem staje się dom trenera, ale są również i organizacje, które umieszczają takie psy w innych prywatnych domach.

Jako, że jestem psiara, przeczytałam tę książkę jednym tchem i wszystkim Wam ją polecam.

awatar mich Wpis Michała

Co czyta, to oczywiście pierwsze pytanie.

Ale następne – jak?

Kiedy wygnać człowieka z jego fotela, od jego kubka herbaty, a ogólniej rzecz ujmując - z domu i z kraju, radzić sobie człowiek musi, jak może.

Czytać po ludzku nie, bo nie ma kiedy.

Otwierają się jednak czasem nowe możliwości.

Bo kiedy  podczas pracy człowiek cały czas rysuje, to jeśli rysowanie nie wiąże się akurat z procesem twórczym lub myśleniem analitycznym, bo, dajmy na to, budynek już zaprojektowany a funkcje i konstrukcja ustalone, to pozostaje tylko przesuwać linie oraz punkty w pionie i poziomie, tak żeby złożyły się na wewnętrznie spójną całość.

Plutarch

Wtedy właśnie połowa mózgu odpowiedzialna za słowo a nie za rysunek, zaczyna się wiercić, a potem poważnie dokuczać. Nudzi się ona bowiem niezwykle.

W takiej sytuacji ratunkiem jest książka sączona przez ucho. Na monitorze przekrój przez warstwy izolacyjne, za oknem szaro i mglisto, a dookoła niespokojny poszum generowany przez zestresowanych współpracowników, to pięknie jest móc usłyszeć wspaniałą angielszczyzną czytanego Plutarcha, który o Pompejuszu Wielkim pisze tak:

How happy would it have been for him if he had ended his life at this point, up to which he enjoyed the good fortune (...) For succeeding time brought him only success that made him odious, and failure that was irreparable.



czwartek, 27 września 2012, ewamaria030
Tagi: książki

Polecane wpisy

Komentarze
kattinka33
2012/09/27 14:44:42
Bardzo przydatne takie podpowiedzi: co czytać? Bardziej wiarygodne niż wszystkie te reklamowe "blurby", że książka jest cudownie czarująca i czarująco urzekająca... :)
-
2012/09/27 16:18:44
Ja jeszcze dodam, ze na ogol czytam 2-3 ksiazki na raz. Jednej zawsze slucham w samochodzie jadac do pracy, a druga mam do czytania w lozku. Musze tylko uwazac, zeby tematyka byla rozna, bo kiedys czytalam na raz dwa kryminaly i troche zaczela mi sie platac akcja.
A ksiazke czytana przez Ewe juz sobie zamowilam w bibliotece.
-
2012/09/27 17:19:44
nie mogę się przekonać do audiobooków. próbowałam ich słuchać sprzątając, idąc na spacer z psem i jeżdżąc na rowerze, czyli w trakcie czynności, które wykonuje się prawie mechanicznie i okazuje się, że nie mogę się skupić na słuchaniu i większość treści mi umyka. a były to audiobooki książek, które już znałam wcześniej! może nie dla mnie ta rozrywka?
-
2012/09/27 17:24:45
Podobno jest tak, że audiobooków cząściej słuchają mężczyźni, a książki na czytnikach elektronicznych chętniej czytają kobiety. Ja i tak najbardziej lubię zwykłą książkę, nawet jeśl waży...
-
2012/09/27 20:15:20
Mnie format nie przeszkadza. Mam za malo czasu na czytanie, wiec audiobooki daja mi mozliwsc wykorzystania czasu podczas jazdy samochodem. Jak byly jeszcze psy, to tez sluchalam w czasie spacerow. Format elektroniczny jest bardzo przydatny na jazdy autobusem lub loty do Polski. A jak sie trafi zwykla ksiazka, to tez dobrze.
-
2012/09/27 20:29:13
czytalam wlasciwie jedna ksiazke sciagnieta z internetu i byla to ksiazka niedostepna w normalnej sprzedazy i mimo wszystko moj maz byl oburzony tym faktem, bo ksiazka to ksiazka, papier i okladka a nie jakies audiobooki czy formaty elektroniczne! Ale musicie go zrozumiec on jest archiwista.
-
2012/09/27 20:45:29
Świetni wpis nam wyszedł Kochani!
-
kattinka33
2012/09/27 22:00:00
Burza oklasków! I powtórka cykliczna, miejmy nadzieję :)
-
Gość: dorotek, *.ol.hs-woe.de
2012/09/27 23:00:37
Drogie Glowy Czytajace, bardzo Was pozdrawiam zza biurka, przy ktorym przez dluga czesc wieczoru czytalam pasjonujace rozklady jazdy pociagow polskich i niemieckich, przy czym przyszedl mi do glowy poczatek jednego wiersza: Lies keine Oden, mein Sohn, lies die Fahrpläne, sie sind genauer... Otoz pisarz ten nie ma racji. Ale skoro nie mozna wierzyc ani jemu ani kolei, to moze jednak to Wy macie racje rozkladajac na biurkach ksiazki, a nie ja. Polecam zatem odnalezienie autora i doczytanie wiersza do konca, wcale nie tak zlego. Ja zas pedze, bo inaczej na koniec dnia przeczytam na drzwiach noclegowni ZAMKNIETE i bede do rana mogla ulozyc niejedna ode do rymu "ete". Dobrej nocy, pozdrawiam Wasza madrosc.
-
2012/09/27 23:05:51
Ach, Panna Dorotek, rzadko się pojawia, ale jak już...

