Nie jesteśmy nowi na świecie, przed nami była
KURA

O nas i o blogu

Napisz do nas:
qra-poczta@gazeta.pl

Współpracuj z nami

Nagrody
Fundatorzy
Lektury
Filmy


Blog > Komentarze do wpisu

Droga z książkami

rysunek Anna Krenz Wpis Ewy Marii

Po raz pierwszy zetknęłam się z "książkami drogi" kilkanaście lat temu w Indiach. Zabrałam ze sobą tylko jedną książkę i było wiadomo, że starczy mi najwyżej na kilka dni. Ufałam jednak, że w Indiach kupię książki po angielsku. Nie myliłam się, ale rzeczywistość okazała się jak zwykle - zaskakująca. Książki można było kupić, ale w pewnym bardzo określonym wyborze - były to przede wszystkim powieści sensacyjne jak "Firma" Grishana, powieści wg których nakręcono filmy, np. "Angielski pacjent", i literatura kobieca jak "Dolina lalek" Jacqueline Susann.

Valley of the dolls Taką literaturę oferowały księgarnie na lotniskach na całym świecie i, jak ślimaki na łapkach kaczek, książki te przenosiły się z kontynentu na kontynent. Kupowaliśmy je, zabieraliśmy w podróż i - i to było drugie zaskoczenie, jakie mi zafundowała rzeczywistość - porzucaliśmy w hotelach, w których skończyliśmy je czytać. Przemyślni hinduscy menadżerowie (ale podejrzewam, że działo się tak na całym świecie) tworzyli z nich w recepcji małą biblioteczkę, do której mogliśmy wstawić własne niechciane już książki i wybrać sobie jakieś inne. Chyba nigdy z synem nie przeczytaliśmy takiej ilości literatury lotniskowej jak wówczas w Indiach.

Gdy pięć lat temu po raz pierwszy poszłam do Santiago de Compostela, stwierdziłam z zachwytem, że schroniska dla pielgrzymów pielęgnują te samą tradycję wymiany "książek drogi". Była tam nawet wciąż jeszcze "literatura lotniskowa", nawet poniekąd powracały wciąż te same tytuły, ale była tam też niezwykła różnorodność wszystkiego innego. Można było dokadnie przestudiować, co brali ze sobą pielgrzymi z Hiszpanii, Kanady i Niemiec czy Korei. Na pierwszym miejscu królował niewątpliwie Paulo Coelho:

książki drogiksiążki drogiksiążki drogi      książki drogi     książki drogi

Ponadto w owym czasie w Niemczech święciła tryumfy relacja słynnego komika, Hape Kerkelinga.

książki drogiTo ta książka spowodowała, że w owym czasie masowo wychodziły z Niemiec i ruszały na trasę czteroosobowe męskie grupy pielgrzymkowe. Hape traktował trasę jak rozpieszczony maluch, w schroniskach mu było niehigienicznie, jedzenie w przydrożnych knajpach niesmaczne i w ogóle Droga była tam raczej oryginalnym sposobem spędzenia wakacji, tym niemniej popularnośc wędrówki do Santiago wzrosła w owym czasie wielokrotnie, a jego książka, przeczytana lub porzucona, bo za cięzka, i, jak sie w drodze na pewno okazało, zupełnie nieprzydatna, leżała w co drugiej biblioteczce pielgrzyma w kolejnych schroniskach.

Podobnie było zresztą z pielgrzymami z Kanady, ale ich przewodnik po Drodze, relacja jakiegoś aktora, musiał być bardziej przydatny, bo nie leżał do wzięcia w każdym możliwym miejscu. Leżały natomiast masy, ale dosłownie masy wszelakich przewodników, najwyraźniej też i za ciężkich, i totalnie zbędnych. Można sobie było do nich wieczorem zajrzeć, zobaczyć, co piszą o jutrzejszym odcinku, i oczywiście zostawić.

Ale były też najprzeróżniejsze inne książki. Czasem warto je było zabrać w drogę i zostawić trzy dni dalej, czasem były tylko do poczytania  lub pooglądania na miejscu, jak na przykład... książki kucharskie czy albumy ze zdjęciami. Nota bene - kto brał w drogę książki kucharskie?

I tak przeczytałam na przykład powieść o tym, jak w XIX wieku z górskich regionów Szwabii wysyłano do pracy na niziny cztero- i pięcioletnie dzieci oraz wspomnienia pewnej aktorki z Paryża z lat 20.

Nauczona dawnym doświadczeniem tym razem też zabrałam w drogę jak zwykle tylko jedną książkę, a tymczasem na trasie nie było ani schronisk, ani pielgrzymów, nie było więc i książek. A nie było też lotnisk, albo droga nie wiodła przez lotniskowy sklepik, z kolei w normalnych sklepikach nie było literatury obcojęzycznej. Było to ciężkie doświadczenie, które skłoniło mnie nawet w momencie desperacji do kupna zeszycika z sudoku, ale na szczęście dotarłyśmy w międzyczasie do pięknego miasta portugalskiego - Viana do Castelo.

