Nie jesteśmy nowi na świecie, przed nami była
KURA

O nas i o blogu

Napisz do nas:
qra-poczta@gazeta.pl

Współpracuj z nami

Nagrody
Fundatorzy
Lektury
Filmy


Blog > Komentarze do wpisu

Pielgrzymka do Czarodziejskiej Góry

Wpis pharlapa.

Drogie syreny, tak musiało być,
kochane fauny, wielmożne anioły,
ewolucja stanowczo wyparła się was.
Nie brak jej wyobraźni, ale...

... byłby to żart
i nadmiar wiekuisty, i kłopoty,
których przyroda mieć nie chce i nie ma.
..................

Dobrze , że choć dopuszcza do scen tak zbytkownych,
jak dziobak mlekiem karmiący pisklęta.
Mogłaby się sprzeciwić - i któż z nas by odkrył,
że jest obrabowany?

A najlepsze to,
że przeoczyła moment, kiedy pojawił się ssak
z cudownie upierzoną watermanem ręką.

Wisława Szymborska - Tomasz Mann -  z tomu Widok z ziarnkiem piasku.

Według mnie przyroda jednak skutecznie się broni. Wszystkie znane mi osoby na hasło - Tomasz Mann - krzywiły się i odpowiadały: Buddenbrookowie. To wystarczy żeby odłożyć tego pisarza do lamusa. Też pewnie zrobiłbym to samo gdyby nie moja matka. Jedyna osoba, która dała odzew - Czarodziejska Góra. Czekałem prawie 10 lat zanim ta książka wpadła mi w ręce w bibliotece w domu akademickim. I zaczarowała mnie od pierwszego wejrzenia.
Gdy zastanawiam się nad szczegółami, widzę w Czarodziejskiej Górze wiele słabych punktów, ale wydaje mi się, że osoba zakochana lubi czasem wynajdywać drobne skazy w obiekcie swoich uczuć.
Bohater powieści przyjeżdża odwiedzić swojego kuzyna przebywającego w sanatorium dla gruźlików w Davos. Przyjeżdża na 3 tygodnie. W sanatorium odkrywa urok wolności jaką daje choroba - rozluźnienie obyczajów, brak poczucia odpowiedzialności. Odkrywa też wspomnienie młodzieńczego niepokoju, które tutaj przybrało postać zielonookiej Rosjanki i które wywołuje w nim typowy dla tego miejsca stan podgorączkowy.
Co jest skutkiem a co przyczyną? Nieważne, ważne że nie chce się z tego wyleczyć. Z chęcią przyjmuje ofertę przedłużenia pobytu do 7 tygodni, aby poddać się medycznej obserwacji. Ani się spostrzega a mija 7 miesięcy tego chorobliwego stanu. Dopiero 29 lutego czyli w dniu, który jest również wybrykiem kalendarza, odważa się odezwać się do obiektu swoich uczuć. I to jak - "..gruntownie, iście po niemiecku". Iście po niemiecku, ale jednak bardzo przerwrotnie gdyż cała, bardzo długa, deklaracja uczuć wygłoszona jest po francusku.
Następnego ranka jego ukochana wyjeżdża. Nie wiadomo dokąd, nie wiadomo czy kiedykolwiek wróci.
Nasi pacjenci zawsze w końcu tu wracają
- stwierdza naczelny lekarz sanatorium - radca Behrens. I Hans Castorp czeka na ten powrót. Pobyt w sumie trwa 7 lat. Ta pasja Tomasza Manna do liczb wydłużyła książkę poza granice cierpliwości.
Ja czekałem jeszcze dłużej. W roku 2003, czyli sześciokroć po 7 lat od chwili zaczarowania, odbyłem pielgrzymkę do Czarodziejskiej Góry. Pretekstem był kolejny wyjazd na maratony narciarskie. Jechałem do Davos pokrętną drogą. Pierwszym etapem była Genewa gdzie odnajdowałem miejsca wspominane przez Josepha Conrada. Potem Francja i Szwecja - dwa maratony narciarskie. Do Szwajcarii startowałem z Okęcia. Była Środa Popielcowa, czekając na lotnisku oglądałem telewizyjny dziennik - na ekranie kardynał Glemp posypywał wiernym głowy popiołem.
Za 2 godziny byłem w Zurichu. Słonecznie. Na dworcu kolejowym odbywał się kiermasz żywności. Pachniało piwem i wędlinami. Czyżby Szwajcarzy byli bliżej Boga? - pomyślałem.
Zamiast prosto do Davos jechałem w kierunku St Moritz. W którymś momencie zaczęły się góry. Nowoczesną lokomotywę zastąpiła Eine kleine Rote...