lies keine oden, mein sohn, lies die fahrpläne:
sie sind genauer. roll die seekarten auf,
eh es zu spät ist. sei wachsam, sing nicht.
der tag kommt, wo sie wieder listen ans tor
schlagen und malen den neinsagern auf die brust
zinken. lern unerkannt gehn, lern mehr als ich:
das viertel wechseln, den paß, das gesicht.
versteh dich auf den kleinen verrat,
die tägliche schmutzige rettung.
nützlich sind die enzykliken zum feueranzünden,
die manifeste: butter einzuwickeln und salz
für die wehrlosen. wut und geduld sind nötig,
in die lungen der macht zu blasen
den feinen tödlichen staub, gemahlen
von denen, die viel gelernt haben,
die genau sind, von dir.
-
2012/09/27 23:15:52
I tłumaczenie:

Czytanka dla ósmej klasy

nie czytaj ody, synu, czytaj rozkłady jazdy,
bo są dokładniejsze, studiuj mapy morskie,
zanim będzie za późno, bądź czujny, nie śpiewaj,
nadejdzie dzień, w którym znów przybiją do bram
czarne listy, a opornym wymalują na piersiach
znaki klątwy, ucz się ukrywać, sprytniej ode mnie:
zmieniać dzielnice, paszport i twarz,
poznaj taktykę drobnych podstępów,
codziennych brudnych wykrętów, encyklik
używaj do rozpalania ognia,
manifestów do zawijania masła i soli
dla bezbronnych, trzeba gniewu i nienawiści,
by płuca przemocy zapchać
miałkim pyłem śmiertelnym, zmielonym
przez tych, którzy już przeszli szkołę
i są dokładni, zmielonym przez ciebie.