Foto Kinga  Foto Kinga

Miasto leży nad ogromną rzeką, przez którą wiedzie wysoki na 20 metrów zielony most o długości ponad 600 metrów, zaprojektowany przez Eiffla (tak tak, tego od wieży), a po drugiej stronie, nad rzeką stoi ciąg straganów z samymi książkami. Ledwie zatem ulokowałyśmy się w albergo czyli schronisku (jedynym zresztą na portugalskim odcinku "Drogi Portugalskiej" - byłyśmy tam tylko we dwie, a poprzednia lokatorka, kilka dni wcześniej, też była Polką) popędziłyśmy nad rzekę kupować książkę. Jedną rzecz jasna. Znalazłam stoisko prawie równe biblioteczce schroniskowej - były to skrzynki z paper backami w różnych obcych językach, każdy za 1 euro. Ach, cudnie.

Trzeba było jeszcze tylko dokonać odpowiedniego wyboru. Trafiłam pięknie.

książki drogi  Miss Read (pseudonim) była angielską dziennikarką i pisarką w latach 50, która zajmowała się propagowaniem nowoczesnego stylu życia. "Village Diary" to fikcyjny pamiętnik wiejskiej dyrektorki szkoły, traktujący o zaletach życia na wsi. O jego prostocie i autentyczności związków międzyludzkich. Ale też o konieczności wprowadzenia zmian, ułatwiających mieszkańcom wiosek pracę, naukę, komunikację, dostęp do kultury i oświaty.

A do tego autorka czy też jej narratorka jest osobą sympatyczną i posiadającą ironiczne angielskie poczucie humoru.

Nie mogłam lepiej trafić. Byłam bardzo zadowolona z tej lekkiej (również wagowo) i przyjemnej lektury. Znalazłam tam też kilka historyjek kulinarnych. Jedna dotyczyła robienia dżemów z marrow. Nie wiedziałam, co to jest marrow, ale rozumiałam, że wszyscy to coś uprawiają, a nikt nie lubi.

Marrow to to, co na zdjątku obok - cukinia. Jak ktoś zna przepis na konfiturę z cukinii, to niech nam tu proszę pod przepis.
marrow
Przepis podała Wlosz.czy.zna:

Cukinie pokroić w kostkę (razem ze skórką), dodać sok z cytryny i cukier. Gotować na bardzo małym ogniu - uwaga: NIE DODAWAĆ WODY - po mniej więcej pół godzinie gotowania zmiksować i wstawić ponownie na gaz. Gotować do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
Jeszcze mała uwaga: cukinie nie mogą być duże, najwyżej 20 cm długości, wtedy nie mają pestek, a skórka jest smaczna i dodaje smaku samej cukinii, która rzeczywiście jest bez smaku.
Nigdy jej nie robiłam, ale koleżanka zapewniła mnie, że jest bardzo dobra.

To by się zgadzało. W książce też jest mowa o tym, że mama praktykantki pani dyrektorki, która zrobiła taką konfiturę, była zdania, iż konfitura jest pyszna.

środa, 15 sierpnia 2012, ewamaria030

Polecane wpisy

Komentarze
2012/08/15 10:14:42
1 kg cukini, 400g cukru, sok z 1 cytryny
Cukinie pokroic w kostke (razem ze skorka), dodac sok z cytryny i cukier. Gotowac na bardzo malym ogniu - uwaga NIE DODAWAC WODY - po mniej wiecej pol godzinie gotowania zmiksowac i wstawic ponownie na gaz. Gotowac do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
Nigdy jej nie robilam, ale kolezanka zapewnila mnie ze jest bardzo dobra.





-
2012/08/15 10:29:09
Bardzo lubię cukinię, ale mam jakieś wątpliwości przy tej konfiturze. Bo cukinia właściwie ma bardzo niewyrazisty smak, gdy jest sama. Może po prostu trzeba spróbować?

Co do książek w podróży, to zawsze w delegacji się ze mnie śmieją, że mam ciężką torbę. A ja tam zawsze ze trzy książki mam, bo jak przewidzieć, na co akurat będę miała ochotę?
-
2012/08/15 10:59:58
p.s. jeszcze mapa uwaga, cukinie nie moga byc duze, najwyzej 20 cm dlugosci, wtedy nie maja pestek i skorka jest smaczna i dodaje smaku samej cukinii, ktora rzczywiscie jest bez smaku.
I buon Ferragosto wszystkim czytelnikom :)
-
pharlap
2012/08/15 13:48:38
Moja recepta na gospodarkę niepotrzebnymi książkami to Bookcrossing - patrz TUTAJ ==> www.bookcrossing.com/ . Wystarczy się zarejestrować, zgłosić książkę której się pozbywamy i możemy sledzić jej wedrówkę z lotniska w Lizbonie na plażę w Rio i jeszcze dalej..
-
2012/08/15 18:20:27
Coz za swietny pomysl z tym BookCrossing! Wlasnie sie zarejestrowalam i sprawdze jak to dziala.
-
2012/08/16 15:44:23
Wydaje mi się, że polska akcja "Uwolnij książkę" jest takim właśnie rodzimym bookcrossing i ogólnie bardzo lubię wszelkie akcje dzielenia się książkami, tu jednak bardziej mi chodziło nie o to, nie skąd się wzięła książka, ani dokąd powędruje dalej, tylko o to, że podczas pielgrzymki i to takiej, gdzie sam dźwigasz na plecach swój bagaż, dobrze jest znaleźć gdzieś książkę lub w ogóle cokolwiek do czytania...