Podobna do tej, która ciągnęła pociągi w 1907 roku. Moim pierwszym celem w Szwajcarii był Engadin Maraton - cudowna zabawa w niesamowitej scenerii...

Źródło: http://swis-simage.ch - autor: Andy Mettler.
Na powyższym zdjęciu jestem trzeci od prawej w 46. rzędzie.
Następnego ranka wsiadłem w pociąg do Davos. Cała trasa prowadziła w dół, co wydało mi się ogromnie śmieszne bo niweczyło cały patos powtarzanego często w książce zwrotu: ... u nas na górze. Wysiadłem, tak jak Hans, w Davos-Dorf...



Po wyjściu z pociągu rozejrzałem się ... skręcili w lewo przez tor, przecięli rzekę... to zupełnie nie miało sensu bo wtedy wylądowaliby na północnym stoku góry gdzie nie dochodzi słońce a zatem nie ma żadnych sanatoriów. Już po kilku krokach ulicami Davos zauważyłem plakaty, że właśnie jest tydzień braci Mann i co wieczór będą odczyty, dyskusje, czytanie książek itp. Ogromnie mnie to podekscytowało i już chciałem przedłużyć pobyt, gdy zdałem sobie sprawę, że to nie dla mnie, przecież nie znam niemieckiego na tyle by cokolwiek skorzystać. No tak, dla mnie Tomasz Mann pisze... po polsku. Znane mi tłumaczenia na angielski robią na mnie smutne wrażenie. Trudno mi zresztą uwierzyć, aby jego książki można było napisać równie dobrze po niemiecku ;)
Udałem się więc prosto do Waldhotel Bellevue


Pani w recepcji była przygotowana na takie wizyty i najpierw sprzedała mi książkę "Tomasz Mann w Davos" a potem skierowała do korytarza gdzie były pamiątki hotelowe sprzed 90 lat; na końcu pokój z oryginalnym wyposażeniem. Zgadza się: ... białe metalowe łóżko, umywalka z niklowanymi kranami... Ale była też niespodzianka - nocnik! Ten szczegół Tomasz Mann pominął w swojej powieści.
Po południu przejrzałem nowonabytą książkę i już na pierwszej stronie wybuchnąłem śmiechem. Otóż Mann celowo pozmieniał topografię Davos, aby zapobiec plotkom i niezdrowej sensacji wokół istniejących obiektów. A więc wyjaśniło się moje zdziwienie na dworcu.
Samo Davos - typowy resort narciarski, tyle że może trochę większy i z dużą ilością normalnych domów mieszkalnych...


No i oczywiście centrum kongresowe, w którym odbywa się Światowe Forum Ekonomiczne i wiele innych międzynarodowych spotkań, ale to przecież nie należy do tej historii. Natomiast należy lodowisko - niestety było już nieczynne, za ciepło, niesposób utrzymać naturalny lod. Podobnie tor bobslejowy koło Schatzalp. Zresztą zamieniono go na tor saneczkowy i nie spuszcza się już tamtędy nieboszczyków na sankach...

Ludzie? Masa młodzieży z nartami i snowboardami. Niepretensjonalny tłum. Na internecie znalazłem wzmiankę, że życie nocne w Davos nie jest zbyt ekscytujące.
A ci... "Anglicy z białymi zębami, silnie wyperfumowane panie, Amerykanie o małych głowach... tłum ludzi dość podejrzanych."? Jeśli już gdzieś ich spotkałem to nie w Davos lecz w hotelu Kempinski w St Moritz.
Zrobiłem długi spacer Górną Promenadą, śladami panów Naphty i Settembriniego, odwiedziłem cmentarz...

Cmentarz
... ale nie znalazłem żadnego z wymienionych w książce nazwisk. Jeden dzień spędziłem na nartach zjazdowych, ale nie siliłem się aby odszukać szlak, na którym Hans przeżył swój dziwny sen.
Po 3 dniach zjechałem na dół, tym razem "właściwą trasą" przez Lanquart do Zurichu. Od tego czasu często wspominam tę wizytę. Jej suchy opis wygląda niezbyt ciekawie. Ale nie rozczarowałem się.
A teraz? Zaczarowanie trwa już siedmiokroć po 7 lat (i troszkę więcej). W Davos i w Hamburgu jest właśnie środek lata, a więc doskonała pora żeby przypomnieć sobie jak: "Było to w środku lata. Pewien zwyczajny sobie młody człowiek jechał z Hamburga, swego rodzinnego miasta, do uzdrowiska Davos w kantonie Graubunden..."