z niemieckiego Leon Szwed
-
kattinka33
2012/09/27 23:16:56
No, ale ja nie znam niemieckiego. Może w wersji portugalskiej poproszę?
-
2012/09/27 23:40:36
No ale przecież podałam po polsku!
-
kattinka33
2012/09/27 23:57:29
No ale mój wpis się spóźnił o minutę, to dlatego. A czytanka strasznie poważna, ponura wręcz. W ósmej klasie? Ale to kiedyś, już teraz niemieckie dzieci uczą się pogodniejszej wersji świata?
-
kattinka33
2012/09/27 23:58:10
W takim razie już nie musi być po portugalsku, wystarczy mi polska wersja :)))
-
2012/09/28 00:09:26
Nie wiem, czy teraz uczą dzieci w Niemczech pogodniejszej wersji świata - okaże się, jak Antoś pójdzie do szkoły. Gdy jego ojciec był w trzeciej klasie, po raz pierwszy kazano dzieciom przeczytać całą (całą!) książkę. Nosiła ona wdzięczny tytuł "Hau ab, du Flasche!" czyli "Spływaj butelko!" i dotyczyła problemu alkoholizmu. O:
t3.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcSeTeFFJtMkH7HYfh3xRQR5p4h2-yiXQNcnLT8twur4p3gESKK12w
-
kattinka33
2012/09/28 00:41:18
Czy chodziło o to, żeby dzieci nie piły alkoholu na lekcjach? Pamiętam, że nasze dzieci podczas uroczystości I Komunii musiały śpiewać piosenkę "Nie pij, tatusiu, nie pij". Melodia zapadła mi w pamięć...
-
Gość: juliczka, *.dynamic.chello.pl
2012/09/28 00:49:09
Qrzany "O zapisywaniu" EwyMarii skłonił mnie do prowadzenia notatek. Dla wygody postanowiłam zapełniać prawe kartki zeszytu - co dzieje się przy mnie, obok mnie. Niespodzianie zaczęłam zapisywać i lewe, głównie poleceniami, co załatwić, nie zapomnieć, nadrobić, spiąć, ważne, telefon. Stąd na dziś książka Agnieszki Osieckiej "Biała bluzka".
Wielce przydatny wpis o czytaniu.
-
pharlap
2012/09/28 01:02:35
Pięknie nam wyszedł ten wpis. Przybyły mi 3 książki do przeczytania - dziekuję. Ja nie uznaję audiobooka. Owszem, zdarzało mi się posłuchać fragmentów utworów gdy były czytane piękna angielszczyzną, ale tu chodzilo tylko o wrażenie słuchowe. Jeśli chodzi o treść to muszę czytac sam z prostej przyczyny - tempo. Tempo czytania musi być u mnie zgodne z szybkościa uczuciowej i intelektualnej absorbcji. A to mogę wyregulowac tylko ja.
-
2012/09/28 06:04:31
Kattince odpowiedź prosta - nie wiem! Przyznaję się, nie przeczytałam książki, którą kazano przeczytać mojemu synowi, nie wiem więc, czego od biednego dziecięcia chciano. Myślę, że chodziło o problem społeczny.
Ale przypominam Kattinko, że poznałyśmy kiedyś pewnego szwedzkiego autora książeczek dla dzieci, który twierdził, że dzieci trzeba od małego konfrontować z grozą wyimaginowaną i prawdziwą, bo inaczej się wypaczą. Na okładce jego książki było jakieś wrzeszczące z przerażenia dziecko.
-
2012/09/28 07:38:38
Z mężem słuchamy audiobooków do snu. Zazwyczaj jest to jednak lżejsza literatura lub też pozycje dla dzieci... Zasypia się miło. Tylko czasem przebudzę się w nocy i niespodziewanie wybuchnę śmiechem z jakiegoś zabawnego fragmentu Wszystko czerwone.
-
2012/09/28 15:16:47
Audiobooki - przede wszystkim, jezeli czuje, ze jestem rozproszona i nie lapie tekstu, albo musze nad teksetm pomyslec, to po prostu wylaczam. Rowniez pozwala mi to "czytac" ksiazki nie meczac oczu, ktore pod koniec dnia i tak sa bardzo zmeczone po sleczeniu przed komputerem.
eBooki - moj maz tez sie zlosci ze czytam na elektronicznym czytniku (BlackBerry Play Book) bo jest ksiegarzem. Ale sam mowi, ze sprzedaz ksiazek ostatnio wyraznie zmalala, pewnie wlasnie dlatego ze mozna wiele ksiazek sciagnac w postaci elektronicznej.
-
2012/09/28 15:38:05
Ale ale - wiecie, że ten wiersz cytowany przez Pannę Dorotek, a podany w wersji kompletnej przeze mnie, po niemiecku i po polsku, że wiersz ów zatem to zagadka i trzeba podać nazwisko autora!
-
pharlap
2012/09/29 01:56:39
Autor wiersza - Hans Magnus Enzensberger. Tak mówi google z okazji zaprzestania drukowania rozkładów jazdy przez Die Deutsche Bahn - www.faz.net/aktuell/feuilleton/buecher/das-kursbuch-der-bahn-letzter-halt-internet-1668445.html
W związku z tym wiersza należałoby uaktualnić, na przykład:
Nie słuchaj audiobooku synu bo nie znajdziesz tam
informacji tak dokładnych jak w te w Deutsche Bahn...

-
2012/09/29 08:02:27
Oto tekst komentarza Pharlapa w uzupełnieniu do poprzedniego, którego jednak blox (ach blox) nie chciał przyjąć. Może przyjmie ode mnie, w końcu jestem Główną Qrą:

I jeszcze coś o rozkładach jazdy. Przypomniał mi się dialog z książki Człowiek, który był Czwartkiem...
Czemuż ci wszyscy urzędnicy i robotnicy w pociągu wyglądaja na tak smutnych i zmęczonych? Bo wiedzą, że pociąg jedzie zgodnie z rozkładem. Bo wiedzą, że dojadą do stacji, do której wykupili bilet. Bo wiedzą, że jesli minęli Sl.oane Square, to następna stacja bedzie Victoria, nic innego niz Victoria. Jakże dzikie byłoby ich uniesienie, ich oczy jak gwiazdy, ich dusze w raju, gdyby nastepną stacja okazała się być Baker Street!
To własnie ty jesteś niepoetycki - odpowiedział poeta Syme - jeśli to co mówisz o tych urzędnikach jest prawdą, to są oni równie prozaiczni jak twoje poezje. Chaos jest nudny gdyż w chaosie pociąg może rzeczywiscie dotrzeć wszedzie, do Baker Street lub do Bagdadu. Ale człowiek jest czarodziejem a jego magia tkwi w tym , że mówi: Victoria , i hej , oto jest Victoria! Zabierz te swoje książki z marna poezją i prozą i pozwól mi czytać rozkład jazdy ze łzami dumy w oczach!
-
2012/09/29 08:04:14
Wyjaśnienie - filtr antyspamowy zatrzymywał nazwę Sl.oane Square, jeśli w pierwszym słowie nie było kropki. Ten problem już kiedyś mieliśmy z książką pt. "Tajemniczy płomień królowej L.oany" jeśli imię królowej pisaliśmy bez kropki. Chodzi o angielski wyraz pożyczka :-)))
-
pharlap
2012/09/29 14:12:18
Chylę głowę z uznaniem. Jednak co Główna Qra to Główna Qra. Z tego wynika, że Polacy są chronieni sa tylko przed ofertami pożyczek z krajów anglosaskich. Parabanki nadal mają zielone światło.
-
pharlap
2012/09/29 14:15:04
Ale, ale.. czy moje rozwiązanie zagadki jest poprawne? Patrz wpis zamieszczony o 1:56.
-
2012/09/29 19:35:36
Tak, Pharlapie, oczywiście, rozwiązanie zagadki jest prawidłowe.
-
2012/09/29 19:42:49
Tak, Pharlapie, możemy pisać słowo pożyczka i nikt się w to nie wtrąci, spróbuję teraz po niemiecku - Darlehen - i zobaczymy, co zrobi ów niezwykły filtr. Na razie jednak opowiem Wam maleńką historyjkę - przed chwilą wpisałam na momencik do QRY komentarz, w kt'orym bluznęłam stekiem najgorszych polskich wulgaryzmów. Przeszło! Wszystkie więc k/ch/p/j mają zielone światło od bloxa tylko biedny l.oan nie... Oczywiście stek przekleństw natychmiast usunęłam, ale ta próba dała mi sporo do myślenia...
-
2012/09/29 19:43:40
Ach, niemiecka pożyczka też przeszła. Ciekawe ci jeszcze jest na liście przeciwspamowej...