Przepis - kurczak cacciatore.
Składniki:
12 kurzych udek,
3 łyzki oleju,
1 duża cebula drobno posiekana,
3 ząbki czosnku, rozgniecione,
1,5 puszki (razem 660 g) rozgniecionych pomidorów,
100 g ciemnych oliwek,
125 ml białego wina,
125 ml bulionu,
125 g pieczarek pociętych na ćwiartki,
1 łyżka oregano,
2 łyzeczki tymiaku,
2 łyzeczki brązowego cukru.
Przyrządzenie:
- zbrązowić udka w połowie oleju w wysokiej temperaturze, włozyć do garnka,
- podgrzać resztę oleju i gotować w nim cebulę i czosnek 10 minut, dodać do udek,
- wrzucić pozostałe składniki na patelnię, doprawić solą i pieprzem, doprowadzić do wrzenia, dusic 10 minut,
- dodać do udek, zamieszać i gotować na wolnym ogniu 35 minut.
Zagadka: we wpisie wspomniałem o tropieniu śladów Josepha Conrada w Genewie. Akcja, której z książek Conrada rozgrywa się w dużej części w Genewie?
Pod okiem zachodu - poprawnej odpowiedzi udzieliła Danstarossa - proszę o wybranie nagrody z listy.
środa, 25 lipca 2012, pharlap

Polecane wpisy

Komentarze
2012/07/25 08:10:25
Pamiętam, że to czytałam jako nastolatka siedząc na parapecie. Ta historia miłosna z Clawdią jest jedna z moich ulubionych tego rodzaju. Nawet jakoś wytrzymałam długie thomasmannowskie zdania, ciągle debaty z Naphtą i Settembrinem i rozważania na temat "czy i jak odpada popiel z cygara" - przecież to NIE była lektura szkolna. Póżniej czytałam jeszcze prolog Pawla Huelle "Castorp", bo tak samo jak Hans studiowałam króciutko w Gdańsku (chociaż raczej starocerkiewnosłowiański niż budowę okrętów).
-
pharlap
2012/07/25 09:38:06
Heimchen - witam Cię w sanatorium Berghoff! Popiól z cygara.. tak :) Albo roważania nad potrzebą noszenia kapelusza - aby było co zdjąć z głowy w wymagających tego sytuacjach.
Castorp Pawła Huelle rozczarował mnie ogromnie. Książka zapowiadała się interesujaco , ale wkrótce zmieniła się w niesmaczny kryminał w stylu Marka Krajewskiego (powieści kryminalne, których akcja dzieje się w przedwojennym Wrocławiu).
-
2012/07/25 11:03:05
@pharlap Specjalnie komentarza nie oddałam na temat powieści Huelle-a. Też miałam "Krajewskie" skojarzenia. Wszystko dość przewidywalne i konstruowane. I Gdańsk ciągle dla mnie mewy, Manhattan-Wrzeszcz, tramwaj nr. 6 do Jelitkowa (płaża i smażalnia ryb), z atmosferą podobną do rodzimego miasta Halle melanchoniczna dzielnica Nowy Port i przejście podziemne przed dworcem glównym gdzie chętnie kupiłam pączki i drożdżówki.
-
danstarossa
2012/07/26 00:19:05
Na pewno chodzi o jedną z dwu powieści o rewolucjonistach-anarchistach, czyli albo jest to "Tajny agent", albo "W oczach Zachodu"... Czytałam je ze 20 lat temu... W pierwszej na pewno jest Londyn, a w drugiej Petersburg i chyba właśnie Genewa... Dlatego po zastanowieniu stawiam na tę drugą, czyli historię studenta Razumowa...
-
pharlap
2012/07/26 10:16:49
Danstarossa - rozumowanie godne detektywa - gratuluję poprawnej odpowiedzi.
W Genewie jest malutka dzielnica rosyjska - La petite Russie. Jest oczywiscie Bulwar Filozofów, przy którym mieszkała ukochana Razumova. Jest również pub - Lord Jim.
Wstąpiłem tam na whisky. Spytałem barmana - Szwajcara - skąd taka nazwa? Odpowiedział - bardzo dobra nazwa na pub. Ale natychmiast poprawiła go kasjerka - to tytuł książki Josepha Conrada. Okazało się, że to Czeszka. No i kto mówi, że Czesi nie lubią Polaków?